[recenzja] Siedmiu książąt i tysiącletni labirynt - tom 1

Dzisiaj recenzja, którą miałam napisać już w grudniu, ale nie spływało na mnie żadne natchnienie. Ogólnie ostatnio wszystko, co mam zrobić się piętrzy, a ja chociaż robię dużo, nie jestem w stanie się ze wszystkim wyrobić. No, ale w końcu czas się przełamać, bo manga jak dotąd bardzo dobra, a dodatkowo kolejne do recenzji już się piętrzą. Dla tych, którzy nie obserwują mojego bloga informacyjnego - ostatnio napisałam 2 teksty (jeden długi, drugi krótki), które zamiast na blogu pojawiły się w Magazynie Otaku. Zachęcam do kupienia, bo kto wie, kiedy jakiś mój tekst pojawi się w druku ;). Z resztą podjęłam wdzięczny temat o wspaniałej japońskiej osobowości. No, ale czas na rozpoczęcie recenzji!


"Sennen Meikyuu no Nana Ouji" to manga czterotomowa z 2014 roku. Wychodziła w magazynie  Comic Zero-Sum i kierowana była do publiczności josei. Gatunkowo jest to tajemnica i fantasy, posiada również elementy komedii i dramatu. Manga posiada dwa jednotomowe spin-offy - "Eikyuu Kairou no Kishi" (sequel) oraz "Akatsuki no Ouja" (opowieść poboczna). Autorka scenariusza mangi - Yu Aikawa - ma na koncie wiele tytułów, które wydawała od 1999 roku, zaczynając od serii "Dark Edge". Wiele z jej tytułów pisała i rysowała sama. W innych przypadkach była albo scenarzystą, albo rysownikiem. Za rysynki w tym przypadku odpowiada inna osoba - Atori Haruno, która oprócz tej serii zajmuje się rysowaniem doujinów.


Za polskie wydanie odpowiada wydawnictwo Waneko, które pierwszy tom wypuściło w listopadzie 2018, a drugi tom ma wyjść lada chwila. Polskie wydanie posiada rozmiar standardowy, błyszczącą obwolutę w kolorze, na okładce pod obwolutą znajduje się krótki komiks o tym, że niewiele brakowało, aby tytuł mangi brzmiał niczym jakiś film Kurosawy. Nie do końca kupuje mnie polskie logo mangi, zwłaszcza "Labirynt" ma dla mnie za dużo efektów, ale nie jest to tak, że bardzo rzuca mi się to w oczy. Tomik wydrukowany jest na papierze offsetowym w czerni i bieli, ma jedną stronę w kolorze na papierze kredowym. Jeśli chodzi o polskie tłumaczenie to nic nie rzuciło mi się w oczy, jeśli chodzi o negatywne kwestie. Czytało mi się przyjemnie i płynnie. Edycja/typesetting są niejednostajne - czasem w punkt, czasem delikatnie poprzesuwane w dymkach w którąś ze stron, a nie na środku. Czcionki dobrane dobrze.

Pewnego dnia grupa wybitnych młodzieńców budzi się w tysiącletnim labiryncie. Podejrzewają, że zebrano ich tam, aby wybrali ze swojego grona przyszłego cesarza! W starodawnych murach roi się od tajemnic i intryg. Budzą się rozpacz i nadzieja… Przed Wami gotycka opowieść grozy o wielkiej ucieczce! - Waneko
Szczerze powiedziawszy nie spodziewałam się po tym tomiku zbyt wiele. Josei z przystojniakami? Niejedną jednotomówkę w tym stylu fundowała już Taiga i szału to tam nie było. Jedynym moim pocieszeniem było to, że w 4 tomach coś może się rozwinąć. Pierwszą ulgą było to, że mamy tu na dzień dobry historię zabarwioną krwią i zamknięty budynek z rozwiązywaniem zagadek. Chwilę później - okazuje się, że nie jest to reverse haremówka! Nie wiem czemu jak usłyszałam o siedmiu książętach to wydawało mi się, że będzie tam jakaś kobieta. A siedmiu książąt to siedmiu książąt i tyle. To wspaniały plot twist, że żadna bohaterka nie znalazła się w labiryncie, w którym spotkała siedmiu książąt, tylko po prostu siedmiu książąt znalazło się w labiryncie (właściwie było ich ośmiu na początku). Posiłkują się oni dwoma legendami. Pierwsza z nich opowiada o tym, że w zamku, w którym nagle zostali zamknięci, znajdowała się tysiącletnia cela przeznaczona dla syna cesarza. Dawno, dawno temu 7 feudałów postanowiło się go pozbyć, by jeden z nich mógł zasiąść na tronie.  Druga z legend dotyczy przyszłości - spośród 8 osób ma zostać wybrany nowy cesarz - legenda wspomina o kimś, kto mimo braku wykształcenia potrafi odczytać stare znaki. Dlatego jeden z bohaterów zaczyna zwracać coraz większą uwagę tych, którzy tę drugą legendę znają. 


