W jaki sposób piszę recenzję mang? - część 2

Uznajmy, że każdy z was przeczytał część pierwszą wpisu. To znaczy, że każdy z was wie, w jaki sposób czytam mangi do recenzji i że zachęcam do przygotowania minimum 5 WŁASNYCH zdjęć (najlepiej ostrych i z dopracowanym balansem kolorów - ja używam Photoshopa - wszystko, tylko nie fragmenty skanlacji w momencie, kiedy recenzujecie oficjalne wydanie), które będą robić za przerywniki między kolejnymi segmentami/akapitami, żeby tekst nie wydawał się zbity. Możemy dzięki temu przejść do omówienia każdej części recenzji po kolei i zamknąć temat tego, w jaki sposób je piszę. Może pomoże wam to zrozumieć lepiej moje recenzje, a może ktoś skorzysta z moich uwag do napisania swoich...



WSTĘP DO NOTKI
To część, w której opowiadam co tam ostatnio u mnie, wyjaśniam czemu wybrałam lekturę takiej, a nie innej mangi, albo opowiadam o tym, że znowu trafiłam na komiks o podobnej tematyce. Jest to część niezobowiązująca, którą mam nadzieję, że przeczytają nawet osoby, które nie są zainteresowane dalszą częścią w recenzji.

INFORMACJE O TYTULE I AUTORZE
Dla mnie ważne jest podać podstawowe informacje o tytule i autorze. Magazyn, w którym dany tytuł wychodził może mieć pewien wpływ na to, co dzieje się w komiksie - dobrze wiedzieć chociaż, z jakiej firmy pochodzą edytorzy, którzy współtworzyli mangę. Tak samo lata, w których była rysowana manga mogą coś mówić o tytule -  czy był tytułem regularnym, pobocznym autora, czy miał przerwy w wydawaniu, a jeśli takie przerwy były to warto sprawdzić dlaczego, bo może miało to wpływ na sam tytuł. Poza tym lata, w których została wydana manga mogą mieć wpływ na realia komiksu. Warto go czasem ocenić nie tylko za to, w jaki sposób ten tytuł oddziałuje współcześnie, ale również jak działał w latach, kiedy był wydawany. Nie każdy tak zrobi, ale mimo wszystko warto zawrzeć w recenzji te elementy. Kolejnymi ważnymi informacjami jest status tytułu - czy jest to tytuł ukończony, czy trwający, ile ma obecnie tomów i na jakim etapie jest fabuła.

Potem przydaje się trochę informacji o autorze - niektórzy lubią czytać informacje o osobach, które narysowały mangę. Może ktoś odkryje, że zna inne mangi tego autora, może kogoś zainteresuje, co jeszcze stworzył. Może jakiś fakt wpłynie na postrzeganie przez nas jego mangi? Można też domyślać się, czy autor wykorzystał własne doświadczenie. Swoją podróż w poszukiwaniu informacji o autorze zazwyczaj zaczynam od Baka Updates, ale kończę w różnych dziwnych miejscach internetu.

INFORMACJE O POLSKIM WYDANIU 1
W tym akapicie zazwyczaj podaję informacje jakie wydawnictwo podjęło się wydania mangi, kiedy, ile wydało do tej pory tomów, a także skupiam się na wyglądzie zewnętrznym - formacie, obwolucie/okładce, jakości papieru. Jeśli chodzi o rozmiar to albo używam nazw wydawnictwa (standardowy, powiększony), podaję je w mm/cm, albo używam terminologii A/B, jeśli rozmiar jest odpowiedni. Przy mangach japońskich najczęściej spotykałam się z rozmiarem B6, albo rozmiarem B5 w przypadku doujinów, czyli rozmiarów powiększonych, w Polsce różnie to bywa.



Jeśli chodzi o rodzaje papieru to zapoznałam się z nimi dokładniej podczas, kiedy sama musiałam złożyć i wydrukować własny komiks. Trzeba było wybrać rodzaje papieru, a że lubiłam eksperymentować, to poznałam tych rodzajów kilka. Do opisywania mangi nie jest nam zazwyczaj potrzebna zbyt obszerna wiedza i jeżeli chodzi o wnętrze mangi przydatne będzie pojęcie gramatury papieru, co w praktyce oznacza grubość/sztywność papieru, jaką czujemy pod palcami. Jeśli chodzi o wnętrze mangi, warto znać 2 rodzaje papieru (skorzystałam z definicji druk.net.pl, bo są jasno opisane):

PAPIER OFFSETOWY (najczęściej dostępny w gramaturze 80, 90, 120, 150, w mangach najczęściej spotykamy gramaturę 80/90) - "Zwykły", niepowlekany papier offsetowy. Biały, lekko szorstki. Papier głównie używany do druku książek niskonakładowych. Tradycyjnie stosowany do druku papieru firmowego. Sporadycznie do druku ekonomicznych ulotek i plakatów. - najczęściej wykorzystywany do stron czarno-białych, rzadziej kolorowych.

PAPIER KREDOWY (najczęściej dostępny w gramaturze 115, 130, 170, 200, 250, 300, 350) - Wysokiej jakości papier powlekany o wykończeniu błyszczącym lub matowym. Papier biały o ciepłym odcieniu bieli. Papier w niskich gramaturach stosujemy do druku ulotek i plakatów. Wysokie gramatury – idealne do druku okładek katalogów, kart katalogowych itp. - najczęściej wykorzystywany do stron kolorowych.

Opisując okładkę rozpoczynam od tego czy jest ona samodzielna, ze skrzydełkami, czy może posiada obwolutę ze skrzydełkami. W japońskiej wersji zazwyczaj mamy okładkę bez skrzydełek i obwolutę ze skrzydełkami nałożoną na mangę. Dzięki temu przy czytaniu mangi możemy ściągnąć ozdobną obwolutę, nie martwiąc się, że najładniejsza część okładki nam się zniszczy podczas czytania, ani tym, czy wydawnictwo uwzględniło w swoim wydaniu to, co znajdowało się pod obwolutą. Kiedy okładka ma obwolutę, którą da się ściągnąć, lub jest okładka bez skrzydełek to mamy pewność, że nasz tomik jest równo przycięty i nie robią nam się żadne ząbki na zewnątrz, bo tomik najpierw jest przyklejany do okładki, a dopiero potem przycinany. Gorzej, kiedy mamy do czynienia z okładką ze skrzydełkami, bo tomik jest przycinany zanim zostanie wklejony w okładkę (żeby nie przyciąć skrzydełek lub gdy mamy do czynienia z twardą oprawą) i podczas wklejania robią nam się ząbki, a to dla wielu estetów rzecz nie do przełknięcia. Dlatego tak ważnym jest wspominanie z jakim rodzajem okładki mamy do czynienia. Na okładce/obwolucie mogą pojawić się różne rodzaje zdobień - może mieć lakier błyszczący lub matowy na całosci, albo lakier wybrany na poszczególnych elementach, wtedy pod palcami czujemy wypukłość. Z innych charakterystycznych zabiegów wykorzystuje się np. złote elementy okładki, o których tez warto wspomnieć w recenzji, bo może mieć to w późniejszym terminie wpływ na brak dodruków (wyższe koszty produkcji).

