[recenzja] Orange - tom 6

Normalnie nie recenzuje kolejnych tomików mang - wolę zaczynać od pierwszych tomików, ewentualnie rzucić okiem na całość. Wyjątkiem do tej pory był jedynie 2 tom light novel "Log Horizon", w którym Studio JG naprawiło błędy z tomu pierwszego. Tym razem jednak znowu sięgam po tom, który nie należy do pierwszych. Dlaczego zdecydowałam się na te recenzje? Tomik mangi, który dzisiaj recenzuje jest bezpośrednią kontynuacją zakończonej wcześniej serii. Z jakiegoś powodu jednak autorka zdecydowała się kontynuować historię i chciałam przyjrzeć się temu czy warto sięgnąć po ciąg dalszy historii, której główna fabuła początkowo zostawała zamknięta w 5 tomach. 


 "Orange" autorstwa Ichigo Takano, bo o tym tytule dzisiaj mowa, to historia 5 przyjaciół poznających nowego kolegę z klasy - Kakeru. Fabułę obserwujemy z perspektywy Naho, która dosyć szybko się w nim zakochuje. Wszystko byłoby całkiem normalnie brzmiącą fabułą shoujo, gdyby nie listy z przyszłości, które informują Naho, że Kakeru popełni samobójstwo. Początkowo Naho nie wierzy, że listy są prawdziwe, ale coraz więcej sytuacji w nich opisanych staje się prawdą. Cała manga jest usilną próbą wyczucia momentu, w którym można uratować Kakeru i coraz bardziej desperacką walką z czasem. Poza główną osią czasu mamy też urywki przyszłości, w której Kakeru już nie żyje, a bohaterowie ułożyli sobie życie ze świadomością jego śmierci, ale nie mogąc się z nią pogodzić wysyłają listy z nadzieją, że dotrą one w przeszłość i powstanie równoległa rzeczywistość, w której Kakeru przeżyje. 

5 tom kończy się sceną, w której czytelnik dowiaduje się, czy bohaterom udało się osiągnąć cel. Japońskie wydanie mangi miało wiele zawirowań, przez długi czas manga była zawieszona i nie wiadomo było w ogóle czy zostanie skończona, ale ruszyła po zmianie wydawnictwa. Za polskie wydanie odpowiedzialne jest wydawnictwo Waneko, które podjęło się wydrukowania dodatkowego 6 tomiku i zapewne podejmie się wydania 7, jeśli taki powstanie, bo autorka wspomina coś o tym w posłowiu tomiku 6. Nie będę się tym razem zagłębiać w całą genezę mangi czy autora, wolałabym się skupić na tym, jak 6 tomik prezentuje się jako kontynuacja.


Ten tomik, tak jak poprzednie tomiki, wydany jest na papierze offsetowym w czerni i bieli, posiada okładkę w odcieniach szarości i kolorową matową obwolutę. Matowa obwoluta idealnie pasuje do pięknych, tradycyjnie namalowanych obrazów. Tym razem oprócz niesamowitego tła na okładce gości moja ulubiona postać całej serii - Suwa. Z jednej strony obwoluty jest on przedstawiony w wersji licealnej, z drugiej strony - w wersji dorosłej. Na okładce pod obwolutą możemy oglądać rysunki głównej szóstki z serii w swoich prawdopodobnie przyszłych zawodach. Tłumaczenie czyta się bardzo przyjemnie, a typesetting jest podobny do tomów poprzednich - bardzo podoba mi się dobranie czcionek, jest klimatyczne, pasuje do tej historii.

W DALSZEJ CZĘŚCI BĘDĄ POJAWIAĆ SIĘ SPOILERY Z SERII. 


W liście, który Suwa otrzymał od siebie z przyszłości, napisane było, aby Kakeru i Naho poszli razem do świątyni Yohashira. W tym właśnie miejscu Suwa oświadczył się Naho… Oto świat przyszłości, w którym nie ma już Kakeru i świat w którym go ocalono. - Waneko
Jak łatwo domyślić się po obwolucie i po opisie tomik dotyczy Suwy i jego spojrzenia na całą historie. Mimo sugerowania w opisie tego, że jest to jedynie historia Suwy z przyszłości bez Kakeru, to mamy tu jeszcze historie Suwy z uniwersum, gdzie Kakeru przeżywa. Bardzo cieszy mnie to, że tej postaci został poświęcony cały tomik, bo według mnie Suwa to najlepsza postać całej mangi.

Nadchodzi moment pisania listów do siebie z przeszłości, tak, aby uratować Kakeru. Suwa zabrania swojej żonie, Naho, pisać o tym, że są ze sobą - w końcu miałoby to wpływ na myślenie Naho, a on tak bardzo się starał o jej rękę! Bez wysiłku - bez sensu! A przynajmniej tak twierdzi w rozmowie z nią. Tak naprawdę Suwa obwinia się o to, że gdyby Kakeru żył, to pewnie nie byliby ze sobą i wykorzystał jego śmierć, żeby zbliżyć się do Naho. Gdzieś tam z tyłu głowy ma z tego powodu poczucie winy i uważa się za przebiegłego. Co więcej, uważa, że gdyby nie był samolubny, nie myślał tylko o swoim uczuciu do Naho i nie traktował Kakeru jako rywala, ten byłby szczęśliwszy, bliżej Naho i może nie popełniłby samobójstwa. Z tą myślą postanawia zrobić to, czego zabronił swojej żonie - opisuje Suwie z przeszłości wszystko co się stało, dołącza zdjęcia rodzinne i wręcz sugeruje mu coś w stylu "Patrz, ty masz już szczęśliwą przyszłość z Naho, teraz czas na szczęśliwą przyszłość dla Kakeru". W końcu sam wie, jak siebie najlepiej zmanipulować.



Na początku  tomiku poznajemy historię Suwy, który list otrzymał i z jego perspektywy poznajemy historię. Patrzymy, jak bierze do siebie słowa alternatywnego ja i poświęcając swoje uczucie zatrzymuje przy sobie dwójkę swoich najbliższych przyjaciół. Ba, nawet na podstawie swojego listu z przyszłości daje rady Kakeru, w jaki powinien podrywać Naho.