Po pierwszym tomie seria jest gdzieś pomiędzy thrillerem, gdzie bohaterowie giną, spiskują przeciwko sobie w zamku pełnym pułapek, a przygodówką pełną barwnych bohaterów, którzy rację bytu mają tylko w mandze. Po pierwszym tomie o samych bohaterach dużo nie da się powiedzieć, bo każdy skrywa jakąś tajemnicę, ale są oni jak dotąd wartością dodaną mangi. Każdy ma w sobie coś wyróżniającego się, charakterystycznego, każdy pochodzi z innej pozycji społecznej lub innej profesji. Różne charaktery, różne aparycje - wydaje mi się, że każdy wśród siedmiu książąt znajdzie kogoś dla siebie. Mamy niewinniaczka, służbistę, kobieciarza, detektywa, złodzieja, cross-dressera artystę - podrasowane stereotypy, które nie denerwują, a w tym przypadku przyciągają.


Pod względem projektu postaci kreska dodaje uroku, przyjemniej patrzy się na te "bishounenowate"  i nieco rozluźnia atmosferę - poza tym jak już pisałam każda z postaci jest inna i się wyróżniają. Ich stroje są pełne detali, a proporcje bardzo przyjemne. Kadry są pełne ciekawych teł, dynamicznie wykorzystanej perspektywy i uchwyconego ruchu. Kreska jest zróżnicowana, a do cieniowania użyto zarówno czerni i bieli jak i rastrów. 

 

Po pierwszym tomie uważam, że "Siedmiu książąt..." to manga, na którą warto zwrócić uwagę. Ja nie miałam oczekiwań, ale ostatecznie sięgnęłam po ten tytuł i naprawdę dobrze mi się go czytało. Dawno nie miałam takiej przyjemnej, wyważonej pod względem tajemnica - rozrywka lektury. 

The Mystery Blogger Award

Minęło milion lat odkąd zostałam przez kogoś otagowana, ale w końcu jakiś tag mnie dopadł. Wielkie dzięki dla Pałacu Wiedźmy za nominację :D

 To trochę taki tekst kopiuj wklej, bo wiadomo, że chodzi o kolejny łańcuszek, ale wklejam:
nagroda dla niesamowitych blogerów o genialnych postach. Ich blogi nie tylko urzekają; one inspirują i motywują. Są jednymi z najlepszych na świecie i zasługują na każde uznanie, jakie otrzymują. Ta nagroda jest również dla blogerów, którzy znajdują radość i inspirację w blogowaniu; i robią to z wielką miłością i pasją.
 Umieść logo/zdjęcie nagrody na swoim blogu.
Wymień zasady.
Podziękuj temu, kto Cię nominował i podaj link do jej/jego bloga.
Powiedz swoim czytelnikom 3 rzeczy o sobie
Musisz nominować 10 osób
Powiadom swoich nominowanych, komentując to na ich blogach
Zadaj swoim kandydatom 5 dowolnych pytań; w tym jedno dziwne lub zabawne (sprecyzuj)
Udostępnij link do Twojego najlepszego wpisu (wpisów).

ODPOWIEDZI NA PYTANIA 

Skąd się u Ciebie wziął pomysł na prowadzenie bloga?
Nie miałam pomysłu na bloga, kiedy go zakładałam. Blogger był wtedy jednym z social mediów używanym przez znajomych (nikt z nich go już nie używa teraz :)) i w pewien sposób służył do utrzymywania kontaktu. Przez lata służył mi on do różnych rzeczy i w momencie, kiedy zmieniał się w co innego, to poprzednie notki lądowały jako wersje robocze (od chociażby fanfiki ;)).

Podchwytliwe pytanie: manga czy anime?
Webtoon! Ostatnio głównie darmowe webtoony mnie wciągają. Można je czytać na komórce dzięki apkom, apdejty są częste i umilają dzień. No, ale jeśli mam wybierać między mangą, a anime to zdecydowanie manga, bo jednak lubię robić rzeczy we własnym tempie - jedne rzeczy czytać dłużej, inne krócej, a anime przede wszystkim narzuca pewne ramy czasowe wydarzeń.