O sposobie oprawy wolę się już nie rozpisywać, bo to temat rzeka, najczęściej zwracam uwagę tylko na to, czy tomik jest klejony, czy szyty. Tutaj można poczytać o tym więcej w postach,ja zazwyczaj patrzę tylko jaki to rodzaj, czy tomik się dobrze trzyma i czy np. klej się nie wylewa. Niestety nie zawsze jest w tym przypadku wesoło, o czym  pisałam na przykład w notce o ułomnych egzemplarzach. Nie zapominam również o jakości druku - czy jest ostry, na jaki druk na pierwszy rzut oka wygląda, czy kontrasty są dobre, czy są szumy, jakieś białe "farfocle" itp. Wydawnictwa korzystają z druku cyfrowego (mniejsza ilość egzemplarzy) lub druku offsetowego (kiedyś opłacał się tylko od 500 egzemplarzy w górę, nie wiem jak jest teraz). Druk offsetowy jest nieco jaśniejszy i bardziej naturalny, w druku laserowym czerń jest dużo ciemniejsza, widać większe kontrasty, czasem czarna farba aż błyszczy. Jeśli chodzi o przebijanie z jednej strony na drugą zazwyczaj zależy to od tego ile i w jakich warunkach schnie farba,  czasem o cierpliwości drukarzy, niekoniecznie od jakości papieru. Białe szumy pojawiają się zazwyczaj w druku offsetowym, kiedy drobinki włókien papieru dostają się na wałek drukarski, a drukarzom nie wydaje się potrzebne jeszcze go czyścić.

Napisałam to wszystko W DUŻYM uogólnieniu, bo chciałam tylko mniej więcej nakreślić o czym myślę, analizując jakość wydania tomiku,  za wszelkie nieścisłości techniczne przepraszam.

W tej części podaje też wersję polską tytułu - zazwyczaj nie komentując, ale jeśli mam jakieś silne negatywne, albo pozytywne odczucia względem samego tłumaczenia lub projektu obwoluty to daję znak, co o tym myślę.

OPIS FABUŁY 
Opis fabuły zazwyczaj zaczynam od cytowania opisu wydawnictwa, gdyby ktoś go akurat nie przeczytał. Nie widzę sensu przedłużania na siłę recenzji, jeśli w opisie wydawnictwa jest zawarte to, co najważniejsze. Jeśli jednak opis wydawnictwa wymaga komentarza, zawiera nieścisłości i nie za bardzo naświetla, o czym tak naprawdę jest komiks, to dopiero wtedy dodaję kilka swoich groszy do opowiadania o czym jest fabuła. Najlepiej bez dużych spoilerów - dopisuję tylko elementy, które mogą wpłynąć na to czy ktoś zdecyduje się na zakup, lub zrezygnuje, bo np. nie przepada za poruszaniem tematu dziecięcej prostytucji (jak w recenzji "Duchowych Bliźniąt", gdzie opis wydawnictwa sugerował niewiele).

Do opisu często dodaje jeszcze do jakiej grupy demograficznej jest skierowana manga i do jakich gatunków należy. O ile gatunków nie trzeba nikomu tłumaczyć, to o grupach docelowych warto sobie czasem poczytać.  Grupy docelowe czasem mają wpływ na fabułę i formę mangi, bo kierowane są do ludzi starszych/młodszych/kobiet/mężczyzn, ale nie zawsze. Czasem mangaka po prostu rysuje swoje, a że jest publikowane w takim, a nie innym magazynie to sprawa drugorzędna. "Orange"  na przykład początkowo było publikowane w magazynie shoujo, a dopiero później w magazynie seinen.

WŁASNE WRAŻENIA NA TEMAT FABUŁY
Nie zawsze mam jakieś wybitne własne wrażenia na temat fabuły oprócz "Jest fajne, dobrze się czytało", ale czasem mam ich aż za dużo. Tutaj piszę o tym, czy lektura była dla mnie lekka czy ciężka, a jeśli ciężka to dlaczego? Może być ciężka ze względu na tematykę, a może po prostu ciężko się czytać, bo całość kompletnie mi nie siadła. Jeśli fabula skłoniła mnie do jakichś przemyśleń to się nimi dzielę. Jeśli pojawia się jakiś motyw, którego nie lubię lub obawiam się jego kontynuacji w sposób, za jakim nie przepadam to też o tym piszę. W końcu opisuję bohaterów jeśli są warci uwagi, mówię kogo lubię bardziej, kto mnie denerwuje, chociaż o tych drugich niewiele, bo im jestem starsza, tym mniej lubię kultywować negatywne emocje.

OMÓWIENIE KRESKI
Ta część przychodzi mi dosyć naturalnie i bez głębszego zastanowienia. Czasem sobie zaznaczę stronę, czy dwie podczas czytania, które popierają moje zdanie. To, że sama od czasu do czasu sobie coś narysuję czy namaluję pozwala mi głębiej zapoznać się z technikami wykonywanych prac, np. stron kolorowych, albo rozróżnić, czy autor sam rysuje tła, czy używa gotowych rastrów. Pamiętam, jak pokazywałam znajomej jednego doujina i powiedziała "Ta autorka świetnie rysuje drzewa", na co ja odpowiedziałam "Też mam tego gotowca w programie". Czasem taka wiedza trochę zabija podziw wobec autora, ale to w porządku używać darmowych gotowców z programu - po to przecież są. Ale może dla kogoś to się liczy, więc kiedy widzę znajome tła, to o tym wspominam. Ale samo to, że rysuje i rozpoznaje techniki nie dawałoby mi umiejętności do analizy, "Sama rysuję, więc się znam" brzmi czasem jak najgorszy argument świata. Wydaje mi się, że pisanie o kresce przychodzi mi łatwo dlatego, że analizą obrazów zajmuje się od około 12 lat - rozpoczynając od matury z historii sztuki, przez zajęcia z krytyki na studiach, do prowadzenia lekcji teoretycznych i dawania korekt w pracy. Dysponuję nie tylko wiedzą, ale i słownictwem, które pozwala mi szybko wyrazić opinię na temat kreski.

Jeżeli ktoś nie wie w jaki sposób pisać swoją opinię o kresce mam jedną bardzo ważną radę: nie krytykuj, że coś jest kiepskie/złe tylko dlatego, że tobie się nie podoba. Jeśli kreska ci się po prostu nie podoba to napisz, że ci się nie podoba. Jeśli wiesz, że coś jest nie tak, ale nie wiesz co, to nie szukaj na siłę - napisz, że po prostu coś wydaje ci się nie tak, ale nie wiesz co. Ile razy czytałam recenzję na pewnym portalu, gdzie autora np. krytykowano za anatomię/kiepską kreskę, podczas gdy kreska była poprawna anatomicznie, ale bliższa realizmowi niż mandze - i jakiemuś otaku to już zgrzytało. W przypadku anatomii czasem warto napisać, że np. nie podoba nam się jej wynaturzenie niż zarzucać niepoprawność anatomiczną w momentach, kiedy to oczywiste, że ta poprawność została porzucona celowo. Jeśli wiesz, że coś jest po prostu kiepskie - napisz to, ale jeśli wiesz, że tobie się to nie podoba, za to innym może się spodobać to powinieneś spróbować to ubrać w neutralne słowa, kiedy mówisz, że coś ci nie pasuje. Pokaż światu jakie jest twoje zdanie, ale nie pisz, jakby twoje zdanie było czymś, co trzeba przyjąć, zwłaszcza, że w przypadku sztuki rysowania bardzo często zdania będą podzielone i jest to normalne.