Potem w większej części tomu poznajemy historię z uniwersum, gdzie Kakeru nie żyje. Ścieżki bohaterów się rozeszły, mają już około 20 lat i każdy w jakiś sposób nosi tragedię z przeszłości w swoim sercu. Suwie zdarza się jednak wodzić wzrokiem za Naho, a kiedy zauważa, że ktoś ją podrywa odzywa się w nim zazdrość. Postanawia więc odnowić znajomość z dziewczyną. Naho jednak nadal kocha Kakeru i nie zamierza się w nikim zakochiwać. Suwa jednak nie ustępuje - ma plan, w jaki poderwie dziewczynę. Według siebie samego podstępnie używa rozmów z przeszłości, co zrobiłby Kakeru na randce z Naho. A prawda jest taka, że po prostu stara się go jej zastąpić w jakiś sposób, sam będąc uwiązanym w przeszłości.


Ten tom... jest przepełniony niesamowitymi scenami. Po pierwsze - dużo Suwy. Po drugie - dużo Suwy z Kakeru - wyeksponowana jest ich przyjaźń, ich wspólne rozmowy, wydarzenia z życia. Czytelnik może zrozumieć jak dużą dziurę w życiu Suwy pozostawiła po sobie śmierć kolegi. Mam wrażenie, że ten tom wzbudza jeszcze większe emocje niż sama manga w tomach 1-5 i jej zakończenie, bo dobitniej pokazuje stratę i poświęcenie bohaterów. Z pozytywniejszych rzeczy - to naprawdę ekscytujące, kiedy w mangach, filmach czy serialach bohaterowie spotykają się po latach, tak, że i tutaj ten watek porywa. No i Kakeru, który jest przepełniony radością i szczerze się uśmiecha to naprawdę niesamowity widok. Tak samo jak zazdrosny Suwa - na taką zazdrość nie pozwoliłby sobie przy Kakeru, więc to dla czytelnika nowość - dla mnie przyjemna, widzieć go w takiej sytuacji. Z drugiej strony za każdym razem, kiedy porównuje się do nieżyjącego Kakeru jest mi go po prostu żal.



Kreska "Orange" zawsze była niesamowita - pełna szczegółów, realizmu, dobrych proporcji, pięknych teł odwzorowujących prawdziwe miejsca - to jedna z mocnych stron komiksu.. Mam wrażenie, że w 6 tomie jest jeszcze lepsza, a może po prostu tak się za nią stęskniłam. Świetnie eksponowana jest różnica wzrostu wszystkich bohaterów (uwielbiam to, jak wysoki jest Suwa ), miny bohaterów są bardzo wyraziste (w notatkach własnych zwróciłam uwagę głownie na - cytuję: "dorypany uśmiech Naho"). Przede wszystkim jednak fajnie jest zobaczyć bohaterów nieco starszych, dojrzalszych, wstępujących w dorosłość, w zróżnicowanych ubraniach, różnych fryzurach (Naho ślicznie z warkoczem na boku). Chętnie przeczytam kolejny tom, żeby sobie na nich w takiej wersji popatrzeć.


W posłowiu autorka akcentuje, że chciała w tym tomiku zwrócić uwagę 2 ważne rzeczy, proste rzeczy, o których często zapominamy. Po pierwsze - czas leczy rany, mimo tego, że blizny nadal zostają. Po drugie - słowo "Dziękuję" może odegrać w czyimś życiu bardzo ważną rolę. Myślę, że obydwa te przekazy się autorce udały, a mnie nie pozostaje nic innego jak polecić wszystkim 6 tom "Orange", bo jest naprawdę bardzo dobrym dopełnieniem serii i dzięki niemu staje się ona bardziej kompletna. 

[recenzja] Duchowe bliźnięta (Mihara Mitsukazu)

Dzisiaj o trochę bardziej specyficznej pozycji, która pojawiła się niedawno na polskim rynku. Nie jest to dzieło nowe, a autorka jest znana czytelnikom dzięki wydaniom Hanami. Kolejna manga autorki pojawiła się na rynku dzięki serii "Jednotomówki Waneko", chociaż ta cegła to wydanie 2 tomy w 1.


"Tamashi no Futago" to manga Mihary Mitsukazu. W Japonii tom 1 został wydany w 2006 roku, a tom drugi w 2008 przez wydawnictwo Shodensha. Początkowo manga wychodziła w magazynie "Feel Young", dlatego demograficznie jest to pozycja josei. I trzeba przyznać - jest to zdecydowanie pozycja dla dorosłego czytelnika. Moce ponadnaturalne, tajemnica i dramat to główne gatunki komiksu, gdybyśmy je jednak rozłożyli na poszczególne części historii to mowa jest tu między innymi o dziecięcej prostytucji, życiu po życiu, problemach z płodnością, znęcaniu się nad dziećmi, morderstwach.

Mihara Mitsukazu znana jest polskiemu czytelnikowi z mang o różnym klimacie - "Nawiedzony dom", "Beautiful People" czy seria "Balsamista" to tytuły wcześniej wydane przez wydawnictwo Hanami. Swoją pierwszą mangę opublikowała w roku 1994, po otrzymaniu za nią nagrody.  Urodzona w 1970 roku w Hiroszimie rysowniczka jest autorką wielu mang, w których jednym wspólnym mianownikiem jest wplatanie w rysunki stylu gothic lolita. Sama autorka często nosi się w tym stylu, poza tym miała wielki wpływ na kształtowanie społeczności gothic lolita przez lata dzięki współpracy z czasopismem "Gothic&Lolita Bible". 


Polskie wydanie mangi nosi tytuł "Duchowe Bliźnięta" i jak już wspomniałam wcześniej jest to wydanie 2w1 w cyklu "Jednotomówki Waneko". Manga na polski rynek weszła całkiem niedawno, bo w sierpniu 2017 roku. Polskie wydanie jest w formacie powiększonym, posiada  czarno-białą okładkę, kolorową obwolutę matową z błyszczącymi elementami (lakier wybrany). Zarówno czarno-białe, jak i kolorowe strony są wydrukowane na papierze offsetowym. Kolorowe strony oprócz czerni i bieli mają tylko jeden dodatkowy kolor - ciemny róż w tomie pierwszym i chłodną zieleń w tomie 2. Projekt obwoluty jest przyjemny, różni się kolorystyką od wersji japońskiej, ale ilustracje pozostają te same. Musze przyznać, że owe ilustracje dla tej historii są bardzo mylące - dwójka dziwnych dzieciaków w strojach gothic-loli trzymających się za rękę wcale nie zapowiada nam z jak ciężką lektura przyjdzie nam się zmierzyć w środku...