Twoja dotychczas najgorsza i najlepsza przeczytana manga? Dlaczego właśnie ona?
Chyba wyrzuciłam najgorsze, co przeczytałam z pamięci, więc tu nie pomogę. Ale mogę wam powiedzieć, że jakieś 17 lat temu próbowano mnie namówić na czytanie BLi, ale takich z fabułą wiecie. I polecono mi "Midare Somenishi" Kazumy Kodaki. I jak ten tytuł przeczytałam to uznałam, że jeśli to był BL z fabułą to ja nie chcę widzieć nie tylko tych bez fabuły, ale tych z fabułą też. Biorąc moją obecną znajomość BLi, srogo mnie wtedy oszukali ;).
Jeśli chodzi o jedną ulubioną mangę to myślę, że częściowo pokrywa ten temat notka Jakie mangi chciałabym zobaczyć na polskim rynku (i jeszcze żadnej nie zobaczyłam!). Z tych, które nie mają szans na wydanie w Polsce jest "Yowamushi Pedal"- tyle emocji co dała mi ta sportówka i postaci, które lubię, nie dała mi póki co zadna inna. Z mang wydanych w Polsce jestem wielką fanką "One Piece" - serię poznałam w 2000 roku jako anime i od tego czasu uwielbiam tę serię. Był czas, kiedy nie wierzyłam w jej wydanie w Polsce!

Mając możliwość swobodnej podróży w czasie i przestrzeni, wymień jedną osobę, z którą chętnie byś się spotkał/a i zaprosił/a na kolacje – dlaczego właśnie ona?
Na początku chciałabym wyłączyć z tego pytania osoby, które znam i do których jestem przywiązana, bo to chyba wiadome, że najchętniej spotykałabym wiele razy osoby, które kocham. Swobodna podróż w przestrzeni i czasie, by móc się z nimi spotykać brzmi jak marzenie! Dlatego może lepiej, żebym spróbowała wybrać kogoś, kogo nie znam, żeby było ciekawiej z punktu czytelnika? Myślę, że na chwilę obecną chętnie poszłabym z Zhu Yi Longiem na hot pota. 



Long obsesyjnie kocha hot pota, a patrzenie na ludzi, którzy cieszą się swoim jedzeniem to najlepsza rzecz świata, tak że myślę że miałabym radochę. Ale to musiałby być hot pot pół na pół, bo Long uwielbia ostre rzeczy, a ja niby też lubię lekką ostrość, ale mam tak wrażliwe gardło i żołądek, że tylko łagodny mógłby być dla mnie. Na szczęście hot poty mogą być podzielona na dwie części.

W jakie dowolne zwierze chciałbyś móc się zmieniać?
Biorąc pod uwagę jak bardzo interesuje mnie teleportacja, żeby móc się widzieć z ludźmi, którzy nie mieszkają za blisko to mogłabym być sokołem wędrownym. Wiecie, że potrafią nawet 350 km/h robić? Jakie życie byłoby piękne, gdyby taka odległość nie stanowiła problemu na co dzień! Z samego wyglądu mogłabym być fenkiem, strasznie mi się podobają te zwierzątka.

TRZY RZECZY O MNIE

Jestem człowiekiem po trzydziestce. Ludzie zazwyczaj dają mi mniej, bo nie wyglądam jak jakaś poważna pani z urzędu chyba? Przez te lata nauczyłam się, że jeśli ktoś wam powie, że "z czegoś wyrósł" i nie jest to ubranie, to kłamie. Po prostu mu się znudziło, albo coś go przestało interesować i podjął decyzję, że to już koniec z pewną sprawą. "Uwielbiam" te 20-stki, które są już za stare na mangę, anime, fazę na jakichś idoli i zrzucają to na karb swojego wieku nie biorąc odpowiedzialności za swoje wypalenie się czy znudzenie w danej kwestii. Ja mam dalej radochę z tego, z czego chcę ją mieć.