Analizę rysunków można sobie podzielić na:
- kadrowanie (Czy autor robi dużo rozkładówek, czy kształt kadrów jest dynamiczny, zróżnicowany, czy kompozycja we wnętrzu kadrów jest głównie statyczna czy dynamiczna, czy scena na danym kadrze jest czytelna i czy rozumiemy co się dzieje)
- kreskę (Czy jest gruba, cienka, zróżnicowana, bardziej realistyczna, czy zmodywikowana,z czym kojarzy nam się styl rysowania - czy widzimy jakąś inspirację, czy detale są dopracowane, czy autor skupia się na ogólnym wrażeniu, czy kontrastuje z fabułą, czy raczej do niej pasuje)
- techniki używane w mandze i cieniowanie (czy kolorowe strony są rysunkiem tradycyjnym czy cyfrowym, czy da się poznać jaka to technika, czy wykorzystuje jakieś charakterystyczne zabiegi, czy autor używa rastrów, a może raczej bawi się tuszem, czy rastry używane są głownie jako cienie, czy pojawiają się też rożne kształty i wzorki itp.)
- postacie (Czy wszyscy są do siebie podobni i z czego to wynika, czy mają swój własny styl i ten styl jest konsekwentny, np. w ubiorze, czy wzrost i postura postaci są zróżnicowane, czy w trakcie trwania dłuższej serii bohaterowie rosną, albo rosną im włosy i widać to na rysunkach itp.)
 - tła (Czy są z rastrów, czy rysowane przez kogoś, czy są umowne, czy są pełne detali, czy perspektywa się zgadza, czy taki styl teł przeszkadza czy pomaga w odbiorze historii itp).
- własne odczucia (nie ma się ich co wstydzić, tak jak pisałam wyżej, każdy obiera sztukę inaczej)

Tak naprawdę nie zawsze trzeba rozkładać wszystko na czynniki pierwsze, jeśli nie mam za wiele do powiedzenia na temat kreski, to po jej analizie zostawiam tylko te elementy, które wydają mi się ważne dla napisania recenzji.

INFORMACJE O POLSKIM WYDANIU 2
Czasem tego punktu nie ma, kiedy za wiele do powiedzenia nie mam. Wtedy dorzucam ze 2 zdania o tłumaczeniu i ze 2 zdania o edycji do numerku 1 na początku.

Pamiętam pierwszą mangę jednego z nowszych wydawnictw, gdzie niektóre rzeczy zostawiali jak leci, a inne, które powinny zostać raczej w oryginale, bo w bezpośrednim tłumaczeniu stawały się niezrozumiałe, tłumaczyli na polski. Skoro ktoś nie wiedział co tłumaczyć, a czego nie, mógł zdecydować, że albo wszystkie nazwy własne tłumaczy, albo żadnej. Czasem konsekwencja popłaca bardziej. Na dwie szkoły babka wróżyła - jedni tłumacze wolą zostawiać wszystko jak leci i dodawać przypisy, a inni wolą wszystko tłumaczyć na polski, żeby żarty stawały się zrozumiałe. Ja staram się ocenić, czy decyzje tłumacza miały wpływ na odbiór tomiku.

Sama jestem zwolenniczką tego, żeby tłumaczyć jak najwięcej (w końcu to przekład dla polskiego czytelnika), ale w granicach rozsądku. Myślę, że tłumacz powinien mieć takie wyczucie i mam wrażenie, że większość powtarzających się nazwisk w stopce redakcyjnej już go ma. Czasem jednak wydaje mi się, że niektórzy tłumacze zapominają, że czytelnikami są też fani japońskiej kultury i popkultury. Kiedy bohater śpiewa jakąś piosenkę Dody, której nie znam, a wiem, ze w oryginale było tam "Sakuranbo" Ai Otsuki albo coś MONGOL800 to moje serducho się łamie na kawałeczki, kiedy nie ma przypisu, co bohaterowie śpiewali w oryginale. Mangi dostarczają nam mimo wszystko wiedzy na temat tego, czego słuchają i co oglądają młodzi Japończycy i ja lubię tę wiedzę mieć. I dlatego jeśli w polskiej wersji jest jakiś tekst polskiej piosenki, której nie znam, a wiem, że w oryginale był jakiś znany japoński szlagier, to będę do was krzyczeć co to było. Jeśli jakiś fajny japoński serial, który poleciłabym wam z całego serca, będzie zmieniony na "Klan" to też będę krzyczała.

Podczas czytania mangi oceniam płynność tłumaczenia i zrozumiałość tekstu - jeśli coś zaczyna zgrzytać, albo brzmi jak bełkot to zastanawiam się dlaczego. Czasem zastanawiam się na głos w realnym życiu, czasem na głos na twitterze, a że mam szczęście posiadać znajomych biegle czytających po japońsku i kupujących mangi w tym języku, to zawsze mi ktoś uświadomi czy to ja jestem w błędzie, że coś jest nie tak, czy też tłumacz nie podołał, a w oryginale jest tam zupełnie coś innego. Na szczęście ostatnio mangi czytało mi się zrozumiale i płynnie, więc nie potrzebowałam żadnych konsultacji. Taka sama sytuacja następuje, kiedy spotykam się z jakimś zwrotem z kosmosu - "Czy ktoś tak w ogóle mówi?" - rzucam w eter, a potem okazuje się, że pół Polski mówi w ten sposób, a ja po prostu żyję w tej drugiej połowie, dla której dane wyrażenie jest niespotykane. Dlatego czasem warto skonsultować się z innymi. Ale jeśli nie mamy nikogo takiego to można rzucić pytaniami w recenzji - "co to za dziwne zdanie?", albo "Czy tak na pewno było w oryginale?", a być może pojawi się jakiś czytelnik, który nas oświeci. Taka już zaleta tego, że na własnym podwórku nie musimy udawać, że na wszystkim się znamy.

Jeśli chodzi o edycję i typesetting to interesuję mnie czy onomatopeje zostały zastąpione i czy ktoś to dopracował, czy kiedy czytałam tekst w dymkach nie przeszkadzało mi to, że są zbyt przesunięte na lewą/prawą stronę (oprócz tych, które znajdują się na spadzie*), czy jakieś dialogi nie są przycięte w druku, czy czcionki mi pasują do danych części komiksu lub sytuacji, czy tekst jest poprawnie łamany.

*Spad drukarski – obszar druku, który wychodzi poza krawędź ostatecznej publikacji. Spad gwarantuje, że obszar druku będzie dochodził do samej krawędzi po przycięciu arkusza. Wielkość spadu dochodzi do 5 mm

Wcześniej wspominałam o tym, że tomiki są przycinane po złożeniu i dlatego trzeba bardzo uważać z dialogami, które są przy samej krawędzi - czasem margines błędu jest większy niż początkowo zakłada to projekt druku. Dlatego przy krawędziach dialogi często są odsunięte od niej jak najdalej - może nie wygląda to najestetyczniej, ale z dwojga złego wolę to niż kiedy dostaję mangę z obciętymi dialogami.

Jeśli recenzujemy więcej niż 1 tomik warto zwrócić też uwagę, czy tłumaczenie się poprawia, albo czy nie robi się gorsze. O ocenie tego czy błędy ortograficzne się zdarzają nie będę mówić, bo to chyba oczywiste, że nie powinny się tam znajdować, literówki też nie, ale na jedną czy dwie czasem przymknę oko, chyba, że zmienia ona sens zdania (wyobraźmy sobie na przyklad, że ktoś pomija literkę Ł w słowie "główna"). Bardzo nie lubię też błędów merytorycznych - w polskiej wersji "Ao Haru Ride" jeden z bohaterów mówi, że urodził się 1 stycznia i jest Wodnikiem. Na tym etapie powinien komuś zadzwonić dzwonek ostrzegawczy, bo bohater albo urodził się 1 stycznia i jest Koziorożcem, albo urodził się 1 lutego i jest Wodnikiem. Takiego babola się nie zapomina.

ZAKOŃCZENIE
Tu zazwyczaj zadaje sobie pytanie czy będę dalej zbierać mangę, a jeśli to jednotomówka to czy zostawię ją na swojej półce, czy sprzedam. Zadaję sobie też pytanie komu powinna się spodobać ta manga i do jakiego czytelnika powinna trafić. Wybieram najważniejsze wnioski i zostawiam je jako podsumowanie całej notki.