Alex i Rite to dzieci, które umarły w tym samym czasie w różnych miejscach. Oto opowieść o interakcjach ich duszy z ludźmi, którzy mogli ich dostrzec podczas podróży, na końcu której, Alex i Rite mają się spotkać. - Waneko
Obwoluta i opis od wydawnictwa naprawdę mówią niewiele, dlatego tyle razy od początku recenzji akcentowałam, że nie jest to manga dla młodszego czytelnika. Dwójka zmarłych dzieci, na dwóch końcach świata - nie pamiętają kim ą i nie pamiętają w jaki sposób umarli. Widzą je tylko osoby, które gdzieś na świecie są z kimś duchowo połączone - czy to z przyjacielem z dzieciństwa, czy to z poznaną w internecie osobą. Jeśli widzi się jedno z dzieci, to nie dostrzega się drugiego. Duchy dzieci w poszukiwaniu odpowiedzi na to kim są podróżują po całym świecie i doświadczają spotkań z różnymi ludźmi. Dzięki temu oprócz głównej osi fabularnej opartej o poszukiwania swoich wspomnień, mamy pojedyncze historie na temat bliskości, jaką można poczuć do zupełnie obcej osoby. Często są to też historie o rozstaniu z bliskimi. Niektóre z opowieści są delikatniejsze, melancholijne, ale w kolejnych autorka nie oszczędza nam drastycznych scen - szczur wychodzący z oczodołu, ojciec mordujący własne dziecko, sceny dziecięcej prostytucji - nie każdy będzie w stanie ten komiks przetrawić, nie nastawiając się wcześniej na to, z czym ma do czynienia. I chociaż na początku mangi panował dla mnie straszny chaos - półsłówka, tajemnice itp., to stopniowo wciągała mnie ta cała historia.


Kreska autorki jest nieco old schoolowa, ale na pewno wyróżniająca się.  Postacie, które rysuje są dokładnie dopracowane pod względem wyglądu i ubioru (który jest elementem popisowym u autorki), autorka nie unika różnego rodzaju perspektywy, różnych ujęć na kadrach, przez co wymowność rysunków staje się jeszcze bardziej intensywna. Zarówno tła jak i ozdobniki dodają tej mandze klimatu. Kreska autorki jest dosyć gruba, opiera się głownie na operowaniu czernią i bielą, chociaż pojawiają się też rastry.


Do tłumaczenia i typesettingu nie mam większych uwag, całość czytało się bardzo dobrze, jedynie nie do końca pasowała mi czcionka na zielonej rozkładówce czy na kartach kalendarza - widziałabym tam coś mniej komiksowego, a bardziej hmmm... poważnego. Z ciekawostek dodam, że na początku rozdziałów pojawia się tylko jego numer, a dopiero na końcu rozdziału poznajemy, jaki był jego tytuł. Taki zabieg autorki, żeby nie spoilerować rozdziału, i jednocześnie żeby jego tytuł był podsumowaniem. 


Komu polecam to wydanie? Na pewno osobom, które szukają do przeczytania czegoś cięższego i ambitniejszego. Ta manga może na pierwszy rzut oka nie wygląda, ale niesie ze sobą naprawdę spory bagaż doświadczeń głównych bohaterów, dotyka tematyki zarówno drastycznej, jak i tej bardziej przyziemnej - to historia o tym, że nie tylko rodzina może stać się nam bliska.

[recenzja] Po burzy (jednotomówka, Hidaka Shoko)

Na polski rynek powróciła jedna z moich ulubionych autorek. Niestety moja ulubiona manga tej autorki wydawana jest przez wydawnictwo Yumegari i tomiki wydawane są przez nich... tak, że nie są. Smutna sprawa. Znowu recenzuje tytuł z gatunku BL, ale w przypadku tej autorki równie dobrze można by odczytywać jej komiksy w formie josei - szkoda, że nie rysuje ich więcej, bo już po gatunku BL widać, że świetnie porusza się po świecie romansów dla doroślejszych czytelników.

Dzisiejszy tytuł "Arashi no Ato" to manga z roku 2007 wydawana przez wydawnictwo Hobunsha. Jest to manga jednotomowa, ale umieszczona w uniwersum, w którym autorka lubi rysować swoje historie - tak, żeby bohaterowie powracali, mijali się na ulicy, korzystali z usług swoich firm itp. Bezpośrednią kontynuacją "Arashi no Ato" jest manga "Double Line", kolejna z cyklu historia nazywa się "After". Wydarzenia z tego samego uniwersum dziejące się wcześniej można znaleźć w mandze "Signal", a dalsza historię jednego z bohaterów drugoplanowych można przeczytać w mandze "Hatsukoi Atosaki", którą Studio JG również ma w planach.


Hidaka Shoko, autorka mangi, jest osobą, która mimo tego, że rysuje głównie tytuły BL, to nie obawia się wstawiania do swoich tytułów konkretnych drugoplanowych postaci żeńskich. Jej tytuły dotyczą głownie dorosłych pracujących ludzi. Na koncie oprócz wielu tytułów BL ma również jeden tytuł josei, który posiada tylko 3 rozdziały i drugi josei, o którym niewiele mi wiadomo. Autorka urodzona w 1986 roku mangi publikuje od 2004 roku. Na koncie ma obecnie 19 tytułów według Baka-Updates, z czego przy 1 jest jedynie ilustratorką light novel. Prawda jest taka, że Hidaka jest autorką ilustracji do wielu nowelek, ale chyba nikomu nie chciało się ich tam wypisywać. Podczas researchu okazało się, że 9 września założyła twittera. Mam wrażenie, że czytałam w którejś z jej mang, że studiowała na uczelni artystycznej, ale na chwilę obecną nie mogę się dokopać do tej informacji, więc nie mogę potwierdzić jej na 100%.


Za polskie wydanie jednotomówki nastąpiło we wrześniu 2017 roku, za jego wydanie odpowiada wydawnictwo Studio JG. Polskie wydanie ma format standardowy, posiada wydanie z błyszczącą obwolutą. Tomik ma dobre klejenie. Czarno-białe strony wydrukowane są na papierze offsetowym, w tomiku znajduje się jedna kolorowa strona wydrukowana na dosyć grubym błyszczącym papierze kredowym. Przykładowe strony można znaleźć tutaj. Druk jest przyjemny - czarne jest czarne, rastry są dobrze widoczne. 