Nie jestem ekstrawertykiem, ale nie lubię spędzać czasu sama. Jestem ambiwertykiem - potrzebuję trochę czasu dla siebie i trochę czasu wśród ludzi. Niestety życie jak na złość daje mi czas z ludźmi, z którymi lubię przebywać mało, dlatego ciągle mam jego niedobór. Dlatego ciężko mi czasem czerpać przyjemność z robienia rzeczy sama - nawet jeśli są to czynności, które sprawiają mi przyjemność. Muszę mieć tę równowagę, żeby czerpać radochę z obydwóch trybów życia. Ale ostatni niedobór ludzkości naprawdę źle na mnie wpływa i zamiast spędzać czas sama ze sobą w radości popadam w kompletną marność.

Raz trafiłam na jakąś Galę Kabaretową na Kadzielni w Kielcach, i to do trzeciego rządu. Obiecałam znajomym, że jeśli mnie pokażą w tv, to zrobię "Bakyun!" Shinkaia z "Yowamushi Pedal" do kamery. Co też uczyniłam i kilka osób to dostrzegło :D


Teraz czas na dziesięć osób nominację. Do taga nominuję |(zróbcie tylko jeśli chcecie):

Pytania dla was:
1. Ulubiony suchar/żart słowny? (to jest to śmieszne pytanie wymagane)
2. Czy jak byłeś/aś mały/a to bawiłeś się w Pele Mele/Złote Myśli, czy klątwa tagów dopadła Cię dopiero w blogoświatku?
3. Jakiś ulubiony cytat lub powiedzonko, które zapadło ci w pamięć? Z czego pochodzi? Czy coś dla ciebie znaczy?
4. 5 miejsc w Polsce, które najchętniej byś odwiedził?
5. 5 potraw, które masz ochotę spróbować, ale jeszcze nie miałeś okazji tego zrobić?

Przepraszam, że moje pytania takie mało popkulturowe, ale one pierwsze przyszły mi na myśl. 

Do następnego razu!

Co ja tam jadłam w tej Japonii?

Wstępny plan
Zakupy zrobione w Japonii
Dzień 1
Dzień 8
Dzień 9
Dzień 10
Dzień 11


Ta garstka osób, która czytała poprzednie notki o moich przygodach w Japonii już wiedziała, a reszta pewnie domyśliła się po tytule, że opisywanie tego, co w Japonii jadłam zostawiłam sobie na osobną notkę. Myślałam, że uda mi się zamieścić ją jeszcze przed Nowym Rokiem, ale złapał mnie kryzys egzystencjalny i wszystko przesunęło się na dzisiaj ;). Zacznę od mojego zdecydowanego faworyta czyli:


Omuraisu z Pomme to chyba najlepsza rzecz na świecie zaraz obok innych najlepszych rzeczy na świecie. Ich omlery ryżowe są strasznie dobre, hamburger był mięciutki, a sos Hayashi był tak obłędny, że oszalałam na jego punkcie, MATKO POLKO JAKIE TO BYŁO DOBRE. Dobrze, że brat dał mi spróbować, bo chociaż mój z sosem pomidorowym i bakłażanem też był naprawdę pyszny to dostałam obsesji na punkcie jego sosu. Warto zahaczyć o jakiś lepszy omurais w Japonii, oj warto. Ja Pomme's znalazłam w jednej z galerii na Odaibie, ale myślę, że w większości miejsc można akurat na tę sieć trafić ;)




Na zdjęciu obok możecie znaleźć pełną nazwę, ale do Chińczyka trafiliśmy na Kamakurze tylko dlatego, że było okrutnie gorąco, a nam zależało na klimatyzacji i na angielskim menu (czym przestaliśmy się przejmować szybko, bo google translator świetnie czytał japońskie menu, ale to był nasz drugi dzień w Japonii i jeszcze bardzo noobiliśmy :)). Tym razem padło na gyozę, która nie może być zła. Uwielbiam te pierożki w każdej wersji, nawet te polskie z Konspolu mi smakują :D. Brat wziął ramen z gyozą. Nie był to może jakiś szał, ale wszystko nam całkiem smakowało na tamtą chwilę.





Curry, curry rice, japoński ryż z sosem curry w wielu kombinacjach był moją kolacją 3 razy, bo Coco Ichibanaya było rzut beretem od mieszkania w Setagayi. Ale Coco jest rzut beretem od wszystkiego wszędzie ;). Nie dałam rady żadnemu poziomowi ostrości (ten czerwony na górze zjadł mój brat), za to mild flavour mnie w sobie rozkochał. A te wszystkie kombinacje z dodatkami! Nie wiem która lepsza - klasyczny ziemniak/marchewka, kotlet czy szpinak i pomidory... Japońskie curry z łagodnym sosem to złoto i dobro narodowe, amen.