Mam nadzieję, że ktoś to przeczytał. Mam nadzieję, że ta notka komuś pomogła. A jednocześnie jakoś tak stresuje mnie to, że troszkę odsłaniam się z tym, w jaki sposób pracuję. Skomplikowane to uczucie haha ;D

[recenzja] OPUS (Satoshi Kon)

Recenzję tej nowości zostawiłam sobie na koniec mojego stosiku, bo wydawało mi sie, że przeczytanie i przeanalizowanie jej zajmie mi dużo czasu. Zwłaszcza, że jest to dzieło cenione i lubiane wśród "starszego" stażem fandomu, do którego chyba należę (wczoraj wyliczyłam, że około 21-22 lata temu dowiedziałam się co to anime i manga).


"Opus" to manga dwutomowa, wydawana między 1995, a 1996 rokiem w Japonii, która zakończyła się cliffhagerem, z powodu zamknięcia magazynu, w którym się ukazywała ("Comic Guys"). Po śmierci autora w 2010 roku znaleziono jednak wśród dokumentów szkic ostatniego rozdziału, który w pewien sposób zamyka fabułę. W ten oto sposób zakończenie mangi datuje się na rok 2011, kiedy rozdział został opublikowany przez Ryu Comics w wydaniu tomikowym. "Opus" była to ostatnia manga autora zanim zajął się głównie anime. W 2017 roku na Japan EXPO w Paryżu nieoficjalnie wspomniano o stworzeniu filmu anime na podstawie mangi.


Satoshiego Kona, autora mangi, znamy przede wszystkim dzięki anime, którym stworzył. Myślę, że każdemu w pewnym momencie przynajmniej obiły się o uszy takie tytuły jak "Perfect Blue", "Memories" czy "Paprika". Autor urodzony w 1963 roku , w 1987 roku ukończył Akademię Sztuk Pięknych. Początkowo chciał zostać malarzem, ale rozpoczął swoją działalność w komiksie i animacji. Współpracował z rożnymi autorami (m.in. z Katsuhiro Otomo), w końcu stał się najbardziej znany z bycia reżyserem i scenarzystą. Uwielbiał badać i ukazywać psychikę i społeczeństwo, a w jego filmach często fikcja mieszała się z światem realnym. "Opus" jest jednym z takich dzieł. Autor zmarł w 2010 roku na raka trzustki, a jego ostatni film został dokończony przez jego współpracowników. 


Za polskie wydanie mangi odpowiedzialne jest Studio JG, które wypuściło omnibusa tej mangi we wrześniu bieżącego roku. 2 tomy połączone jeden zostały wydane w ekskluzywnym wydaniu B5 (większy od A5, mniejszy od A4) z twardą okładką. Okładka jest matowa z błyszczącym lakierem wybranym na niektórych elementach okładki. Świetnie wypada to na postaciach i literach, gorzej na czarnej obramówce, która wchodzi na zgięcie okładki i po kilkukrotnym otwieraniu i zamykaniu widać ślady na laminacie. Komiks posiada 4 kolorowe strony wydrukowane na kredowym papierze błyszczącym. Do 345 strony mamy komiks, który wychodził w wersji magazynowej. Do 363 strony opublikowany jest wraz z komentarzem ostatni rozdział, niepublikowany w magazyniej, w takiej samej formie, w jakiej znaleziono go u autora (niektóre strony są szkicami). Kolejne 4 strony to czarno-białe ilustracje postaci. Potem dostajemy na koniec notkę o autorze i komentarz od polskiego tłumacza na temat nawiązań autora, których zwykły czytelnik mógłby nie zauważyć. Manga jest szyta, a nie klejona. 


Poczytny mangaka właśnie ma zakończyć pracę nad swoim sztandarowym komiksem. Chcąc ubarwić fabułę decyduje się uśmiercić jednego z głównych bohaterów. Okazuje się jednak, że charyzmatyczny Rin nie pozwoli się tak łatwo wyeliminować - kradnie kadr, na którym ma zginąć i wciąga autora do wnętrza mangi! Teraz rysownik musi sobie poradzić wewnątrz groźnej rzeczywistości, pełnej postaci posiadających nadprzyrodzone zdolności.
Jak potoczy się historia, która zaczęła żyć własnym życiem, mieszając przeszłość, przyszłość i wydarzenia z dwóch światów w labiryncie wątków? Czy autorowi uda się z niego uciec? - Studio JG

"Opus" to psychologiczny seinen, z wątkami pełnymi wartkiej akcji, dzięki połączeniu świata zwykłego autora mangi ze światem pełnym ponadludzkich mocy, wątków policyjnych i dosyć brutalnych zwrotów akcji. Autor wciągnięty do świata swojej mangi odkrywa, jak bardzo krzywdzi swoich bohaterów. W momentach, w których powraca do rzeczywistości nie jest w stanie kontynuować swojej historii, bo nie potrafi sobie poradzić z tym, jak bardzo znęca się nad swoimi kreacjami. Nie jest jeszcze świadomy, że nic mu się nie przyśniło, a historia przenikania się światów toczy się nadal... Bohaterowie jego mangi od początku są rozczarowani wiedzą o tym, że zostali wymyśleni i tym, że są zależni od takiego, a nie innego bóstwa. Stopniowo jednak poznają powody, dla których zostali stworzeni tak, a nie inaczej i jak wiele czynników miało na to wpływ. Oprócz tematu życia mangaki i przenikania się światów, poznajemy również elementy świata stworzonego jako komiks "Resonance". Historia głównej bohaterki komiksu - Satoko, sama w sobie wydaje się naprawdę ciekawa. Zwłaszcza, kiedy pojawił się rozdział o młodości Satoko miałam wrażenie, że wciągam się w jej historię.


Co mnie w tej mandze zaskoczyło, to fakt, że czyta się ją szybko i bardzo zrozumiale. Po takiej ilości stron i takich opiniach znajomych, spodziewałam się, że przeczytanie i przeanalizowanie tomiku będzie szło mi dużo wolniej, ale okazuje się, że lektura jest szybka, przyjemna i nie wymagała ode mnie  dużego wysiłku umysłowego. Zaliczam to na plus, ale jednocześnie oczekiwałam po takim tomiszczu materiały na wielogodzinne rozważania, do jakich skłoniło mnie na przykład "Poison City". Moja kartka do spisywania uwag przy recenzji była prawie pusta, ale z drugiej strony wciągnęłam "Opusa" w jeden wieczór, a to coś, co zawsze doceniam.


Zewnętrzny projekt kadrów jest mało dynamiczny - wszystkie mają formę prostokątna. Cała dynamika musi zostać pokazana wewnątrz kadru. Trzeba przyznać, że tę dynamikę czuć - a to dzięki efektom, perspektywie, kompozycji kadrów. Moja uwaga skupiła się na niesamowitych tłach, pełnych szczegółów - są cudowne! Gdzieś przeczytałam, że kreska nie jest mocną stroną mangi i czyta się ją dla fabuły, ale zupełnie nie potwierdzam. To, że kreska jest bliższa realizomowi, a dalsza pewnemu rodzajowi mangowego efekciarstwa, na pewno nie oznacza, że nie jest mocną stroną komiksu. Warto przyjrzeć się kresce bliżej, bo technicznie jest bardzo dobra, a reszta to kwestia gustu. Ponieważ mamy tu do czynienia z meta-mangą autor rozkłada na części pierwsze również rysunkową część komiksu - podróżowanie po dalszych planach jest całkiem zabawne.

Jeśli chodzi o edycje i tłumaczenie to nie mam żadnych zastrzeżeń - tomik czytało się dobrze, tłumacz poświecił 2 strony na wyjaśnienie nawiązań istniejących w mandze. Przy edycji nic nie rzuciło mi się w oczy, zapisałam sobie tylko, że czcionki są dopasowane do stron - np. kiedy mamy do czynienia z samymi szkicami czcionka jest odpowiednio dobrana. Marginesy w komiksie są bardzo duże, więc nie było szans na przycięcie jakiegokolwiek kadru.