Sasaki jest młodym mężczyzną, który wiele już w życiu osiągnął. Rozwijając swój talent i realizując marzenia udało mu się zostać szefem firmy zajmującej się projektowaniem wnętrz. Choć na klientach potrafi zrobić pozytywne wrażenie, w rzeczywistości jest egocentryczny, zarozumiały i gderliwy, a poważne związki wydają mu się zupełną stratą czasu. Pewnego dnia na przyjęciu biznesowym poznaje Okadę - młodego, przystojnego mężczyznę, który od razu wpada mu w oko. Gdy jednak ten proponuje mu nocny clubbing w towarzystwie uroczych pań, Sasaki wie, że będzie musiał się obejść smakiem. A jednak ta noc stanie się początkiem wielkich zmian w życiu młodego projektanta.. - Studio JG

 Opis mówi nam już całkiem dużo - po pierwsze widać, ze mamy do czynienia z dosyć silnym charakterem, jeśli chodzi o głównego bohatera. Zna się na swojej pracy, jest zdecydowany, nie wierzy w miłość, więc posiada partnera z podobnym podejściem. Mimo wszystkich złośliwości pojawiających się w jego umyśle wkłada wiele wysiłku w to, żeby okazywać innym szacunek. Jest profesjonalnym dorosłym człowiekiem, którego zachowanie i wypowiedzi naprawdę dobrze się obserwuje. Główna oś fabuły opiera się o to, że w jego życiu pojawia się nagle spontaniczne uczucie, które w założeniu nie ma szans, dlatego próbuje je zwalczyć logiką. Z drugiej strony mamy podchodzącego do życia pogodnie Okadę, który nie znalazł jeszcze nikogo na stałe w swoim życiu, dlatego lubi sobie poflirtować z kobietami - oczywiście jeśli ma czas, bo obecnie skupia się głownie na swojej pracy. Mamy jeszcze bardzo fajną postać żeńską - Nakamori, utalentowaną kobietę sukcesu, która może nie odgrywa kluczowej roli w fabule, ale jako postać drugoplanowa świetnie się sprawdza. Do tego Miyama - obecnie luźny partner Sakakiego, który pojawia się to tu, to tam, żeby fabula mogła ruszyć do przodu, albo żeby iść sobie z Nakamori na jakiś "babski" relaks ;). Czyli jak na jednotomówkę jest tutaj kilka naprawdę fajnych postaci z charakterem - widać to po ich zachowaniu, ubiorze czy rzeczach, którymi się otaczają.


Dodatkowo drugą osią fabuły jest współpraca firmy Sakakiego, zajmującego się projektowaniem wnętrz ze swoimi klientami, w tym z firmą, w której pracuje Okada. Miło się czyta taką historię, gdzie widać nad czym bohaterowie pracują, że znają się na tym co robią. Nienachalne wplatanie rozmów biznesowych sprawia jakieś takie poczucie profesjonalizmu. Zyskuje na tym fabuła i świat przedstawiony, dla odmiany jednak coś za coś, więc sceny erotyczne uwielbiane przez niektóre fanki BL ograniczone są do minimum - są tam, gdzie być powinny, ale nie zabierają zbyt wiele stron. Dla mnie to bardzo duży plus w BLach, ale jeśli ktoś myśli o tym gatunku jako o historiach typowo erotycznych to może się przejechać.  Jedyną rzeczą, która mnie w tej mandze trochę denerwuje jest metkowanie kogoś jako hetero w momencie, kiedy wiadomo, ze nie jest do końca hetero. Jest tyle ładnych nazw na bycie bi czy demi i można się w tym kierunku zastanawiać, ale nie - nazywajmy bohatera nadal hetero, bo czemu nie. To jakiś brzydki zwyczaj w starych tytułach BL. Nie zmienia to jednak tego, że poza tym fragmenty rozmów na temat orientacji seksualnej w tej mandze brzmią dosyć sensownie.

Ta dloń ♥
Hidaka Shoko to jedna z moich ulubionych rysowniczek - kiedy patrzę na jej rysunki to się rozpływam. Swoje mangi rysuje bardzo powoli, przykłada się do nich, a jeżeli jej coś nie wyjdzie to poprawia to do wydania tomikowego. Postacie w jej mangach są do siebie nieco podobne, ale stara się oddawać świat realistycznie, a nie różnicować postaci na siłę - ale na jedną mangę zazwyczaj przypada tylko 1 postać o jednym typie wyglądu. Postacie mają różne fryzury, różny styl ubierania się, drobne zmarszczki, różne postury i drobne elementy twarzy (nos Sakakiego ♥). Architektura i elementy wystroju tez są dobrze rysowane - nie robią jakiegoś wybitnego wrażenia, po prostu nie są złe. Kadrowanie jest naprawdę bardzo dobre kompozycyjnie, przemyślane, niektóre sceny robią większe wrażenie dzięki dużym zbliżeniom czy delikatnej zmianie perspektywy. Nie mogę się napatrzeć na proporcje ciała, dłonie czy buty w rysunkach autorki - jej kreska przypomina mi trochę semi-realizm, wyidealizowany, ale  jednak widać, że oparty na pewnej wiedzy. Bardzo podoba mi się też, kiedy autorka operuje rastrami jako cieniami na twarzach bohaterów. Nie wszystko jest idealne, bo autorka cały czas się rozwija - nie zawsze skróty perspektywiczne wyglądają tak dobrze, jak powinny, czasem gdzieś wedrze się zbyt dużo chaosu. Ale i tak nie potrafię nie lubić kreski w "Po burzy".


Jeśli chodzi o kwestie tłumaczenia i typesetting, to całość czytało mi się naprawdę dobrze - nie zwróciłam uwagi na jakieś lepsze czy gorsze momenty, chociaż nie jestem fanką odwracania niektórych dialogów w pionie. Bohaterowie przechodzą z pan na ty, po czym znów przechodzą z ty na pan - w zależności od dystansu, jaki ich dzieli i rozmów jakie prowadzą. Od razu widać, kiedy dystans się zmniejsza, albo kiedy prowadzone są rozmowy biznesowe. W jednym miejscu coś mi tylko zgrzytało i to był ten moment, w którym bohater mówi "miałbym się z pyszna, gdybyś nie przyszedł". Ktoś tak jeszcze mówi? Bo nie spotkałam się z takim zwrotem już dawno ani w filmach, ani w książkach, nie mówiąc już o realnym życiu. Ale to by była tylko jedna moja uwaga.


