Ta strona korzysta z ciasteczek, jeśli się z tym nie zgadzasz zamknij bloga lub wyrzuć komputer przez okno.
Posted by : Otai sobota, 14 maja 2016

Jakiś czas temu obiecałam, że zacznę pisać recenzje artbooków. Oczywiście jako żem przewrotna, postanowiłam zacząć nie od najnowszych łupów, o które recenzje ktoś prosił, a od najstarszego artbooka jakiego posiadam. W tym momencie moje myśli skierowały się w stronę pewnej ilustrowanej opowieści, która co prawda artbookiem nie jest, ale zakupiłam ją ze względów czysto estetycznych. Dlatego zanim przejdę do mojego najstarszego artbooka to poćwiczę pisanie na czymś innym...

Pamiętam jak te 8 lat temu jako świeżo upieczony studenciak drugiego czy tam trzeciego roku ostro liczyłam pieniądze. No bo... 70 zł za książkę? To by oznaczało jeszcze większą studencką bidę, mniej powrotów do domu, albo... 7 nowych tomików mang! Krążyłam po Empiku wokół tej książki nie raz i w końcu zebrałam się na odwagę wydając swoje ostatnie studenckie grosze i kupiłam, bo... ilustratorem w końcu był sam Yoshitaka Amano, który tworzył designy do moich ukochanych Final Fantasy!

Dzisiaj czas na recenzję "Sennych łowców" z serii "Sandman" Neila Gaimana - nie chodzi jednak o komiks, ale o prozę napisaną przez autora wcześniej. Jeśli chodzi o Sandmana i jego uniwersum nie sądzę, żebym była odpowiednią osobą, żeby się o nim rozpisywać. Zawsze można zerknąć do jakiegoś bardziej szczegółowego źródła na ten temat. Ogólnie o samej historii będzie dosyć krótko, bo potraktuję tutaj bardziej o kwestii wydaniowo-graficznej. Jeśli szukacie recenzji na temat samej fabuły to używając wujka Gugla trafiłam na to. Ale najpierw, w ramach formalności przybliżę wam w jaki sposób powstała w ogóle ta historia. Neil Gaiman odpowiedzialny był za napisanie dialogów do amerykańskiej wersji "Księżniczki Mononoke" - zdecydował się zagłębić wtedy w mitologię japońską i baśnie. Napotkał na historię o lisicy, mnichu i snach - historia ta bardzo skojarzyła mu się z uniwersum Sandmana i postanowił ją zinterpretować. Historia jest taka sama jak w wersji komiksowej, zacytuję więc za Gildią:
Fascynujący powrót do świata Śnienia... Komiksowa adaptacja opowiadania pt. Sandman: Senni Łowcy Neila Gaimana mistrzowsko przedstawiona przez P. Craiga Russella.
W dawnej Japonii świat wyglądał inaczej. W owych czasach stwory z mitów i legend krążyły po ziemi, pływały w morzach i latały w powietrzu. Niektóre były przyjazne, inne okrutne. Jedne były dzikie, inne - choć z wielkim wysiłkiem i dużym kosztem - dawały się oswoić.
Zdarzyło się, że kapryśna lisica przyjęła zakład, iż przepędzi młodego mnicha z jego skromnego domu - i w zakładzie tym straciła własne serce.
A pan demonów owego świata także zainteresował się mnichem, pragnąc zdobyć dla siebie jego wewnętrzną siłę.
I wkrótce Władca Wszelkiego Nocnego Śnienia musiał interweniować w imię miłości od początku skazanej na niepowodzenie...

Przykładowe strony udostępnione przez wydawnictwo:


Innymi słowy mamy do czynienia z baśnią japońską napisaną troszkę bardziej przystępnym językiem i w trochę bardziej rozbudowanej formie niż spotykałam się do tej pory. Myślę, że tekst Gaimana ułatwia odbiór, chociaż w polskiej wersji zabiło mnie hasło "mnich był młodym mnichem". Niektóre źródła podają, że wersja z ilustracjami Yoshitaki Amano to komiks - nic bardziej mylnego. Mamy stronę suchego tekstu, stronę z ilustracją, znowu stronę suchego tekstu itd.