Dla kogo jest "Opus"? Myślę, że przede wszystkim dla kolekcjonerów. Ekskluzywne wydanie i wysoka cena sprawiają, że nie będzie to tytuł dla każdego. Na pewno jest to tytuł wartościowy, bo tworzył go pod wieloma względami wybitny artysta, który miał wielki wpływ na tworzenie i odbieranie japońskiej animacji. Możemy wejść w świat, w którym funkcjonował, zobaczyć jakie wątpliwości mogą szargać autorem w trakcie tworzenia dzieła, a także poznać odpowiedź na pytanie jak mangaka wyobraża sobie spotkanie ze stworzonymi przez siebie postaciami. I niekoniecznie jest to spotkanie, w którym wszyscy rzucają się sobie radośnie w ramiona i rozmawiają godzinami. 

[recenzja] Monstressa - tom 1 - Przebudzenie

Kolejny raz wychodzę kompletnie poza strefę swojego komfortu, jeśli chodzi o pisania recenzji. Ta  miała wyjść w zeszły weekend, ale wszystko kompletnie poprzesuwało mi się ze względu na stan zdrowia. Ale już jest! Dzisiaj recenzuję tytuł, na który wpadłam przez przypadek widząc okładki nowości na gildiowym facebooku. "Hej, ten komiks wygląda jak trochę inspirowany mangą, co to jest?" przeszło mi przez myśl i zaraz poszłam sprawdzać w internety. Niecałe pól godziny później pisałam prośbę o egzemplarz recenzencki kulturalnie zaznaczając, że tak czy siak planuję zakup tomiku. Bo seria mnie tak zaintrygowała, że musiałam wybadać o co chodzi! No i czułam jakąś wewnętrzną potrzebę doniesienia fanom komiksu japońskiego o tym tytule, bo tak jak ja, mogli na niego nie trafić, dopóki nie zdarzy się jakiś przypadek...


"Monstress" to amerykański komiks, wydawany w zeszytach od listopada 2015 roku. Na dzień dzisiejszy wyszło 12 zeszytów, co daje nam 6 zeszytów na rok. W Ameryce oprócz wydania zeszytowego stworzono także wydania zbiorcze, na które składa się 6 rozdziałów - co oznacza, że obecnie wydane zostały 2 tomiki. Jest to komiks doceniony nie tylko dobrymi recenzjami  - otrzymał m.in. nagrody Eisnera i Hugo.

Autorką scenariusza do komiksu jest Marjorie M. Liu, urodzona w 1979 roku Amerykanka, której ojciec jest Tajwańczykiem. Zainteresowana Azją skupiła się na studiach w kierunku azjatyckiej kultury, języków oraz bioetyki, następnie ukończyła studia prawnicze. Po ukończeniu prawa postanowiła jednak zostać pisarką, zaczynając od poezji i opowiadań. W końcu jednak jej powieści przyniosły jej największą sławę - polskiemu czytelnikowi znana jest serii "Pocałunek Łowcy". Jej zainteresowanie komiksami sprawiło, że w końcu trafiła do Marvela jako scenarzystka komiksów. 

Za rysunki, które nie bez powodu mają taki japoński "feel" odpowiedzialna jest Sana Takeda (oficjalna strona rysowniczki, polecam). Urodzona w 1977 roku rysowniczka mieszka w Tokio i mimo rozpoczęcia pracy w SEGA została freelancerką. Obecnie projektuje ilustracje do gier cyfrowych i karcianek, przede wszystkim jednak zachodniemu czytelnikowi znana jest jako rysowniczka odpowiedzialna za wybrane komiksy Marvela.

W wywiadzie dla Omnivoracious wyczytałam, że obie panie pracowały razem nad Marvelowskim "X-23". Kiedy Liu dostała szansę na stworzenie autorskiego komiksu, pierwszą i właściwie jedyną osobą, którą przyszła jej do głowy jako rysownik była Takeda - między innymi dlatego, że rysowniczka tylko za pomocą wyrazu twarzy potrafi uchwycić wnętrze bohatera.


Komiks został wydany w Polsce pod tytułem "Monstressa" w 2017 roku przez wydawnictwo Sonia Draga pod szyldem NON STOP COMICS. Pierwszy tom jest zbiorem zeszytów 1-6, tak jak wspominałam o tym wcześniej. Polskie wydanie wydrukowane jest na błyszczącym papierze kredowym dobrej jakości, druk jest bardzo dobry, a jeśli ktoś kocha zapach świeżej farby drukarskiej, to będzie dodatkowo zadowolony. Ja w pewnym momencie odpadłam, bo zapach był dla mnie tak intensywny, że  rozbolała mnie głowa... tak to już czasem jest ze świeżynkami.  Komiks opatrzony jest okładką miękką z grubszego papieru kredowego, nie posiada skrzydełek. Wydrukowany jest w pełnym kolorze, a stron posiada 194. Na okładce znajdziemy przepiękny art z główną bohaterką, nazwę i numer tomu, imiona i nazwiska autorek oraz rekomendacje od samego Neila Gaimana - wierna kopia wydania amerykańskiego. Na grzbiecie znajdziemy wszystkie najważniejsze informacje, a także logo oryginalnego wydawcy i logo NonStop Comics - ołówka ułożonego w znak nieskończoności. Nie znałam wcześniej wydawnictwa, ale ten prosty projekt mnie zauroczył.  Z tyłu okładki mamy 2 postaci z komiksu, opis fabuły oraz kilka wypowiedzi polecających komiks. Rozmiar wydania to 26 cm na 17 cm.


Umiejscowiona w alternatrywnej rzeczywistości matriarchalnej Azji roku 1900, steampunkowa opowieść z elementami art-deco. „Monstress” to historia nastolatki próbującej radzić sobie z wojenną traumą i dzielącej psychiczną więź z tajemniczym monstrum. To więź, która na zawsze zmieni życie obojga bohaterów.”Monstress” to jedna z najbardziej pomysłowych i odważnych serii komiksowych ostatnich lat. - Non-Stop Comics
Wojna, rasizm, podziały, manipulacja informacją, polityka, rozbudowany świat fantasy - to nie wszystko, co dostaniemy w jednym tomiku. W świecie przedstawionym mamy do czynienia z naprawdę rozbudowana historią, której nie jesteśmy jeszcze do końca pojąć.

Przyjrzyjmy się najpierw istniejącym rasom. Mamy ludzi, wśród których wyróżniającą grupą jest zgromadzenie  czarownic Cumaea, nazwane w polskiej wersji zakonem, bo rzeczywiście może kojarzyć się z typowo religijnym zgromadzeniem patrząc na pochodzenie. Czarodziejki nie posiadają aż takich mocy, jak inne istoty magiczne, ale wśród ludzi wyróżniają się nimi najbardziej. Z małej grupy urosły w siłę i liczebność na przestrzeni wieków na przestrzeni wieków, obecnie mają wielki wpływ na rządy na świecie. Są przedstawione jako antagonistki, które manipulują informacją, by rozszerzać nienawiść wobec Arkanijczyków i doprowadzić do wojny. Mamy Pradawnych - istoty nieśmiertelne, którym po wiekach wojen między sobą udało się doprowadzić do względnego pokoju. Obecnie podzieleni są na Dwór Świtu oraz Dwór Zmierzchu. Mamy najstarszą znaną rasę - koty, które w komiksie posiadają dar mowy. Są Starzy Bogowie - monstra unoszące się niczym duchy po świecie - są gigantyczne, wydają się nie widzieć ludzi i nie mogą ingerować w świat, ale niektórzy ludzie nadal ich czczą. No i rasa mieszańców, do których należy nasza główna bohaterka - Arkanijczycy. W ich żyłach płynie zarówno ludzka, jak i pradawna krew. Czasem już na pierwszy rzut oka Arkanijczyka można poznać, ale są też tacy jak nasza bohaterka, gdzie czasem nie da się jej rozróżnić od człowieka.