Nie będę ukrywać, że gatunek BL potrafi szybko człowieka wymęczyć, bo co za dużo, to nie zdrowo, dlatego ostatnio coraz więcej historii jest dla mnie na jeden raz i czasem nie mam ochoty stawiać danego tytułu na półce. Są jednak tytuły na tyle skupione na świecie przedstawionym, bohaterach czy fabule, że koniec końców moja kolekcja BL ciągle się powiększa - dlatego bardzo się ucieszyłam na więcej tej autorki w Polsce. Ciężko byłoby mi tego tytułu nie polecać.

W jaki sposób piszę recenzję mang (1) - wstęp

Jakiś czas temu rozmawiałam z Daryą na temat recenzji - czy czytamy, a jeśli czytamy to w jaki sposób, co nam się podoba, czego brakuje w niektórych recenzjach itp.  Długo nosiłam się z pomysłem rozpoczęcia dyskusji wśród mangowych blogerów na facebooku na temat recenzji i sposobów w jaki do nich podchodzimy. Dyskusji nie rozpoczęłam, ale pomyślałam, że napisze notkę o tym, jak ja podchodzę do sprawy, w jaki sposób je pisze i pokażę system, który opracowałam sobie od pierwszej recenzji aż do teraz. Na pewno nie jest to złoty sposób na pisanie recenzji, bo każdy z nas ma własny styl, ale jest to system, który pozwolił mi pisać takie recenzje, które mnie samą satysfakcjonują, a pisanie bloga bez satysfakcji dla siebie to dla mnie nie działalność charytatywna, a wyższa forma masochizmu. Coś z prowadzenia bloga muszę mieć i jest tym pewnego rodzaju satysfakcja.

Dzisiaj nie będzie stricte o formie moich recenzji, ale zanim przejdę to meritum chciałabym pogadać o tym wszystkim co dzieje się przed napisaniem recenzji i po jej napisaniu, a nie tylko w jej trakcie.



W JAKI SPOSÓB CZYTAM RECENZJĘ
Ważna sprawa - sposób w jaki czytam sama recenzję wpływa na to, w jaki sposób pisze je sama. 

Zacznijmy od tego, że jeśli jest to blog prywatny lubię na początku lub na końcu recenzji otrzymać jakiś wstęp od autora nie na temat - na przykład co tam u niego, albo jak szło mu pisanie danej recenzji. To zacieśnia więzi między blogerami, a znajomości budowane w ten sposób wcale nie są mniej wartościowe niż inne. Co innego, gdybym czytała recenzję w jakimś magazynie - wtedy nie potrzebuję jednej strony wstępu o tym, że ktoś sobie zrobił kawę, ile łyżeczek ją posłodził i na czym usiadł do oglądania danego anime, bo od autora takiej recenzji oczekuję profesjonalizmu - co z tego, że ja się czegoś dowiem o autorze, skoro on nie włoży wysiłku w to, żeby poznać mnie, albo co gorsza - część o recenzowanym tytule będzie dużo gorzej napisana od tego wstępu! Jeśli za coś płacę to za jakieś konkrety na temat danego tytułu, a nie za prywatny wylew z życia jakiegoś recenzenta i błędy merytoryczne w dalszej części recenzji (bo recenzenta znudził dany tytuł, więc np. nie zainteresował się nawet tym, że bohaterowie chodzą do gimnazjum, a nie do liceum, przekręca ich imiona, miesza timeline fabularne itp.)

Czas, który poświęcam na cudzą recenzję jest czasem, który wybieram sama, nie może mi zostać narzucona jego długość. Dlatego nie oglądam, ani nie słucham recenzji z youtuba - ma on narzucone ramy czasowe i nie mogę na pierwszy rzut oka ocenić, czy recenzja mi odpowiada, bo musiałabym przesłuchać całość. Mając przed sobą całą recenzję na bloggerze mogę szybko rzucić okiem na jakich aspektach skupił się autor. Zdarza się, że czytam całą recenzje, ale zdarza się też, że szukam konkretów - np. interesują mnie kwestie polskiego wydania albo osobiste odczucia autora na temat kreski i bohaterów, bo o czym jest fabuła wiem już z opisu wydawnictwa, a kadry czy zdjęcia mówią o kresce czasem więcej niż "no mnie się kreska nie podoba tak bardzo, bo nie przypomina kreski mojego ulubionego autora". Unikam też oceniania numerkowego/procentowego i staram się je skutecznie ignorować, bo subiektywne opinie autora w tekście pisanym nie rzucają się zazwyczaj w oczy tak, jak przy konkretnych ocenach. Takie oceny są dla mnie tez niemiarowe, bo wpływają na nie własne doświadczenia, ilość przeczytanych mang  o podobnej tematyce, przemęczenie tematu, samopoczucie podczas czytania itp. Łatwiej przyswoić mi to, że komuś się coś nie podobało, jeśli uzasadni to w rozsądny sposób typu "Za dużo mang o takiej tematyce czytałam, żeby zachwycać się danym wątkiem, dlatego go nie pochwalę." Czasem, kiedy nie mam ochoty czytać całej recenzji przeglądam ją w poszukiwaniu słów kluczowych czy zdań kluczowych, które przyciągają mój wzrok i traktują o tym, co mnie interesuje. Wtedy czytam fragmenty w okolicy (przed/po) danego zdania - nie uważam, że to złe, bo jeśli w recenzji interesują mnie konkretne rzeczy i uda mi się w niej je znaleźć, to znaczy, że recenzja spełniła swoją funkcję.

