[recenzja] Poison City - tomy 1-2 (całość)

Dzisiaj zajmę się recenzją mangi autora, którego mangę już kiedyś zrecenzowałam. Chociaż "Reset" był ciekawa jednotomówką, to przez "Manhole" nie byłam w stanie przebrnąć przez tematykę. Tym razem tomik kolejnej mangi trafił do mnie niespodziewanie dzięki wydawnictwu Studio JG i tym razem był to strzał w dziesiątkę. Dzisiaj będę opisywać mangę, która wśród ostatnich lektur zrobiła na mnie największe wrażenie.  Recenzję tę częściowo napisałam w listopadzie 2017 po przeczytaniu 1 tomu, po jej napisaniu postanowiłam jednak poczekać na drugi tom z oceną całości.


"Yuugai Toshi" to manga Tsutsui Tetsuyi znana pod tytułami "Harmful City" lub "Poison City". Wydawana od 2014 przez wydawnictwo Shueisha manga jest ukończona na 2 tomach.O autorze pisałam już przy okazji recenzji "Reset". W Polsce pierwszy tom pod tytulem "Poison City" został wydany we wrześniu 2017 roku przez Studio JG. Wydanie w standardowym formacie posiada okładkę z błyszczącą obwolutą. Drugi tomik wyszedł w lutym 2018 roku. Zarówno w 1 jak i drugim tomi znajdują się 4 strony na błyszczącym papierze kredowym (w kolorze jak i te czarno-białe), reszta stron jest klasycznie wydrukowana na papierze offsetowym w czerni i bieli. Tłumaczenie mangi jest na naprawdę dobrym poziomie, zrozumiałe, pełne zaangażowania, a w posłowiu opisane są dokładnie wydarzenia, którymi była inspirowana dana część mangi. Wszystko jest starannie dopracowane. Onomatopeje zostały zmienione na polskie, czcionki zostały odpowiednio dobrane, całość naprawdę dobrze się czyta.


Jest rok 2019. Rząd japoński prowadzi agresywną politykę zaostrzenia cenzury w środkach masowego przekazu. Wszystkie treści uważane za obsceniczne, mają zostać wyłączone z obiegu. W tym samym czasie młody rysownik Mikio Hibino, stara się opublikować swoją mangę, opowiadającą o skażonym mieście, w którym tajemnicza choroba sprawia, że o zmroku ludzie zamieniają się w kanibali. Napięta sytuacja polityczna sprawia, że Mikio będzie musiał pokonać wiele przeszkód, aby obronić swój pomysł. Czy uda mu się wygrać z cenzurą i propagandą? Jak daleko posunie się każda ze stron, aby przeforsować swoje racje?  - Studio JG

Ja jakoś zaczęłam czytać mangę zanim przeczytałam opis, dlatego na początku nie załapałam, że to, co czytam to po prostu sceny z mangi tworzonej przez głównego bohatera. No super - znowu ludzie zżerają ludzi, taka horroro-przygodówka o zombiakach. Ze świadomością, że mam przed sobą jakiegoś średniaka czytałam dalej i wszystko odwróciło się o 180 stopni, kiedy okazało się, ze mam czynienia z historią o cenzurze w mangach. Rozpoczęło się swojsko, bo od ściągania siusiającej figurki dziecka - w końcu nadchodzi rok 2020, niedługo Olimpiada, świat patrzy na Japonię - a tu siusiające dziecko w formie pomnika! Toć to prawie jak siusiający Rycerzyk z Nowego Sącza! Sceny z życia autora i sceny z mangi o ludziach zżerających ludzi przenikają się w tomiku nawzajem i wraz z rozwojem sytuacji autora poznajemy też rozwój jego komiksu, który szczerze powiedziawszy nie za bardzo mnie zainteresował, więc skoncentrujmy się na rzeczywistości autora. W drugim tomie ciężar przenosi się zupełnie na rzeczywistość, a sceny z jego komiksu wyraźnie odbijają myśli i przeżycia autora. 