Teraz czas na różne pierdoły :D. Na początek zaskakująco smaczne zaskoczenie czyli próbka soku pomidorowego z grejfrutem ze Starbucksa - całkiem to dobre było!!! C.C. Lemon to napój reklamowany przez Kanjani8, więc nie mogłam się nie napiś. W smaku bardzo słodki jak na coś z witaminą C o smaku cytrynowym. Produktu numer 3 wstyd nie było nie kupić po takich reklamach (obejrzyjcie do końca, jeśli jeszcze nie znacie):


Tea's Tea było za mocne z samego rana, taka bardzo mocna mrożona herbata z automatu. Nie zostanę fanką, ale cóż ;). Napój Litchi wygrałam w jakimś losowaniu i były to po prostu kawałki litchi z musem. Czekolada z pianką to wybór mojego brata w momencie, kiedy mieliśmy dość japońskości i chcieliśmy posiedzieć w jakiejś stylowej kawiarni - ja zjadłam tam zupę dnia, z której zrozumiałam tylko "potato corn", więc brzmiała pysznie, ale nie byłam przygotowana, ze to chłodnik. Coca Cola Clear, czym was pewnie nie zaskoczę, to taki prawie jak Sprite. Następnie deser z truskawkami, który jadł mój brat i mój ulubiony napój - Salty Litchi, który był napojem słodkim, ale smak litchi był lekko podbity solą i to było super. Kolejne zdjęcie to ten moment, w którym dochodzisz do wniosku, że to już czas spróbować sobie złożyć śniadanie z rzeczy ze sklepu, więc kupujesz pudding, jajko na twardo (można sobie takie kupić gotowe ;)) i zupa miso z proszku i w sumie kończysz na tym, że zjadasz jajko i wszystkie glony z zupy. Jednak ta zupa z proszku smakowała trochę jak moja pierwsza próba przygotowania zupy miso, a to wcale nie kojarzy mi się dobrze. Na szczęście później udało mi się odczarować to wspomnienie normalną zupą miso. W ogóle kocham jeść glony z zupy, albo sałatkę z wakame... Byle nie takie suszone płaty, tylko świeże ♥️.  Na koniec ptyś z nadzieniem cytrynowym i dorayaki ze słodkim ziemniakiem. Swoją drogą nie ma tutaj zdjęcia, ale zakochałam się w japońskich piekarniach na różnych dworcach - pieczywo i jego pochodne nie są tanie, ale można je podgrzać, jest świeże, a poza tym TAK MEGA DOBRE. Przynajmniej tam, gdzie ja trafiłam.


  


Bento z dworca, takie specjalne do pociągu - niestety miałam wtedy problemy z przegrzaniem się i q końcu nakarmiłam nim sarenki. Jakieś super dobre nie było, ale przynajmniej wyglądało i wyjadłam z niego różne pikle. Obok niego sponge cake za grosze - było smaczne i dużo bardziej przyswajalne niż bento na tamten dzień. Wizyta w Mc Donaldzie i Mc Flurry z gudetamą odhaczone - co prawda jadł mój brat, a ja wciskałam w siebie te fryty, bo uznałam, że ziemniak mi nie zaszkodzi. Co zaskakujące fryty (sen i zzimny prysznic też ;)) pomogły i już 2-3h później czułam się dużo lepiej. Kolejne dwa zdjęcia to śniadanie ze sklepu - 2 onigiri, tamagoyaki i kurczaczek - to akurat było  śniadanie idealne i niedrogie :D. Do tego kolejny napój po Salty Litchi, który mogę polecić - ten napój hibiskusowy nie był ani słodki, ani gorzki - był przyjemny i idealny na lato.

 

 

Teraz zdjęcia rzeczy, za które grubo się przepłaca - lód z polewami oraz napój mango i kurczak w panierce. Nawet nie pamiętam ile to kosztowało, ale znajdowało się w połowie wspinaczki na góry - niewielkie, ale wchodzić milion lat podczas upału i zobaczyć miejsce z klimatyzacją i czymś zimnym to taki chwyt marketingowy, że człowiek marzy o tym, żeby na chwilę ochłonąć ;D. Trzecie zdjęcie to przepłacony słodycz - mochi z zieloną herbatą z popularnego miejsca w Dotonbori (Osaka, dzielnica jedzenia)- bo chciałam chociaż jedną taką "turystyczną" rzecz podczas swojego wypadu zrobić i padło na to miejsce.