Za polskie wydanie "Sennych Łowców" odpowiedzialne było wydawnictwo Egmont, wypuszczając książkę w cyklu "Obrazy Grozy". Książka posiada 128 stron (w tym jedną rozkładówkę), format 17cmx26cm (A4 ma dla przykładu 21cmx29,7cm), twardą oprawę, a druk w środku jest kolorowy na papierze kredowym.  Cena okładkowa wynosiła 69,00 zł. 


Okładka w twardej oprawie prezentuje się znakomicie, zwłaszcza, że z przodu tło okładki jest złocone, co daje niesamowity efekt w zestawieniu z szarościami postaci malowanych tuszem i ołówkiem. Poza złoceniami okładka jest matowa. Tył okładki to kolejny rysunek techniką mieszaną i opis w jaki sposób narodziła się sama książka. Klejenie książki jest świetne - po tylu latach wertowania książki nic się nie rozpada, nie odkleja, nie rozłazi, nie wyłazi (na co narzekam często w recenzjach mang ;)). Po prostu wzorowo. Po otwarciu książki na drugiej stronie okładki znajdujemy w rogach szybkie szkice tuszem..




 Jeśli chodzi o papier w środku - niejeden artbook mógłby pozazdrościć takiego wydania. Naprawdę dobrej jakości papier kredowy, wytrzymały. Druk cudowny, wyrazisty, dobrze uchwycone barwy na obrazkach, mimo że mamy tu do czynienia z rysunkami i obrazami wykonanymi technikami tradycyjnymi, a nie komputerowymi.


Kiedy w głowie Gaimana powstał już koncept na historię pozostało wybrać ilustratora. Wybór padł na Yoshitakę Amano, czyli osobę, której nazwisko skłoniło mnie do zakupu książki. Przy całym szacunku dla twórczości Neila Gaimana, kupiłabym cokolwiek, co zostało zilustrowane przez tego pana. Jak pewnie większość fanów Amano - zaczęłam przygodę z jego rysunkami od serii z cyklu "Final Fantasy", do których tworzył concept arty/projekty postaci/ilustracje. Jego wkład w serie FF jest naprawdę potężny i warto się z nim zapoznać. Fani anime, zwłaszcza starzy wyjadacze, powinni kojarzyć go z takich produkcji jak "Angel's Egg" czy "Vampire Hunter D", z których drzwiami i oknami wypływa charakterystyczny styl rysownika. Ale Yoshitaka Amano to przede wszystkim artysta - człowiek, który potrafił chłonąć inspiracje z wielu różnych form sztuki i stworzyć z nich zupełnie nowy i indywidualny styl. Człowiek, który zgarniał wiele artystycznych nagród, wydał kilka wspaniałych artbooków i zaprezentował wiele wspaniałych wystaw. Zanim jednak rozpłynę się kompletnie wróćmy do opowieści. Kiedy skontaktowano się z panem Yoshitaką Amano czy mógłby z okazji rocznicy powstania "Sandmana" narysować coś na podstawie scenariusza Neila Gaimana, ten powiedział, że nie zamierza rysować komiksów. Ale ilustracje - i owszem. W ten sposób forma "Sandmana" została zmieniona z typowo komiksowej na opowiadanie z ilustracjami.



A ilustracje... są po prostu obłędne i mogę się w nie wpatrywać godzinami. Są rysunki wykonane ołówkiem, są prace tuszem wykonane techniką mokre na mokrym, są prace farbami (lub kolorowymi tuszami). Najczęściej jednak autor wykonuje wszystko techniką mieszaną (ołówek + tusz-farby). Spora część ilustracji utrzymana jest w odcieniach szarości, sepii lub ograniczoną paletą barw. Pełno jest ilustracji zawierających barwy przeciwstawne. Są ilustracje, gdzie czytelnik nie może oderwać oczu od prostej intensywnej czerwieni. Ilustrator bawi się teksturami, fakturami, efektami malarskimi, światłem, cieniem i powiedziałabym nawet, że ciemnością. Jego ilustracje są chaotyczne i wizjonerskie, artystyczne i surrealistyczne, piękne i niepokojące. I to one popchnęły mnie chyba lata temu do korzystania z technik mieszanych - ołówek + tusz/farba. Żałuję do dziś, że nie dałam się popchnąć w używanie tej techniki jeszcze bardziej, ale przeglądanie tej książki w celach recenzji ponownie mnie do tego zachęca. Same twarze czy proporcje postaci są charakterystyczne, nieco wynaturalnione - widać w nich jednak warsztat autora. Chciałabym napisać coś więcej, ale myślę, że obraz mówi tu sam za siebie.