Wszystko jest zaskakująco prawdopodobne w tej mandze, takie... nawiązujące do tego, z czym mamy do czynienia na co dzień. Rozpoczynając od przygotowań do Igrzysk w 2020 roku, przez życie mangaki, aż do pytania o to jak bardzo rząd powinien ingerować w twórczość, czy w ogóle, co powinno być cenzurowane, a kiedy cenzura pojawia się za daleko. Kiedy przekracza się granicę w ingerencji w pracę autora? A kiedy autor przesadza i przekracza granice wyczucia czasu, smaku, kontroli nad seksualnymi czy brutalnymi scenami? 

Z jednej strony wiadomo, że państwo chciałoby, żeby manga pełniła dla młodego Japończyka formę edukacyjną, z drugiej strony ograniczanie autorów nie dotyka jedynie tych, którzy nie znają żadnej moralności, ale tez tych, którzy poruszają poważne tematy brutalności naszej rzeczywistości. A ci, którzy są u władzy w pewnym momencie nie mogą się powstrzymać - cenzurują coraz więcej coraz absurdalnych rzeczy. A ekstremalne zachowania zaczynają po prostu niszczyć popkulturę - tak uwielbianą przez inne nacje.



W komiksie jak i w posłowiu mamy nawiązanie do Comics Code Autority - jest w komiksie wspomniana jako historyczny problem, który zatrzymał rozwój amerykańskich komiksów na wiele lat. Myślę, że manga wraz z posłowiem (cieszy mnie, że tłumacz postarał się w nim o dostarczenie nam dodatkowych informacji) mówi nam już dużo, ale zapraszam też do poczytania w innych źródłach. To nie jednak nie jedyne nawiązanie do rzeczywistości - opisując fascynację komiksami japońskimi jeden z wydawców amerykańskich wspomina w mandze "Na jednej stronie czytamy o krwawych zmaganiach ludzkości z tytanami, a już na następnej mamy historię gimnazjalisty, który ukradł strój od wuefu." Brzmi znajomo? To nadal nie wszystko - jeden z członków rady oceniającej czy komiks nadaje się do dopuszczenia jest producent muzyczny i przewodniczący komitetu "Cool Japan" - Kiyoshi Ayamoto. Raczej nie przez przypadek wyglądem przypomina Yasushiego Akimoto, producenta muzycznego odpowiedzialnego za takie grupy jak AKB48 czy Nogizaka46, gdzie liczy się nieskazitelna opinia. W drugim tomie wypowiada on nawet tekst o tym, że to skandal "trzymać dziewczynę w zamknięciu i trenować wedle upodobań" - może nie każdy Polak o tym wie, ale każdy Japończyk, który będzie czytał mangę zobaczy, jak wielką hipokryzją wykazują się członkowie Rady oceniającej toksyczność mang. W drugi tom wplatane są kolejne wydarzenia zainspirowane historiami prawdziwymi, co jeszcze bardziej przeraża. Z resztą nawet nam, Polakom, cenzura komiksu nie jest obca - polecam przeczytać artykuł o cenzurze komiksu w Gdańsku.


W pierwszym tomie znajduje się kilka zabawnych scen dla rozluźnienia ciężkiej atmosfery - na przykład historia edytora z pączkami, albo używanie przetykacza do kibli. W drugim tomie jednak nie dostaniemy już tego luzu - mamy do czynienia z desperacją, rozpaczą, walką z wiatrakami, kompletnym nadużyciem władzy i wypaczeniem społeczeństwa przez nadmierną cenzurę. Przeprowadzanie publicznego, ale cenzurowanego procesu, wysyłanie mangaków nie tylko na programy rehabilitacyjne, ale też operacje medyczne zakrawają już o obłęd. Czytelnik z zapartym tchem śledzi kolejne wydarzenia trzymając się ostatnich przebłysków nadziei do samego końca... 