Nie przepadam też za skrajnymi recenzjami. Jeśli autor ciągle wychwala w ten sam sposób wszystkie tytuły - nie wszystko może nam się podobać tak samo, a i nie każdy tytuł udaje się wydawnictwu tak samo. Nie lubię też kompletnie negatywnych recenzji - jeśli ktoś musi sobie ulać, wolałabym, żeby robił to w jakiejś luźniejszej notce niż recenzja, dla mnie jako czytelnika nie jest do końca przyjemne tak czytać, jak ktoś się wyżywa na danym tytule nie zostawiając na nim suchej nitki. Czasem warto zaznaczyć, że coś jest normalne/zwykłe/typowe zamiast przerzucać to od razu na stronę pozytywną czy negatywną. Jedna superpozytywna recenzja czy jedna negatywna recenzja na jakiś czas może się u kogoś pojawić, ale jeśli wszystkie są na tę samą modłę, to w końcu przestaję mieć zaufanie do autora bloga.

JAK WYBIERAM TYTUŁ DO RECENZJI

Jeśli chodzi o wybór mang do recenzji to mamy dwa typy - egzemplarze recenzenckie i mangi kupione. Staram się nie recenzować tych komiksów, których oryginalnych kopii nie posiadam. 

Dlaczego? Po pierwsze - na obecnym polskim rynku nie nadążam za czytaniem tego, co kupuję, nie mówiąc o tym, co ogólnie wychodzi. A skoro nie mam czasu na czytanie oficjalnych wydawnictw to nie widzę powodu, dla którego miałabym się oddawać masowemu czytaniu i recenzowaniu nie do końca legalnych skanlacji. Oczywiście są wyjątki i to jest ten moment, żebym przyznała się, kiedy je czytam:
- jeśli w Polsce wychodzi za mało tytułów danego gatunku i jestem na głodzie, a naszym wydawnictwom, się nie spieszy z sięganiem po daną tematykę (na chwilę obecną brakuje mi josei i zaczyna brakować shoujo)
- webkomiksy (te można w pewnym stopniu za darmo czytać online, ale jeśli są w niezrozumiałym dla mnie języku to sięgam po skanlacje, żeby móc je zrozumieć)
- gatunek, w którym ciężko znaleźć coś dobrego, bo polecajki z internetu nie wpasowują się w mój gust i muszę zrobić przesiew, żeby znaleźć to, co mi odpowiada (BL)
- jeśli po ogłoszeniu przez wydawnictwo danego tytułu przykładowe strony oraz recenzje w internecie to za mało, żeby zdecydować się na kupno i muszę się wspomóc ciągiem dalszym w decyzji zakupu - wychodzi u nas taka masa tytułów, że ciężko mieć na wszystko pieniądze tylko po to, żeby sprawdzić jak nam się dany tytuł spodoba, a chętnie kupuje papierowe wydania tego, co już czytałam i mi się podobało.

Mogłabym równie dobrze na pytanie "Dlaczego?" odpowiedzieć: Bo tak. Nie muszę mieć powodu, to mój blog, mogę sobie tu robić co chcę. 

Jeśli chodzi o mangi czy komiksy kupione to wybieram je do recenzji w sposób spontaniczny - nie musi to być moja ulubiona manga, chodzi bardziej o to, że gdy zamykam tomik czuję, że mam dużo na temat danego tytułu do powiedzenia i muszę się uzewnętrznić. Wtedy siadam i piszę i jest to najszybsza forma recenzji płynąca przez palce prosto z serducha.

Jeśli chodzi o egzemplarze recenzenckie to tutaj najczęściej trafiają do mnie tytuły, których zakupu nie jestem pewna, albo jestem pewna, ale akurat nie mam na tyle gotówki, że daję się skusić na egzemplarz recenzencki. Jeśli jakiś tytuł chwyta mnie za serce już po samym ogłoszeniu zazwyczaj kończę zamówieniem prenumeraty - taka pochwała wydawnictwa za dobór tytułu: "Macie moje pieniądze!". Ale koniec końców dorosłe życie nie jest proste - czasem wole wydać pieniądze na mangę, bo nie będę miała czasu jej zrecenzować. Czasem chciałabym mieć mangę, ale nie mam gotówki, więc zapłatą jest mój czas na napisanie recenzji. Wieczne balansowanie miedzy jednym, a drugim. 

Nie zabieram się za recenzowanie czegoś, co na pewno mi się nie spodoba tylko dlatego, że mogę dostać darmowy tomik. W internecie jest już wystarczająco dużo negatywnych emocji, po co mam dostarczać je innym, a przede wszystkim po co mam dostarczać je sobie, wkręcając się w pisanie o czymś, co mnie naprawdę męczy. I nie chodzi mi tu o zupełny brak krytyki, bo bez niej recenzje stają się mało wiarygodne, chodzi o to, że od samego początku wiem, że będę się źle czuć czytając i pisząc o czymś, co mi się zupełnie nie podoba.

Co się dzieje z tomikami recenzenckimi, które jednak do mnie trafią, a są czymś, czego nie jestem w stanie przeczytać, bo mi się nie podoba, albo zawiera elementy dla mnie zbyt ciężkostrawne? Oczywistym wyjściem byłoby zmuszenie się i napisanie tej recenzji, ale wtedy pewnie szybko straciłabym zapał do pisania bloga. Z każdej sytuacji jest wyjście i albo posyłam tomiki innemu blogerowi informując wydawnictwo kto będzie recenzował dany tytuł, albo proponuję, że opiszę inny tytuł wydawnictwa, który kupiłam na własną rękę zamiast tomiku recenzenckiego. W takim przypadku tomik recenzencki oddaje komuś za darmo - skoro nie byłam go w stanie przeczytać to nie ma sensu, żebym go trzymała na polce, a czuję się zbyt winna, żeby tomik sprzedać. Oczywiście wszystko zależy od moich ustaleń z osobami z wydawnictw. 

Czy to tak wypada brać tomiki recenzenckie? Sama nie zawsze ufam blogom, które biorą na siebie zbyt wiele tomików recenzenckich i nie wyrabiają z recenzowaniem ich. To trochę tak, jakby chcieli stworzyć kolekcje mang na darmowych tomikach nie biorąc pod uwagę własnych możliwości. Ale tak naprawdę o wszystkim decyduje jakość recenzji - musi być ona skrupulatna, dokładna, zawierać coś więcej niż tylko "opis fabuły i polecam, 3/10". Muszę widzieć, że ktoś odrobił zadanie domowe, postarał się, a nie tylko zareklamował tomik. Wychodząc z takiego założenia muszę zawsze pamiętać o tym, żeby na recenzję poświęcać tyle samo czasu, energii, researchu i umiejętności, wykonania ile poświęciłabym w pracy na zarobienie tych 20 zł na tomik. Wtedy, nawet jeśli recenzja nie do końca wyjdzie mi tak, jakbym tego chciała, to wiem ile jej poświęciłam. Każde wydawnictwo ma mniej lub bardziej konkretną pulę tomików recenzenckich, więc to nie tak, że kogoś się okrada biorąc taki tomik i zobowiązując się do napisania recenzji. 