Główna bohaterka jest niewątpliwie jedną z największych zalet komiksu, zwłaszcza z perspektywy fana mangi, który przyzwyczajony jest do dziewcząt, które często muszą być popychane do działania. Maika Półwilk to bardzo mocny charakter. Jest pełna sprzeczności, tajemnic, musi podejmować decyzje, które mogą zaważyć o losach całego świata, miała ciężkie dzieciństwo, musiała zawsze walczyć o swoje. Nie jest idealna, ale cały czas pcha do przodu i poszukuje odpowiedzi na swoje pytania. Potrafi nadal trwać w walce zewnętrznej i wewnętrznej, mimo wielu przeciwności, które stają na jej drodze. To bohaterka, która mimo tego, że wokół niej skupia się cały dramat i patos historii, w ostatecznym rozrachunku dźwiga fabułę i sprawia, że czytelnik chce dowiedzieć się o niej więcej. Trzeba przyznać, że ma pod górkę - w jej życiu ciągle się coś dzieje i nigdy nie wiadomo, czy przyjaciel nie okaże się zaraz wrogiem.

"Jak mawiają poeci - mamy przejebane"
                                                       - Ren, kot
Kolejnym ważnym i zachęcającym elementem komiksu jest rola kotów jako jednej ze znaczących ras w komiksie. Wielu ludzi, mających słabość do tych istot pewnie zostanie przekupionych ich obecnością. Istoty te mogą udawać zwierzęta, ale w gruncie rzeczy to bardzo inteligentne stworzenia obdarzone umiejętnością mowy. Już na samym początku dzieci ostrzegane są przed tymi niepozornymi, a zdradzieckimi stworzeniami. Między rozdziałami mamy również okazję przeczytać wykłady kociej profesorki Tam Tam, która objaśnia nam świat przedstawiony. Koty posiadają daj nekomancji - tymczasowego ożywiania martwych. Zawsze kierują się też słowami poetów. 


"Monstressa" nie jest komiksem dla każdego. Co może przeszkadzać? Po pierwsze zawiłość świata może zagrać tak samo na korzyść, jak i niekorzyść tytułu. Próba przedstawienia nam bardzo rozbudowanego świata może zaimponować, ale natłok informacji może dla niektórych zadziałać na minus.  Czy te wszystkie informacje są potrzebne do zrozumienia fabuły? A jeśli tak, to czy będę dobrze się bawić przy czytaniu komiksu jeśli do kolejnych tomów mi coś umknie? Wszystko zależy od tego czego oczekujemy od komiksu, bo jeżeli marzy nam się zawiła saga to będzie to dla nas wybór idealny.

 Dla mnie osobiście najbardziej uciążliwym, a bardzo ważnym dla fabuły wątkiem, okazał się wątek kanibalizmu. Pojawia się on w komiksie cały czas, po każdej stronie barykady, ze tak to ujmę. W wielu momentach obraca się wokół niego fabula i to on wywołuje lawinę pytań. I chociaż stopniowo łączę ze sobą kropki i widzę pewne zależności, to jako fanka mangi, gdzie co chwilę trafiam na tytuł, w którym ktoś zjada istoty podobne do siebie (jak nie ludzie zamieniający się w tytany, to zombiaki, jak nie zombiaki to sierociniec dzieci hodowanych dla potworów) czuję się po prostu przemęczona tematem. Dużo większe wrażenie robi na mnie w "Monstressie" śmierć w trakcie zwykłej walki, bardziej mnie przeraża i daje mi odczuć w jak strasznym świecie przyszło żyć bohaterom. Niemniej jednak wiem, że pośród moich czytelników są osoby, które ten wątek przyjmą za coś wstrząsającego i uznają go za zaletę tytułu.


Kreska komiksu rzeczywiście nawiązuje nieco do mangi - twarze bohaterów i emocje, które się na nich malują przywodzą na myśl typowo japoński styl rysunku. Ale nie tylko - gdyby odjąć koloru i zostawić same czarno-białe elementy, jeszcze bardziej widoczna byłaby rola lineartu, zróżnicowane pociągnięcia kreski, ich ciężkość, cieniowanie czernią czy dynamika. To kolor sprawia, że komiks przestaje nam się kojarzyć typowo z manga, bo niektóre elementy uwydatnione są dzięki barwom,a  głębia cieniowania kolorem daje rysunkom zupełnie inny wymiar. Kolorowanie nie jest jednolite - składają się na niego różne faktury, tekstury, światła, przezroczystość... To wszystko tworzy naprawdę spójną całość. Zróżnicowanie kreski i ilość wszechobecnych wzorów może nam się słusznie kojarzyć z secesją, dodatkowo ilość steampunkowych elementów daje pole do popisu. Pod względem dokładności teł, anatomii, perspektywy czy dynamiki też mogłabym tylko chwalić.

Jeśli chodzi o postacie to zdecydowanie przeważają kobiety - z resztą sama autorka mówi, że jest to historia o wewnętrznej walce i o przyjaźni między kobietami. Kiedy pojawia się jakiś mężczyzna jest to czasem wręcz mila odmiana. Nie ma to jednak wpływu na design postaci - mam wrażenie, że zarówno kobiety jak i mężczyźni nie są w żaden sposób zaniedbani i pod względem projektów, i pod względem różnorodności ubioru. Niesamowite wrażenie robią niektóre wzory i ornamenty na tkaninach. Jest nimi wypełniony cały komiks. Najbardziej jednak zachwyciły mnie projekty monstrów - zapomnianych bóstw - są straszne, ale jest w nich też coś niezwykle pięknego.

Jeśli chodzi o tłumaczenie to z tych przykładowych stron po angielsku, które widziałam wynika, że polskie jest mu bardzo wierne. Nie jest za sztywne, ani za luźne. Jeśli chodzi o edycję - onomatopeje pozostały takie same, czcionki również starają się odwzorowywać wersję oryginalną. Do czego jestem nieprzyzwyczajona wychowując się głownie na komiksach japońskich: dymki nie mają obramówek i muszę się do tego przyzwyczajać.

.
Na temat komiksu zapisałam sobie jeszcze kilka przemyśleń, które nigdzie mi się nie wpasowały, więc na koniec pozwolę sobie na taki akapit uwag wyrwanych z kontekstu. Po pierwsze bardzo chętnie bym zobaczyła jakiś słowniczek nazw w drugim tomie - przy takim natłoku informacji i mojej słabej pamięci do nazw chętnie skorzystałabym z jakiejś ściągi (w tym tomiku po prostu rzucałam okiem w internet). Warto byłoby też dopisać jakąś uwagę od tłumacza - w końcu nie każdy czytelnik od razu załapie, że nazwa nekomancja nawiązuje nie tylko do nekromancji, ale też do japońskiego słowa "kot"("neko"). Na szczęście, kiedy pomyślałam, że przydałoby się chociaż jasne rozpisanie występujących w komiksie ras, żeby sobie wszystko uporządkować, to w kolejnym rozdziale autorki mi to dostarczyły. Niektórzy z was zdążyli zauważyć, że nie jestem fanką przegadanych komiksów - wolę, kiedy wszystko zostaje pokazane jednocześnie słowem i rysunkiem, ale świat "Monstressy" jest zbudowany tak, że nie da się go szybko przedstawić bez ścian tekstu w pewnych momentach. Jestem w stanie to autorkom wybaczyć, bo między tymi ścianami naprawdę dużo się dzieje i cały czas obserwujemy rozwój akcji.