Sama przychylam się do grona czytelników, którzy wolą serię z cyklu okruchy życia niż kolejny kontrowersyjny komiks, nad którym ludzie będą się rozpływać głownie ze względów kontrowersyjności. Jak widzę kolejną serię z serii "ktoś zabija ludzi, cóż za plottwist" to wywracam oczami. Ale tak jak w "Poison City" wspomniał wydawca - manga jest fajna dzięki temu, że jest w niej zupełna różnorodność i obok rzeczy kontrowersyjnych mamy w jednym magazynie coś spokojniejszego i każdy może wybrać to co lubi. Kiedy wybieram niezachwycanie się kolejną "szokującą" serią, ale to nie znaczy, ze chciałabym ich zniknięcia. Czasem taka "szokująca" seria nawet mnie czymś chwyci za serducho. Czasem seria, która jest dla kogoś kontrowersyjna, dla mnie będzie świetną analizą pewnych zachowań. Każdy z nas ma swój rozum i powinien wybierać, a wybielanie pewnych dzieł z różnych form przemocy nie pomoże w żaden sposób zrozumieć dzieciom rzeczywistości - według mnie odpowiedzialnością rodzica nie jest nakładanie dzieciom klapek na oczy, ale tłumaczenie i wyjaśnianie im świata tak, aby dzieci zrozumiały dlaczego pewne zachowania istnieją na tym świecie mimo tego, że nie są dobre.


Z innych rzeczy, które chciałam o mandze napisać po przeczytaniu pierwszego tomu jest kwestia pewnej tendencji w rysowaniu mang. Zabawne jest to opisywanie atramenciarzy, którzy zajmują się kopiowaniem rysunków ze zdjęć, aby manga była dopracowana perfekcyjnie. Cieszy mnie, że ktoś zaznaczył, że w tym przypadku średnio może nazwać się twórcą, więc powstała nazwa "atramenciarz". Teraz już wiem jak nazywać osoby, które tworzą kopiując zdjęcia do swoich komiksów :), do tej pory nazywałam ich "rzemieślnik" jeśli przerysowywali zdjęcia legalnie, a jeśli kradli zdjęcie z internetu to... każdy może sobie dopowiedzieć.


Jeśli chodzi o kreskę to bardzo pasuje do mangi, wszystko jest wyraźnie rysowane, niektóre postacie wyglądają bardziej realistycznie niż inne, zwłaszcza te starsze lub nawiązujące do prawdziwych osób. Tła są dopracowane, jeśli oglądamy "szkic" mangi to widać w nim szkicowość. Onomatopeje używane są do oddawania różnych odcieni szarości oraz cieniowania, ale szczerze powiedziawszy to i tak historia zrobiła na mnie na tyle duże wrażenie, że kreska stała się sprawą drugorzędną.


"Poison City" nie zostawia suchej nitki na tym, jak daleko można zagalopować się z cenzurą, przywołując nawet prawdziwe zdarzenia. Jest tytułem ciężkim, pokazującą ciągłą walkę z systemem, ciężką, ale słuszną, beznadziejną w skutkach, ale rodzącą kolejnego osobnika do walki z wiatrakami. Głupio mi mówić, że powinna być to lektura obowiązkowa na naszym rynku mangowym, ale takie odniosłam wrażenie podczas czytania - nie jest to tytuł, koło którego można przejść z obojętnością i w 2 tomach udało się autorowi zawrzeć naprawdę sporo.

[recenzja] Słyszę twój głos (jednotomówka)

Ostatni raz jednotomową mangę recenzowałam w styczniu, uznałam więc, że najwyższy czas napisać coś o kolejnej. Tym razem jest to manga, którą kojarzyłam na zasadzie "Jest starszy film live action, który kiedyś obejrzę", zanim to jednak nastąpiło w Polsce zdążyła pojawić się manga na podstawie tego samego opowiadania. 