Jak zdobyć tomiki recenzenckie? To nie takie proste, jakby się mogło wydawać, jeśli jest się w gruncie rzeczy zestresowanym kłębkiem nerwów, który przeprasza, że zapytał, jeśli tylko spotyka się z jakąś odmową. Niektóre wydawnictwa odmówią, bo mają wystarczającą ilość recenzentów. Inne odmówią, bo jak coś mi się nie podoba to napiszę, że mi się nie podoba, a niektórzy nadal wychodzą z założenia, że pochwalna recenzja to jedyna recenzja, która zachęci czytelników do zakupienia tomiku. Z doświadczenia wiem, że to nie do końca prawda, nawet po komentarzach czasem więcej osób jest zachęconych do kupienia tomiku, jeśli wypiszę jego wady, bo dzięki tym wadom na pierwszy plan wybija się jakaś zaleta, która dla czytelnika bloga będzie kluczowa przy decyzji o zakupie tomiku. Ale jak to mówią - pracuj, a będzie ci dane. Wydawnictwa bywają otwarte na współpracę i czasem udaje się dostać tomiki recenzenckie, ale trzeba najpierw wypracować sobie... markę? Nie zawsze chodzi tutaj o popularność, chociaż u niektórych wydawnictw ta odgrywa ważne znaczenie - im blog popularniejszy tym większa szansa  na tomik recenzencki. Niektórzy spytają o statystyki bloga. Ale nie wszyscy - marka może oznaczać tez jakość recenzji. Osoby, które zajmują się doborem blogów do tomików recenzenckich to też ludzie i doceniają czyjąś pracę, a nie tylko puste numerki. Dlatego zanim ktoś się zgłosi do zrecenzowania tomiku recenzenckiego musi mieć już jakieś zaplecze - przynajmniej ze 2-3 recenzje mang danego wydawnictwa dla przykładu ukończone. I sam wygląd bloga również powinien być dopracowany. U mnie przygoda z tomikami recenzenckimi rozpoczęła się w dziwny sposób - o bloga zostałam zagadana... na konwencie, bo jedna z osób reprezentujących wydawnictwo znalazła mojego bloga szukając recenzji ich tytułów, zostałam za swoje wypociny pochwalona i zachęcona do zabrania ze sobą kilku tomików recenzenckich. Do tej pory nawiązałam stalą współpracę z dwoma wydawnictwami, ale tomiki recenzenckie nie są u mnie chlebem powszednim - nie rzucam się na nie jak Reksio na szynkę, tylko kalkuluje sobie czy jestem w stanie je zrecenzować w ciągu np. pół roku od daty otrzymania tomiku - niektóre mangi wciąga się w godzinę, przez inne czasem trzeba się przebić.

No właśnie - tak jak napisałam gdzieś na początku - czasem czas, humor, ilość doświadczeń na dany okres mogą mieć wpływ na pisanie recenzji i tak samo może być z samym procesem czytania, dlatego lubię mieć pod ręką 2-3 tytuły, które planuje recenzować. Warto skupić się na czymś innym, przeczytać kolejny tytuł i nagle łatwiej ruszyć z miejsca, w którym się utknęło. Nic na siłę to ogólnie świetna zasada, dzięki której do tej pory udało mi się nie rzucić tego bloga.

PRZYGOTOWANIA DO RECENZJI

Można napisać recenzję czegoś czego się nawet nie czytało, wystarczy trochę wodolejstwa, ale jednak sugerowałabym przed napisaniem recenzji ten tomik przeczytać. Z czytaniem mang to jest tak, że oddając się lekturze nie zwracamy na wiele rzeczy uwagi, nie przejmujemy się nimi, a czasem wątki, które nam przeszkadzają zwyczajnie olewamy i przeskakujemy dalej. Przy recenzji jednak wymagam od siebie większej ilości koncentracji - skoro mam o danym tytule opowiedzieć ludziom i ewentualnie odpowiedzieć na możliwe komentarze to dobrze by było, gdybym skupiła się na czytaniu tomiku. Czy mimo skupienia jest coś, czego nie rozumiem? Czy ten bełkot to kwestia tłumaczenia czy kwestia fabularna? Czy autor używa więcej rastrów czy więcej operuje czernią i bielą? Czy onomatopeje mają sens? I tak dalej, i tak dalej. Potem i tak trzeba się będzie temu wszystkiemu przyjrzeć na spokojnie, ale skupienie podczas czytania tomiku recenzenckiego to dla mnie ważna sprawa. Pod ręką zawsze warto mieć albo zakładki indeksujące, albo jakieś małe karteczki, albo notes, żeby zaznaczać elementy, które zwrócą naszą uwagę lub zapisać jakieś przemyślenia, jeśli nagle nas natchnie. Próbowałam tych zakładek indeksująych, próbowałam notesów, ale nie sprawdziły się u mnie. Zakładki indeksujące zawsze kupuje jakieś urocze i szkoda je marnować na coś innego niż jakieś fajne notki dla znajomych. Notesy mi się gubią, nawet te A4 i znajduje je po kilku miesiącach - w ten oto sposób opóźniłam sobie recenzję 1 tomu "Bungou Stray Dogs". Sprawdziły się u mnie małe kwadratowe kartki w stylu post-it - mogą służyć jako zakładka, ale znajduje się na nich wystarczająco dużo miejsca, żeby robić notatki. Zawsze zostają w tomiku tam, gdzie skończyłam czytać, więc ich zgubienie czy zostawienie gdzieś nie jest tak ryzykowne. Zapisuje na nich też np. jaka scena zapadła mi w pamięć i chciałabym ją umieścić w recenzji.