Komu polecam "Monstressę"? Chyba każdemu, komu nieobca jest brutalna tematyka konfliktów na świecie, lubi fantastykę, nie boi się trudniejszych komiksów i nie ma wstrętu do kotów. Zdecydowanie zwracam na niego uwagę fanów mangi, bo nie tylko kreska, ale też nawiązania do kultur azjatyckich mogą być dla nich wartością dodatnią. Ludziom, którzy mają ochotę poznać tytuł z niezwykle rozbudowanym światem. Czy sama będę nadal zbierać "Monstressę"? Na pewno zajrzę do drugiego tomu zbiorczego, kiedy wyjdzie - muszę przyznać, że nie mam zaufania do tak rozbudowanych historii, bo często zostawiają po sobie niedosyt, ale nie widzę powodu, dla którego na tym etapie nie miałabym dać temu niecodziennemu tworowi szansy. 

Niecodziennik fana 6/2017

Recenzja "Poison City" tomu 1 napisana, ale z publikacją czeka na wydanie i przeczytanie tomu 2. "Monstressa" okazala się dłuższą lekturą wymagającą dużej koncentracji, a od zapachu świeżej farby drukarskiej czasem zaczyna mnie przy niej boleć głowa - taki już ze mnie wrażliwiec. "Opus" czeka na to, aż napiszę recenzje "Monstressy"... a to oznacza idealna okazję na Niecodziennik fana.

30 dni z anime - dni 21-30

Zacznijmy może od podsumowania ostatnich 10 dni facebookowego wyzwania 30 dni z anime. Sprawiły mi one zaskakująco dużo trudności, bo ostatnio znowu wpadłam w dramy i tokusatsu bardziej, niż w anime.


Dzień 21 - Ulubiony bohater, który posiada głupkowatą stronę
Pierwszy do głowy przyszedł mi Sakuma Ryuichi z "Gravitation". Mimo tego, że należy do starszej części ekipy tego anime to poza sceną ma totalnie głupkowata i dziecinna osobowość, jest zdrowo stuknięty i ma swojego różowego króliczka Kumagoro. Fakt faktem, ze Gravitation oglądałam przynajmniej pół życia temu, ale był tam moją ulubioną postacią i może dlatego jako pierwszy przyszedł mi do głowy.


Dzień 22- ulubiona broń, zbroja itp. z anime
Nie byle jaka zbroja, lecz zbroja z rusza proszę państwa! Mój ulubieniec z całej serii "Fulll Metal Alchemist" - Alphonse. Co ciekawe, kiedy proponuję ludziom, żeby zgadli moją ulubioną postać z tej serii to nikt nie trafia... Nie wiem czemu, Al is da best!


DZIEŃ 23 - Ulubiony atak z anime
Grunt to prostota i skuteczność! Nie ma to jak laser z oczu Dejiko z "Di Gi Charat"


Dzień 24 - Najbardziej zaskakująca scena z anime
Samurai Flamenco co kilka odcinków mnie szokowało - miało zupełnie inny klimat, zupełnie inną stronę, w którą szła fabuła - a potem znowu fabuła szła w zupełnie inną stronę. Myślę, że muszę obejrzeć to anime jeszcze raz, bo za pierwszym razem doznawałam zbyt dużego szoku przy tych nieoczekiwanych zmianach.

DZIEŃ 25 - NAJBARDZIEJ SZOKUJĄCA ŚMIERĆ W ANIME
Śmierć w sportówce, bo bohater ukrywał chorobę (a autorka ukrywała ją przed widzami) zostawiła małego Otaja bardzo zszokowanego. Tak jak i innych bohaterów anime. Jeśli chcecie wiedzieć o jaką serię chodzi i obejrzeć scenę śmierci to kliknijcie tutaj.


Dzień 26 - Ulubiona walka z anime
Nie jakieś tam wybuchy i moce, ale wyścig o tytuł króla gór między Makishimą, a Toudou. Mogę to oglądać milion razy i za każdym razem jestem tak samo wzruszon.


DZIEŃ 27 - Najbardziej badassowa postać/scena z postacią z anime.
Myślałam i myślałam i wymyśliłam, że wszystkich innych złodupców przysłonił mi złodupiec, który z żadnego anime nie jest, więc w końcu się poddałam i wstawiam tu zdjęcia Basco Ta Jolokii z Kaizoku Sentai Gokaigera.

DZIEŃ 28 - Ulubiony cytat z anime
Powoli kończy się czas z tym challengem, a ja coraz bardziej żałuję, że nie podciągnęłam pod to całej japońszczyzny, bo wrzuciłabym tu coś w stylu Eijiego z Kamen Ridera OOO "Żeby przeżyć wystarczy trochę drobnych i czyste majtki na jutro". Albo jakiś głębszy cytat w stylu kapitana Marvalousa z Gokaigera "Dreams tend to be the kind of thing that vanish if you think you can't reach them." No, ale tu trza nam jakiegoś animca, więc:


DZIEŃ 29 - Anime, które chciałabym, żeby było prawdziwe.
Są dwie opcje odpowiedzi na to pytanie - po pierwsze anime, które chciałabym, żeby istniało, a nie istnieje. otóż... chciałabym ekranizację "Afterschool Nightmare" Mizushiro Setony z dobrą animacją. To świetna manga i chciałabym, żeby ludzie się na niej poznali!

Jest jeszcze opcja, że niby które anime miałoby być prawdziwe w naszej rzeczywistości... Otóż nie obchodzi mnie to, w zadnym anime nie występowałam i nie byłam główną bohaterką więc nawet, gdyby jakieś anime byłoby prawdziwym wydarzeniem to działoby się beze mnie. Bez sensu.


DZIEŃ 30 - ANIME, KTÓRE CHCESZ, ŻEBY NIGDY SIĘ NIE KOŃCZYŁO.
Nie, nie, nie! Każde anime musi się kiedyś skończyć, nienawidzę rzeczy, które lubię, ale nigdy nie poznam zakończenia! To takie frustrujące 😣


 WAŻNE FANDOMOWE NOWINKI 
KEEP CALM AND HENSHIN


"Kamen Rider OOO" to mój ulubiony "Kamen Rider" - byłam na tyle zdesperowana, że czekałam do późnej nocy, kiedy w Japonii była 8 rano i oglądałam odcinki na spikselowanych streamingach (keyhole.tv ;)) żeby wiedzieć od razu co się działo dalej. Seria zakończyła się w 2011 roku, ładnie zamknięta obietnicą, że jeden z bohaterów odnajdzie sposób na sprowadzenie drugiego do świata żywych. Przez lata wznosiłam modły o jakąś nowelką czy coś w tym stylu, gdzie poznamy ciąg dalszy, aż tu nagle mamy rok 2017, a oni ogłaszają film kinowy dotyczący Kamen Riderów z ostatnich lat, w którym obietnica się spełni!! Nawet nie wyobrażacie sobie ile życia daje mi oglądanie zdjęć aktorów razem, trailery i wizja obejrzenia filmu. Takiego kopa dostałam, że postanowiłam zabrać się za kolejne serie Kamen Riderów, których jeszcze nie znam, bo oglądanie zakończyłam na "Kamen Rider Wizardzie" w 2013 roku.

obsada Kamen Ridera Drive

 Jako, że jeden Kamen Rider to około 40-50 odcinków po 20 minut każdy to emisja jednego "Kamen Ridera" trwa rok i nie są to ze sobą serię powiązane poza filmami kinowymi. Od 2013 roku powstały więc "Kamen Rider Gaim", "Kamen Rider Drive", "kamen Rider Ghost", "Kamen Rider Ex-Aid", a obecnie emitowany jest "Kamen Rider Build". Zanim jednak zabrałam się za któregoś z nich zdecydowałam się skończyć serię "Kamen Rider Decade" z Inoue Masahiro, Totani Kimito i Murai Ryotą (pierwszy Onoda w stageplayach "Yowamushi Pedal"!!!). Kiedyś nie do końca przebrnęłam przez pierwsze odcinki mimo cudownego openingu śpiewanego przez Gackta, bo Decade, mimo dobrej gry aktorskiej, nie jest najłatwiejszą serią - opowiada o podroży Kamen Ridera Decade po światach starszych Kamen Riderów, więc akurat tutaj znajomość poprzednich serii jest wskazana dla smaczków i nawiązań. Szkoda, że seria jest krótsza od innych, bo zakończenie serii i filmowe były bardzo niesprawiedliwe dla rozwiniętych już postaci. Wczoraj kierowana radami innych rozpoczęłam jedną z nowszych serii - wybrałam "Kamen Rider Drive". Na razie jestem po 4 odcinkach, motyw samochodzików jest śmiechowy, mam obiecane, że po 10 odcinkach seria się bardzo rozkręca - jest co oglądać.