"Kimi ni Shika Kikoenai", znane jest też pod tytułem "Only you can hear me" oraz "Calling you".  Jest to opowiadanie przewodnie ze zbioru opowiadań autorstwa Otsuichiego. Książka opublikowana została w 2001 roku i oprócz wspomnianego live action zostało z niej zekranizowane w formie filmu opowiadanie "KIDS" - był to jeden z moich pierwszych japońskich filmów, w które się wkręciłam i bardzo dobrze go wspominam. W zbiorze opowiadań znajduje się jeszcze jedno, pod tytułem "Hana ka". Otsuichi ma na koncie całkiem sporo książek, opowiadań, scenariuszy do mang i filmów, polskiemu czytelnikowi najbardziej znany będzie ze scenariusza do "Goth". Manga na podstawie opowiadania została wydana w 2007 roku przez wydawnictwo Kadokawa Shoten. Za rysunki odpowiada znany mi z "Tentei no Tantei", "Demona grzechu" oraz znany wam też z "Another" Kiyohara Hiro.


Za polskie wydanie odpowiada wydawnictwo Waneko, które mangę wypuściło w cyklu Jednotomówki Waneko (grudzień 2017), co oznacza, że manga ma format powiększony. Polskie wydanie posiada okładkę z matową obwolutą. I na okładce i na obwolucie projekt jest taki sam, jednokolorowy, z tym, że obwoluta posiada błyszczący lakier wybrany na elementach innych niż białe. W środku znajdziemy 4 strony kolorowe (błyszczący papier kredowy), pozostałe strony są wydrukowane w czerni i bieli na papierze offsetowym. Jeśli chodzi o tłumaczenie, edycję/typesetting to nie mam szczególnych uwag, tomik czytało mi się przyjemnie i płynnie. 


Pewna bojaźliwa dziewczyna wyobraża sobie, że w jej głowie znajduje się idealny telefon, przez który może prowadzić rozmowy. Któregoś dnia jej wizja opuszcza sferę wyobraźni. Ryou słyszy sygnał połączenia i dźwięk dzwonka. Po drugiej stronie czeka ktoś chcący z nią porozmawiać. - Waneko

Główna bohaterka nie posiada telefonu komórkowego, a dodatkowo ma problemy z mówieniem, związane ze swoim uprzedzeniem do ludzi. W Japonii mamy czasy, gdzie przez komórki głownie się dzwoni i nie ma w nich jeszcze zbyt wielu funkcji, więc po co jej komórka, skoro nie ma ochoty ani siły mówić? Ale w końcu bohaterka zaczyna marzyć o tym, co by było gdyby taki telefon miała. Wizualizuje go i pewnego dnia telefon ten zaczyna... dzwonić w jej głowie. Okazuje się, że dzwoni do niej chłopak - z innego miejsca, z innego czasu. Na początku bohaterka nie bardzo chce uwierzyć w to, co się dzieje, wkrótce jednak zaczyna szukać dowodu na istnienie połączenia. Obyczajówka zmieszana z jednym elementem fantastycznym, pisana przez autora horrorów... trzeba przyznać, że chociaż zapowiada się słodka historia o znalezieniu nici porozumienia, to jednak czytelnik w pewien sposób oczekuje, że coś złego może się zaraz wydarzyć... i nie mogę powiedzieć czy jest to podejrzenie trafne, czy nie - zależy od oczekiwań czytelnika. 


Obawiałam się, że recenzja tej mangi wyjdzie po prostu za krótka, dlatego zanim do niej usiadłam, postanowiłam obejrzeć film live action z 2007 roku. Jest on specyficzny - cały opatrzony jest bardzo uspokajającą muzyką, eksponuje wiele pięknych widoków i miejsc w Japonii, i chociaż początkowo miałam wrażenie, że to właśnie te widoki wypełniają czas antenowy i po przeczytaniu mangi nie warto sięgać po film, bo nic takiego tam nie będzie, to gdzieś w środku filmu zmieniłam zdanie. Telefoniczna randka, gdzie bohater przez telefon oprowadza główną bohaterkę i wskazuje jej miejsce, w którym ma odebrać prezent jest naprawdę warta obejrzenia. Jest też kilka całkiem ważnych rozmów, które wprowadzają widza w melancholijny nastrój. Z drugiej strony jednak to, że manga ma pewne ograniczenie scen, to unikamy elementów mniej potrzebnych w stylu "Jak wygląda rodzina głównej bohaterki", a dostajemy kwintesencję tego co najważniejsze, przesłania historii. Może dzięki temu mangę czyta się tak szybko i przyjemnie, bo nie zawiera żadnych niepotrzebnych elementów, daje też czytelnikowi większe szanse na domyślanie się pewnych kwestii lub zupełne zaskoczenie, zamiast podawać pewne elementy na tacy.


