Ta strona korzysta z ciasteczek.
Jeśli się z tym nie zgadzasz zamknij bloga lub wyrzuć komputer przez okno.
Posted by : Otai sobota, 28 lipca 2012

Dzisiaj będzie znowu o anime. Tym razem jest to seria, którą chciałabym polecić wszystkim, a nie tylko tym odpornym na japoński absurd. Jest to niezwykłe anime opowiadające o zwykłej historii dziejącej się w latach 60 w Japonii. Pierwsze odcinki ściągnęłam na 4godzinną podróż do domu, a wciągnęła mnie tak, że następny dzień miałam już wycięty z życiorysu. Na początku myślałam, że anime to jest znane i popularne, ponieważ kilka osób z mojego facebookowego/twitterowego otoczenia już o nim wspominało, później jednak doszłam do wniosku, że warto zareklamować to anime jezcze bardziej. Po pierwsze dlatego, że zapatrzeni w popularne w bardziej oczywisty sposób ludzie mogli serię przegapić. Po drugie dlatego, że ciężko wybrać dobre anime wśród tak wielu tytułów, które co sezon wychodzą. I po trzecie dlatego, że ci, którzy już dawno nie oglądają anime na pewno tę produkcję przegapili, a nie powinni.

Sakamichi no Apollon/Kids on the slope 
Jeśli chodzi o aspekty fabularne to najpierw przeczytałam odrobinę na temat mangi na tanuki.pl, gdzie właściwie przekonałam się, że nie będzie to tylko jakaś zwykła historia miłosna, czy przeciętna opowieść o zakładaniu zespołu czego się obawiałam na początku. Seria ma swoje wątki miłosne oraz jest przeplatana muzyką, ale... Miłość bohaterów do siebie nawzajem i do jazzu jest jedynie tłem tego co nazywa się "okruchami życia". W trakcie serii bohaterowie uczą się jak żyć, a ich decyzje często zaskakują. W ostatnim odcinku mamy nawet bohaterów przedstawionych 8 lat po wydarzeniach z poprzednich odcinków. Możemy się przekonać jak mniej lub bardziej zaskakująco rozwinęło się ich życie. Na pewno również na plus wyszło to, że mamy w Japonii lata 60 XX wieku, więc bez dzisiejszego pośpiechu, internetów i komórek łatwiej stworzyć magiczny klimat.




Mimo, że właśnie napisałam, że muzyka nie jest tematem przewodnim serii to jednak odgrywa w anime bardzo ważną rolę. Ogólnie rzecz biorąc dzięki talentowi wspaniałej Yoko Kanno oprawa muzyczna serii jest idealna i tworzy niesamowity klimat, którego nie da się niczym zastąpić... W sumie nie tylko Yoko Kanno, ale i inne osoby zamieszane w produkcje anime pracowały już razem wcześniej przy anime "Cowboy Bebop".

To było tak tytułem wstępu, teraz kilka moich mniej lub bardziej głębokich przemyśleń o serii, bez spoilerów i opisu postaci, bo naprawdę chciałabym, żebyście sie sami siegneli po tę produkcje.




"Miłość przemija, a przyjaźń pozostaje na całe życie" mówią studenci w Tokio do naszych bohaterów. I mimo tego, że w serii miłość czasem wychodzi na pierwszy plan to twórcy nigdy nie zapominają o wątku przyjaźni do samego końca. A przyjaźń nie jest usłana różami - bohaterowie nie odsłaniają przed sobą wszystkich kart, dlatego nie wiedząc o sobie nic nieświadomie ranią się nawzajem, a potem nie potrafią naprawić swoich błędów nie ze względu na to, że są obrażeni na drugą osobę, ale dlatego, że są źli na siebie i zbyt sfrustrowani sobą, żeby coś zrobić. Z mojej perspektywy jest to bardzo życiowe. Zazwyczaj jak jestem zła na siebie ludzie myślą, że jestem zła na nich, haha ;).
 Muzyka to punkt, który łączy bohaterów. Jest to głównie jazz, ale nie tylko, ponieważ mamy też bohaterów zaineresowanych popem czy muzyką klasyczną. Bohaterowie to nie tylko osoby, które grają czy śpiewają, to  również zwykli fani muzyki, którzy przychodzą do sklepu muzycznego, by zaopatrzyć się w płyty winylowe ukochanych wykonawców. Muzyka prowadzi nas przez serię, pokazuje jak podobne zainteresowania mogą połączyć biednego z bogatym, rozrabiakę ze spokojnym i zrównoważonym uczniem. Wspólne zainteresowania zawsze mogą byc punktem wyjściowym do wspaniałej znajomości, która rozwija się i w trakcie jej trwania zainteresowania czasem mają mniejsze, a czasem większe znaczenie.
W sumie to co mnie zaskoczyło w tej dramie to wątek chrześcijański, przeplatający się cicho, gdzieś na trzecim, czwartym planie, który jednak w ostatecznym rozliczeniu ma jakieś znaczenie. I największy zaskok - aą Japończycy, którzy wiedzą, że różaniec to nie jest ozdoba na szyję i nie powinno jej się tak nosić! No proszę, a myślałam, że to do nich nie dociera.
Z innych randomowych przemyśleń to w sumie anime przypomina mi taką trochę doroślejszą wersję filmu studia Ghibli - "Mimi wo Sumaseba" ("Whisper of the heart"). Może nie jakoś bespośrednio, ale po prostu oglądając czułam coś, co przywoływało u mnie wspomnienia z tej animacji.

I tym randomowym stwierdzeniem chciałabym zakończyć tę notkę i poprosić was o dwie rzeczy - jak znajdziecie chwilę obejrzcie to anime to raz, a dwa, jak macie FB to może zagłosowalibyście w ankiecie JPFu, żeby wydali Sakamichi? Tytuł uwzględniony jest w ankiecie, niestety nie cieszy się taką popularnością jak pokarm dla mas w stylu "Kaichou wa Maid-sama", ale może gdyby była odpowiednia liczba głosów to za milion lat wydali by mangę "Sakamichi"?

W każdym razie zachęcam was do obejrzenia serii - to tylko 12 dwudzestominutowych odcinków!

{ 3 komentarze... read them below or Comment }

  1. Ta.... Ciekawy byłem, kiedy trafisz na ten niezwykły tytuł i widać długo czekać nie musiałem.
    BTW:
    "W sumie to co mnie zaskoczyło w tej dramie to wątek chrześcijański" - jesteś spaczoooona XP nawet pisząc o animcu...

    OdpowiedzUsuń
  2. nie rozumiem, ale dobra xd

    ale witam na moim blogu \o/

    OdpowiedzUsuń
  3. "może gdyby była odpowiednia liczba głosów to za milion lat wydali by mangę "Sakamichi"?" No i wydali :D I jeszcze chwila i będzie koniec tego wydawania i będę w końcu mogła siąść i jeszcze raz, po skanlacjach, przeczytać mangę, którą kocham i uwielbiam, i mimo że anime też kocham i uwielbiam, mangę uważam za twór znacznie lepszy. No, ale 12 odcinków wymusiło sporo cięć, na czym straciły pewne wątki i sami bohaterowie. Tak, wybrałam się na archiwalne wykopki :P

    OdpowiedzUsuń

- Copyright © Gekiuma Henshin - Rysunki na blogu moje - Powered by Blogger - Designed by Johanes Djogan -