  



お好み焼長田屋nagataya w Hiroshimie to bardzioo przyjazne turystom miejsce, pełne obcokrajowców i polecane na tripadvisorze. Będzie jeszcze okonomiyaki z Osaki dla porównania. Każdy ma swoją wersję, ale żadna nie przypadła mi bardziej ani mniej do gustu - obydwie były całkiem dobre, ale największe wrażenie do tej pory zrobiło na mnie moje pierwsze okonomiyaki w Polsce, które jadłam w zamkniętym już Okonomiyaki Yo! w Katowicach... które jest wzorowane właśnie na stylu z Hiroshimy :D. Dla mnie okonomiyaki jest idealne jako taka neutralna potrawa, w której nic mi nie przeszkadza - tu w opcji makaron, ciasto ryżowe, kurczak, jajko :D 




Tu kolejne przypadkowe potrawy - koniecznie chciałam spróbować okonomiyaki, ale jak kupiłam jakieś w Dotonbori (dzielnica jedzenia) w Osace, to było dla mnie i mojego brata niezbyt przyjemne i w końcu nie zjedliśmy - następnym razem wybiorę jakieś bardzo polecane miejsce i może spróbuje lepszej wersji - swoją drogą już raz próbowałam jednej tak megasmacznej, ale była to domowa robota koleżanki i nie zastąpi jej żadna japońska wersja. Potem jedyne sushi, którego spróbowałam w Japonii, żeby nie było, że byłam a nie jadłam ;). Najbardziej smakował mi topping z tuńczykiem i majonezem. Do surowej ryby przekonywałam się po troszkę. I ostatnie zdjęcie - ciastko z zieloną herbatą z Miyajimy :D.


Kushikatsu czyli pamiętaj, że jak coś ugryziesz to nie maczaj już w sosie. W sosie możesz maczać tylko raz! Jeśli potrzebujesz nałożyć sosu, żeby zjeść swoje różne warzywa i mięska, które już ugryzłeś to masz płaty kapusty, żeby to zrobić. A jeśli będziesz próbować to wiedz, że jesteś obserwowany przez specjalnych pracowników, którzy stoją tam po to by cię upomnieć przed taką próbą ;D. 



O tym, jak wspaniała atmosfera panowała w YowaPeda Animate Cafe już pisałam w dniu 1. Ale jak smakowo? Picie okrutnie słodkie - jak większość słodjkich napojów w Japonii. Omurice nie równał się w ogóle z tym w Pomme - po prostu ryż w jajku z niewielką ilością sosu pomidorowego. ale było to jadalne, a poza tym nie o to chodzi w kawiarniach tego typu, żeby jedzenie powalało na kolana :).





Monja Mugi w Osace, 5 lipca 2018. W jednej z japońskich dram widziałam monjayaki, którym panie się tam zajadały, więc wyszukałam w najbliższej okolicy jakiejś izakayi z tym daniem. BINGO. Po prostu wygryw życia, nie chcecie wiedzieć ile na żarcie tam wydałam, ale w końcu trafiłam do miejsca, gdzie klimat i jedzenie mi siadły. Teraz będzie małe kopiuj - wklej z jednej z notek: Był to mały lokal z gorącą płytą przy barze, w którym od razu było widać, jak kucharz przygotowuje nam żarcie - zaczęło się od monjayaki, a potem omlety, gyoza, pankejk... A wszystko tak megasmaczne, że ciężko opisać. Piosenki - na przykład "Over the rain" flumpoola - nadawały miejscu klimat. Google translator pomógł nam rozczytać menu i udało się przeskoczyć barierę językową. Fajne było to, że udało nam się nieco pointegrować z lokalnymi Osakańczykami i poczuć takie odprężenie przy ludziach, z którymi prawie w ogóle nie mogliśmy rozmawiać - zwłaszcza, że mój brat siedział bliżej i to do niego częściej się zwracali. Było 2 salarymanów ze swoim starszym szefem, który potem ostro za nich wszystkich płacił. Trochę się z nas śmiali, trochę się zbijali z człowieka, który przygotowywał nam jedzenie ("mastaaa!"), trochę nam podpowiadali jak jeść, np. że trzeba sobie podmuchać, bo gorące powiedzieli nam na zasadzie "fuu-fuuu-fuu-fuu". Trochę się dogadaliśmy, że Japoniia grała niedawno z Polska w piłkę nożną. Pokazywali mojemu bratu na jego mokre ramiona pytając "No umbrella!", a kiedy mój brat odpowiadał, że "too small umbrella" mieli po japońsku zaciesz, że ich zrozumiał (a ja zrozumiałam ich japoński, upss!). Po mojej stronie przy barze zasiadła kobieta w średnim wieku, a koło niej starsza pani i ewidentnie się nie znając umówiły się na zamawianie razem, bo porcje były duże - mega integracja! Kiedy patrzyłam w ich stronę starsza pani mi się lekko kłaniała, wtedy ja jej też, ona mnie i tak po kilka razy na pełnym uśmiechu.  Było to ewidentnie lokalne miejsce, a my byliśmy tam atrakcją, ale właśnie takiego klimatu poszukiwałam w Japonii. Musicie sobie wyobrazić jakie to wszystko musiało być dobre, skoro domawiałam i domawiałam i nawet deser mi się zmieścił!