O kresce mangaki wypowiadałam się już w roku 2015, "Słyszę twój głos" jest jednak jego późniejszym dziełem. Muszę przyznać, że naprawdę widać poprawę. Może nie ma tutaj możliwości porównania dynamiki i ekspresji, bo poza kilkoma scenami manga ta jest dużo bardziej statyczna, ale na pewno widać poprawę w rzeczach, które tamtym razem podobały mi się mniej - twarze wydają się dużo bardziej proporcjonalne i mniej zniekształcone, aż miło się patrzy. Rozpływałam się zwłaszcza w momentach, w których bohaterka zamykała oczy - pięknie wyglądały te rysunki. Nieco ponury styl autora wpływa również na atmosferę komiksu, chociaż część kadrów jest spokojna i przyjemna to w innych czuć pewną nutkę zaniepokojenia - właśnie tam gdzie trzeba. Nie jest to jeszcze kreska idealna i zdarzają się w niej jakieś pomyłki, ale poprawa jest naprawdę widoczna i cieszy mnie, że pojawiła się na polskim rynku manga rysowana przez Kiyoharę, w której fabuła też mi pasuje.


Jeśli szukacie historii o pokonywaniu strachu i samotności, która choć na pierwszy rzut oka wydaje się całkiem słodkim konceptem, ale nie ma w niej miejsca na zakończenie szczęśliwe dla wszystkich, to właśnie ta jednotomówka może wam się spodobać. Ja na pewno zostawię ją sobie na półce i będę dobrze wspominać.

[recenzja] twoje imię. light novel + 1 tom mangi

Jakiś czas temu słuchając list Oriconowych trafiłam na nową piosenkę Radwimpsów "ZenZenZense" - nie została moją ulubioną tego zespołu, ale i tak nieźle się na niej zapętliłam. Niedługo potem doczytałam, że to z filmu "Kimi no Na wa", do którego Yojiro Noda z Radwimpsów napisał jeszcze więcej piosenek. Poza tym, że był to kolejny film Makoto Shinkaia, do którego nie mam jakiegoś specjalnego sentymentu, doczytałam jeszcze, że głównemu bohaterowi głosu użycza Kamiki Ryunosuke, aktor, którego uwielbiam z dram, a za projekty teł odpowiedzialny był Polak, Mateusz Urbanowicz. Zabrałam się za oglądanie i film mi się spodobał - poza muzyką i projektami teł, dużą rolę odegrał klimat samego filmu, spotęgowany synchronizacją wydarzeń z wielką burzą, która właśnie przechodziła przez moją wieś. Efekt tego, co działo się w 2 części filmu był niesamowity. Dzisiaj jednak nie zamierzam opisywać filmu, za to mam zamiar się przyjrzeć 1 tomowi mangi na podstawie filmu, oraz książce, która pisana była równo z jego stworzeniem.