OBEJRZANE


Uśmiech Hishiro bezcenny także w wersji live action "RELIFE"

Kamen Rider Decade - wyżej
P to JK live action - lekka komedia na podstawie całkiem przyjemnie mangi shoujo. Manga opowiada o zakochaniu się w sobie uczennicy liceum i młodego policjanta, który jest na tyle poważnym człowiekiem, że postanawia się zaręczyć. Dosyć nietypowa odmiana od szkolnych romansideł, całkiem dobrze się czyta, natomiast live action był dla mnie po prostu filmem na raz. 

Relife live action - film, który całkiem dobrze się oglądało ale wątki zostały na tyle ograniczone, że niektórzy bohaterowie są strąceni na dalszy plan, albo po prostu są, podczas gdy w mandze odgrywali ważną rolę. Jeśli ktoś oczekuje wiernej adaptacji to może mu nie pasować, ale jako wariacja na temat jest dosyć przyjemnym filmem. 

Hikari no Otousan: Final Fantasy - nic niewnosząca do mojego życia seria o próbę porozumienia między dorosłym synem, a ojcem dzięki podstępowi - namówieniu ojca do gry w "Final Fantasy XV" i anonimowe zaprzyjaźnianie się z nim online. Ot taki zabijacz czasu na raz.

Itazura na Kiss Highschool Hen - nie chcę liczyć, która to już adaptacja "Itazura na Kiss", ale Japończycy (i nie tylko) uwielbiają ją ekranizować. Tym razem mamy dwuczęściową wersję filmową z zupełnie świeżą i nieznaną obsadą. Ja wolę serię telewizyjną, bo mam słabość do Miki Honoki, ale mimo wszystko adaptacja filmowa jej nie ustępuje. Jeśli ktoś chce obejrzeć skróconą wersję z tymi samymi scenami, a innymi, świeżymi aktorami - nie widzę przeciwwskazań.

Hello Harinezumi - był sobie kiedyś film o tym tytule, a w tym roku pojawiła się drama. I to z obsadą utalentowanych aktorów, którzy nie grają od dziś. I jest to cudowna seria detektywistyczna i komediowa o detektywach, którzy podejmują się zadań, których nikt inny się nie chce podjąć. Czy jest to sprawa niebezpieczna, banalnie absurdalna, dramatyczna czy paranormalna - pójdą w ogień. Polecam, ja bawiłam się świetnie.

Kahogo no Kahoko - kolejna drama z tego roku, która niesamowicie mi się podobała i świetnie się przy niej bawiłam. Kahoko ma już 22 lata, powinna niedługo zacząć szukać pracy, ale... wszystko robi za nią mama! Po pierwsze - jednym z bohaterów jest student sztuki, więc niektóre nawiązania wyjątkowo mi przypadły do gustu. Po drugie - mamy do czynienia ze strasznie uroczą główna bohaterką, która przez całą serię rozwija skrzydła i nie stoi w miejscu. Po trzecie każdy, kto ma dużą rodzinę odnajdzie w tej serii wiele prawdy - radość, śmiech, rozpacz, długi rodzinne, śmierć, rozpad, jedność, kłótnie, statyczność... Moja rodzina jest spora i jakoś zawsze łatwo było mi odnaleźć w watkach dramy sytuacje, które aż za dobrze rozumiem.

Kimi to 100 Kaime no Koi - film bazujący na piosence Miwy, z Miwą w roli głównej właśnie. Całkiem przyjemny kawałek filmu, zwłaszcza jeśli ktoś lubi podróże w czasie/pętle czasowe. Historia miłości - smutna, wzruszająca, szczęśliwa i nieszczęśliwa jednocześnie. Jeśli ktoś ma ochotę na coś melancholijnego, ale dobrego - ten film będzie dobrym wyborem

Totsuzen ga, Ashita Kekkon shimasu live action - serialowa adaptacja mangi o tym samym tytule. Oczywiście rożni się od mangi - jest bardziej realistyczna i chyba to najbardziej lubię w adaptacjach  specyficznych przebarwionych joseiowych romansów - są zupełnie różne. Obsada jest naprawdę fajna, bo Nishiuchi Mariya i Ryota z floompoola (jego debiut w dramie :)) mają fajną chemię, ale nie polecam robić sobie seansu wszystkich odcinków pod rząd, bo mimo tego, że seria jest przyjemna to przy takim oglądaniu bez przerwy wychodzi powtarzalność niektórych wątków. 

Close Knit - to film, który można podobno obejrzeć na Festiwalu Pięciu Smaków. Poważniejsza strona japońskiej kinematografii i na taki film trzeba się odpowiednio nastawić - jest to słodko-gorzka historia o życiu kobiety, która urodziła się w ciele mężczyzny (w tej roli jeden z moich ulubionych aktorów - Ikuta Toma) oglądana oczami partnera kobiety oraz jego małej siostrzenicy.

Kyou no Kira-kun live action - może dla nieznających mangi będzie to przyjemny film, ja też w sumie obejrzałam ją dla zabicia czasu, ale w porównaniu do mangi za dużo zostało obcięte i można złapać nerwa. Wiadomo, że niektóre wątki trzeba obciąć, ale denerwuje mnie, kiedy w mandze bohaterka nosi długą grzywkę, bo ma bliznę na czole, a w filmie bohaterka nosi długa grzywkę , bo tak. Scena obcinania grzywki od razu traci na znaczeniu.

Our Meal for Tomorrow - tutaj ekranizacja książki o związku dwojga ludzi, który mial swoje wzloty i upadki. Nie jest to kino wciągające, ale przynajmniej na aktorów dobrze się patrzy.

HaruChika live action - tu kompletnie nie mam porównania do nowelek, anime czy mangi - ale myślę, że historia live action w zupełności mi wystarczy. Jeśli ktoś lubi szkolne historie o muzyce w szkole - czemu nie. dla mnie to była historia do obejrzenia i zapomnienia, a Koide Keisuke w roli nauczyciela trochę mnie przerażał ze świadomością, że niedługo po filmie musiał zawiesić swoją działalność aktorską w związku z aferą "uprawiania seksu z nieletnią".

Mars the movie - live action zamykające serię telewizyjna na podstawie dramy "Mars". Chociaż Japończycy mogli zrobić z serii coś fajnego, bo manga jest dobra, postanowili główną postacią uczynić niezrównoważonego psychicznie Mikio,a postacie Kiry i Reia były tylko takim tłem do niego. Myślałam, że chociaż w wersji filmowej zostanie on zepchnięty na dalszy plan, ale niestety - nadal jest to historia o nim z Kira i Reiem gdzieś na drugim planie.

I to by było na tyle dzisiaj, właśnie korzystam z okazji, że na kilka minut włączył się prąd, żeby wrzucić tę notkę w internet~~

- Copyright © Gekiuma Henshin - Rysunki na blogu moje - Powered by Blogger - Designed by Johanes Djogan -