Nanba Niku Gekijou okal, do którego ustawiały się kolejki, polecany przez lokalnego człowieczka, a jednak to, co przerosło mnie w Japonii to ilość mięsa. Skończyło się na tym, że starałam się go unikać, ale jednak polecajki wypadało spróbować. I nie powiem, było smaczne, ale bardzo szybko oddałam je bratu, sama zadowalając się kiełkami i ryżem (japoński ryż jest naprawdę tak dobry, że mogę go jeść bez dodatków). Lokal mały, oblegany - to świadczy o nim dobrze, nie raz się przekonałam do tego, że lepiej nie iść tam, gdzie nie ma kolejek - chociaż przekonałam się też, żeby nie iść tam, gdzie są kolejki Chińczyków, bo pomijając ich brak kultury osobistej, który ogólnie przeszkadza w egzystowaniu, to chińscy turyści robią po prostu sztuczny tłum. Z zupą się oszukałam - jednak poziomy ostrości Japończyków mnie przerastały, to co w Polsce "może być ostre" jest w Japonii łagodne, a jakikolwiek poziom ostrości chociaż jest przyjemny w smaku, to jednak nie na moje gardło i refluksy. Polecam osobom, które będąc w Osace będą miały fazę na mięso, ale ogólnie to zaraz obok jest TAKI DOBRY RAMEN, o którym jeszcze będę pisać, tak że jeśli musicie wybrać tylko jeden lokal w DenDen Town to (oprócz obowiązkowych melonpanów, które też wspomnę) to jednak jest tu inny zwycięzca. 





Ramen, do którego przyprowadził nas kolega z okolicy Nipponbashi :) - tłuściutki ramenik, którego nie byłam w stanie przejeść - był megapyszny, ale dla mnie za ciężki jak na środek wycieczki. Za to ryż z mięsem i jajkiem, który był do niego dodany wciągnęłam w całości, wszystko było TAKIE DOBRE! Cenowo za taką ilość wyszło bardziej niż przyzwoicie :) - 鶏豚らーめんジャンキー.


MELONPANY! Ale nie takie zwykłe drożdżówkowe ze zwykłego sklepu! Może zdjęcie niewyraźne, ale między Animate, a Taito Station w japońskim Denden Town była budka z melon panami. Są to właściwie drożdżówki japońskie, pokryte z wierzchu kruchym ciastem, mające przypominać z wyglądu melona. Jadłam w tej budce zwykłego melknpana, z gorzką czekoladą, a także pokrytego kruchym ciastem truskawkowym. Próbowałam tych bułek gdzie indziej - inne piekarnie, supermarkety, ale te w tej budce były najlepsze. Żałuję, że nie byłam tam więcej razy niż 4, ale tak się nimi cieszyłam, że któregoś dnia panie, które tam sprzedawały zaczęły do mnie machać jak do znajomej. ♥️ 







Tsuruhashi Fugetsu Nanba City Minamikan - Okonomiyaki to danie, które próbowałam w 2 wersjach - w Osace i w Hiroshimie. Potrawa ta przygotowywana jest tam inaczej. Tutaj mamy okonomiyaki z sieciówki w Osace - ja skusiłam się na takie z imbirem i jajkiem, brat wziął z mięsem i serem żółtym i właściwie dzieliliśmy się nimi. Potrawę przygotowywano przed nami na podgrzewanej płycie - zabroniono nam dotykać przygotowywanych dań i co jakiś czas podchodzono do naszego stolika. Ciasto z kapustą i innymi dodatkami było podpiekane, potem dodawano kolejne składniki, a na koniec wykończono sosami. Kawałki takiego placka odcina się i zabiera specjalną szpatułką z ciepłej płyty na swój talerz. Bardzo smaczna i bezpieczna potrawa jak dla mnie, jest w niej całkiem sporo możliwości do popisu i składników, które można dorzucić do swojej bazy (my zrezygnowaliśmy np. z makaronu, bo nie byliśmy aż tak głodni). Nie będzie to danie przeze mnie jakoś bardzo wspominane, ale przynajmniej nie mogę powiedzieć, że mnie zawiodło :)