Yoshitaka Amano - przepowiedział Szczerbatka w 1999
Ciekawa jestem czy ta książka miałaby szansę zostać wydana w Polsce w takiej formie kolejny raz? Ciągle czytam ostatnio, że coś się nie opłaca, a to twarda oprawa, a to rozkładana ilustracja kolorowa, a to złocenia, a to sama licencja... Mam wrażenie, że wydawnictwom opłaca się wydawać coraz mniej, nawet jeśli nazwiska autorów powinny przyciągać. Ja w każdym razie zostałam szczęśliwym posiadaczem pierwszego wydania i chciałam w tym miejscu podziękować studenciakowi sprzed 8 lat, który zamiast wydać pieniądz na coś innego - dobrze zainwestował. Dziękuję ci, młodsza ja!



P.S. Cały czas mam mieszane uczucia czy nadaję się do pisania o artbookach - czy nie jest za krótko? Bo w sumie jeśli chodzi o obrazy, które mi się podobają to potrafię się nad nimi rozpływać godzinami nie pisząc nic konkretnego, dlatego większość czasu się ograniczam z ochami i achami.

{ 7 komentarze... read them below or Comment }

  1. Kurka, teraz też chcę to kupić, bo te siemdziesiont złoty to kiedyś też był dla mnie megamajątek, no i nie lubiłam Amano bo był zbyt chaotyczny, nierealistyczny i sprawiał mi dyskomfort tym, że np. nie wiedziałam, gdzie jest biodro Kefki. Dobrze, że forumko, na którym wypisywałam takie bzdury jest już martwe :3
    Trochę smutno, że pod nocią nie ma komci, bo fajna i ładna, informacyjna i osobista, ale to pewnie przez to, że napisałaś o czymś starym i ciężko dostępnym. No i dość niszowym, jednak Amano jest dla starych ludzi, w końcu nawet Ayakashi ma już 10 lat (;_;). A przynajmniej mam taką nadzieję, że recki kolejnych artbusiów będą popularniejsze i się nie zniechęcisz :)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Z tym, że ja jakichś superpopularnych artbooków nie bardzo kupuję, więc jeśli do jedna recka niepopularnej rzeczy nie cieszy się zainteresowaniem, to z następną może być tak samo, a ja niestety mam na tyle ograniczony czas, że jak już piszę notkę, to chciałabym pisać o czymś, na co ludzie mniej lub bardziej zwrócą uwagę XD.

      W pewnym wieku dużo osób potrafi napisać "okiem znawcy", że coś jest zue/ble i przecież "to widać", na szczęście po latach wielu znajduje opamiętanie XDD

      Usuń
    2. Ach, no jasne, trochę szkoda, perły przed wieprze i tak dalej :| :| :|
      Oj weś, bo mi się przypomniało, że jak kuzynka która studiowała jakiś kierunek plastyczny raz do nas wpadła i pokazała trochę swoich projektów modowych to ją pytałam, czemu te rysunki nie są anatomicznie poprawne. Projekty mody, like, why ;____;

      Usuń
  2. Ale Ci zazdroszczę tej ilustrowanej powieści. Kiedy skapnęłam się, że tak bardzo bym chciała tę książkę, okazało się, że nie jest już nigdzie dostępna :( Bardzo miło czytało się Twoją recenzję, uwielbiam czytać o ładnych wydaniach i efektach typu złocenie itp. Mam nadzieję, że na Twoim blogu pojawią się jeszcze kiedyś jakieś recenzje artbooków.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Czasem warto kupić coś pod wpływem impulsu, żeby po latach to docenić ;)

      Usuń
  3. Nadal jestem na etapie ,,omg 70zl za książkę", wyjątkiem jest Blame! w twardej, może jak w końcu przyjmą mnie do którejś roboty i nie zawalę rozmowy kwalifikacyjnej, to sobie będę pozwalać na sandmany.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ja jeszcze czasem też mam takie "Nie no, 70 zł?", a potem patrzę na tego Sandmana...

      Usuń

- Copyright © Gekiuma Henshin - Rysunki na blogu moje - Powered by Blogger - Designed by Johanes Djogan -