Zdjęcia. Nie wyobrażam sobie recenzji mangi, będącą formą nie tylko literacką, ale też graficzną, która nie jest poparta zdjęciami. Czysty tekst nie jest w stanie czytelnikowi do końca oddać tego, co autor recenzji ma na myśli, ale w połączeniu z obrazem oddaje pełny sens. Ważne dla mnie jest, żeby były to zdjęcia wykonane przeze mnie, bo sama czuję się zmieszana, kiedy czytam recenzje polskiego wydania, a recenzję ozdabiają wycinki angielskich skanlacji. Staram się, żeby zdjęć w recenzji było między 5, a 10, ale zawsze robię ich więcej, żeby mieć z czego potem wybierać. Zawsze jest to zdjęcie obwoluty (jeśli jest), okładki, kolorowej strony (jeśli są) i czarno-białej strony. Staram się wybierać sceny efektowne prezentujące kreskę i dla kontrastu jakieś strony z ciaśniejszym rozkładem kadrów. Czasem zdjęcia są poparciem tego co napisałam, czasem zastępują to, co mogłabym napisać, by wyeksponować element, który w recenzji pominęłam. Fajnie jest, jeśli zdjęć jest na tyle, żeby przedzielić części tematyczne recenzji (o nich w drugiej części).
Zdarzyło mi się wrzucać do recenzji fotki "na sucho", ale to nigdy nie jest zadowalający efekt, bo brakuje dopracowania. Dlatego od pewnego czasu staram się, żeby zdjęcia były dobrze oświetlone - mam ciemny pokój, dlatego jeśli jest okazja to robię je na zewnątrz lub przy samym oknie. Dobieram też tło - od pewnego czasu są to albo listwy huśtawki przed domem, albo jakaś kartka techniczna z bloku kolorowego (muszę zainwestować w blok A3  w najbliższym czasie do recenzji specjalnie, bo u mnie taki blok kolorowy szybko schodzi na jakieś rzeczy do pracy ;)). Na dzień dzisiejszy komórki mają na tyle dobre aparaty, że tło i dobre oświetlenie robi już połowę pracy. Potem zaczyna się obróbka na komputerze - zazwyczaj mam tylko 2 wymagania: żeby białe było białe, a czarne było czarne, bo tego kontrastu brakuje mi w nieobrobionych fotkach. Do tego naprawdę wystarczy kilka kliknięć w jednym programie. Zmniejszanie zdjęć do sensownego rozmiaru jest chyba oczywiste?

Następna rzecz to research na temat serii - o autorze, albo o samej serii. Czasem nasi czytelnicy nie mają ochoty czytać naszych recenzji, bo wiedzą wszystko o samym tomiku, albo nie chcą czytać tych recenzji, żeby uniknąć spoilerów. Dla nich warto zrobić jakiś research i gdzieś na samym początku recenzji podzielić się tym, czy mamy jakieś ciekawe informacje o tym, że np. autor lubi nosić 2 różne skarpetki i to zainspirowało go do narysowania tytułu. Ale o tej kwestii może już w następnej notce.

A PO NAPISANIU RECENZJI...

Pisanie recenzji nie kończy się wraz z napisaniem recenzji brzmi tak wzniośle. I nieprawdziwie, bo przecież zawsze możemy napisać recenzję i całą resztę olać. Nie zmienia to faktu, że po napisaniu recenzji warto przeczytać ją drugi raz, żeby wyłapać błędy. Ale jeśli boimy się, że wykasujemy z zawstydzenia przynajmniej połowę tekstu to warto go zapostować na sucho - czytelnicy to istoty, które wyłapią wszystkie błędy i absurdy i na pewno nam o tym doniosą w jakiś sposób! Czasem warto poddać się tej krytyce zamiast dokonywać autodestrukcji na tekście. Ale jeśli czujemy się na siłach to warto odejść na 1 dzień od recenzji i przeczytać ją następnego dnia przed rzuceniem w eter.

Komentarze są cudowne, jeśli się pojawiają. Każdy kto pisał bloga wie, że dają one kopa do pisania i jeśli autor nie jest skupiony na sobie i własnym blogu to na pewno wcześniej czy później skomentuje jakiegoś posta innego blogera. Nie zawsze, bo czasem nie ma się po prostu nic do powiedzenia. Ale jeśli macie coś sensownego do powiedzenia to starajcie się komentować notki blogerów! Niby wiemy, że ktoś nas czyta, ale bez komentarzy czasem o tym zapominamy i zaczynamy wątpić w sens. Nawet jeśli wmawiamy sobie, że piszemy tylko dla własnej satysfakcji.
Jako recenzent staram się odpowiadać na każde pytanie czytelnika, nawet jeśli czegoś nie wiem to mogę odpisać "Szukałam, ale nie wiem". Jeśli ktoś chce uzupełnić moją wiedzę i pisze to, czego jeszcze nie wiedziałam i nie zawarłam w recenzji to robi cudowną rzecz - doinformowuje mnie i zapewne przyszłych czytelników recenzji. Niektóre komentarze potrafią autorowi podnieść ciśnienie, dlatego czasem odpowiadam po jakimś okresie czasu. Jakie to mogą być komentarze? Takie, w których widać, że ktoś kompletnie nie przeczytał recenzji, tylko chciał dowalić mandze, wydawnictwu, albo recenzentowi. Dla przykładu - kiedyś napisałam recenzję jednej mangopolo - pochwalną, bo tytuł bardzo lubię i lubię wspierać działalność rysowników niezależnych. Bardzo entuzjastycznie wylałam swoją radość i zachęcałam do zapoznania się z tytułem, bo mimo wad widocznych na pierwszy rzut oka to bardzo dobra lektura. W komentarzu dowiedziałam się czegoś w stylu "Widać, że nie lubisz twórczości polskich artystów. Ból dupy z zazdrości?". W pierwszej chwili cisną się na usta niecenzuralne słowa w stylu "What the duck?!", ale po tygodniu można już na spokojnie odpowiedzieć coś w stylu "Zgorzkniały narodzie, zanim wylejesz swój zgorzkniały komentarz na moją recenzję to przeczytaj ją proszę."

Myślę, że tutaj na spokojnie mogę zakończyć pierwszą część - wypisałam się w pewnym stopniu z tego, co mogłoby się stać offtopem w części, w której opisuje kolejne elementy w budowie moich recenzji. Do następnego!

- Copyright © Gekiuma Henshin - Rysunki na blogu moje - Powered by Blogger - Designed by Johanes Djogan -