Crepes czyli japońskie naleśniki ♥️, totalny mus jeśli jest się w tym kraju, przynajmniej ja nie mogłam sobie 2 razy odpuścić ten przyjemności. Budki otoczone są całymi ścianami z przykładowymi wersjami napakowanych po brzegi naleśników, a rzeczywistość odpowiada przykładom. Są nieco inne w smaku niż nasze polskie naleśniki, nie do końca jestem w stanie opisać różnice, ale wydaje mi się, że są nieco mocniejsze i bardziej elastyczne. W środku miałam spory kawałek sernika, oreo, bitą śmietanę, truskawki, borówki i rurki... Nie jestem fanką serników, ale ten był taki jednolity, przyjemny w smaku, że skusiłam się na dodatek sernika 2 razy. Raz właśnie e Akihabarze, a drugi raz w Harajuku :D





Kamen Rider the Diner był przeze mnie już opisywany w notce 10. To było moje marzenie, żeby właśnie tam trafić w Japonii, usiąść na tronie Dai Shockera i w ogóle!! I mimo bariery językowej udało mi się porozmawiać z obsługą o ulubionych Kamienkach! Za rezerwację trzeba zapłacić dodatkowe 500 jenów, ale przygotowują prezent w tej cenie (naczynia do sosu sojowego) więc nie ma co narzekać. Jedzenie zaskakująco dobre i fajnie ustylizowane na różne serie :D. Wróciłabym i pewnie znowu zjadła Kivata, który był ziemniakiem pod mięsem mielonym z sosem pomidorowym, serem i ciastem francuskim, ale był megasmaczny!


statnie danie, jakie jadłam w Japonii - kolacja w Rainbow Restaurant w hotelu Narita Rest House. Znajduje się on 7-8 minut na nogach od Terminala 1 lotniska Narita dlatego wybrałam właśnie to miejsce na ostatni nocleg. Bardzo przestronny i wygodny hotel, zapewniają w pokoju nawet piżamę :D. Wybraliśmy z bratem jakąś specjalność składającą się z wielu różnych składników Mi najbardziej smakowała zupa miso oraz po prostu ryż, a także kurczak skropiony cytryną. Bratu odpowiadało wszelkiego rodzaju mięso i tempura, więc świetnie się podzieliliśmy. Z niewyjaśnionych powodów dostałam też zieloną herbatę za darmo od pani kelner ♥️. Nie było to może w żaden sposób jedzenie wybijające się, ale naprawdę smaczne, złożone z wielu składników i dobre na kolację noc przed lotem - no i świeże i lepsze niż w niektórych innych miejscach w Japo :)


A na koniec notki... pizza :D.  Przez pogodę niestety nie mogłam cieszyć się za bardzo japońskim festiwalem - Tanabatą, ale udało mi się znaleźć kilka działających foodtrucków, w tym jeden z bardzo interesującą pizzą - nazywała się Ninja Pizza i zawierała w sobie japońskie grzyby, miso, ale przede wszystkim smak bazował na resztkach powstałych przy produkcji sake. Jak nie przepadam za alkoholem tak tutaj nadawały one tak niezwykłego smaku, że znajdzie się w top3 moich ulubionych rzeczy, które jadłam w Japonii i na pierwszym miejscu mojego brata, bo było to niezwykłe doświadczenie i do tego smaczne. Placek nie był duży, a cena oscylowała w okolicach 1000 jenów, ale totalnie było warto!

To już ostatnia notka na temat mojego pobytu w Japonii, chyba, że jeszcze kiedyś mnie natchnie na opowieść jak technicznie wyglądały przygotowania do wyjazdu. Ale to chyba wiedza ogólnie znana i bardzo łatwo ją znaleźć w internecie, więc nie wiem czy kolejna notka byłaby potrzebna. Do następnego!

- Copyright © Gekiuma Henshin - Rysunki na blogu moje - Powered by Blogger - Designed by Johanes Djogan -