Wydaje mi się, że tym razem nie ma co skupiać się na genezie powstania - wystarczy obejrzeć film, poczytać kim jest Makoto Shinkai, Mateusz Urbanowicz, albo producent filmu, Genki Kawamura. Ten ostatni odpowiedzialny jest za posłowie do książki, z której dowiedziałam się, że również jest autorem książki "Gdyby koty zniknęły z tego świata". Widziałam film live action i był naprawdę niesamowity.  Pierwszy tom 3-tomowej mangi i light novel wyszły w podobnym czasie co premiera filmu, w 2016 roku. Za polskie wydanie odpowiedzialne jest Studio JG, które 1 tom i light novel wydało  w grudniu 2017 roku. Do tej pory w Polsce wyszły 2 z 3 tomów mangi. Zarówno książka, jak i komiks wydane zostały pod tytułem "twoje imię." - kropka na końcu tytułu jest wymogiem strony japońskiej, co dokładniej zostało omówione w posłowiu tłumacza w light novelce. Rozmiarowo tomiki są takie same (A5). Manga posiada matową obwolutę ze skrzydełkami, 4 kolorowe strony na błyszczącym papierze kredowym, czarno-białe strony są wydrukowane na papierze offsetowym. Light novel jest wydana jak typowa książka - papier ekologiczny, okładka matowa ze skrzydełkami, bez obwoluty. 


Mitsuha mieszka w malutkim miasteczku, marząc o tym, aby kiedyś rozpocząć studia w stolicy. Taki mieszka i uczy się w Tokio. Pewnego razu, na wskutek przedziwnego fenomenu wywołanego przelatującą w pobliżu Ziemi kometą, na jeden dzień zamieniają się ciałami. To, co z początku wydawało im się snem, wkrótce okazuje się ich nową rzeczywistością, ponieważ zjawisko powtarza się niemal za każdym razem, gdy zasypiają. Aby przetrwać ten zwariowany okres muszą obmyślić sposób, aby się ze sobą komunikować. Zwłaszcza że wkrótce będą musieli zmierzyć się z wydarzeniem, które wszystko zmieni... - Studio JG

Chociaż opis wydaje się zabawny i początkowo możemy mieć wrażenie, że mamy do czynienia z komedią, to tak naprawdę bohaterom przyjdzie się zmierzyć z przeznaczeniem, którego w teorii nie powinno się już dać zmienić. Czy da się modyfikować czas i przestrzeń? A jeśli tak, to na jakich warunkach? Historia koncentruje się na tym jak ważna jest nić przeznaczenia łącząca dwoje teoretycznie nieznanych sobie ludzi. I o tym, że warto zachować tradycję, nawet jeśli nie rozumie się jej znaczenia.

Najważniejsza rzecz, jaką powinniście wiedzieć na temat tego tytułu, to fakt, że według autora książki i scenariusza mangi, to właśnie film jest najbardziej pełnowartościowym produktem, w którym obraz, scenariusz i muzyka zlewają się w jedną całość i wzajemnie się dopełniają. Czy w takim razie warto sięgać po dodatki, takie jak książka, czy manga, które fabularnie nie dadzą nam więcej odpowiedzi na to, co tak naprawdę wydarzyło się w momentach, które nie zostały bezpośrednio ukazane? O tym już teraz. 

LIGHT NOVEL

Książka to forma, która ma w sobie pewną wyjątkową cechę - jest namalowana słowem. Nie obrazem, nie muzyką, a jedynie słowem. Zarówno film, komiks, jak i książka posiadają swoją wyjątkową i specyficzną formę. Komiks i animacja są do siebie nieco podobne, bo wiele rzeczy opisywane jest w ten sam sposób, dlatego to książka okazuje się najbardziej innym i interesującym spojrzeniem na historię. Dzięki książkowej wersji nie tylko na spokojnie możemy usystematyzować sobie historię, przeczytać przypisy i wyjaśnienia dotyczące pewnych tradycji, które nie są dla nas do końca zrozumiałe, ale też spoglądamy na całą sytuację oczami głównych bohaterów. Tak, light novel napisana jest w pierwszej osobie - zazwyczaj denerwuje mnie to w tego typu książkach, tu jednak jest to zabieg celowy, który pozwala nam zrozumieć lepiej wnętrze i uczucia bohaterów lepiej niż film Czasami dogłębnie, zwłaszcza początkowe odczucia bohaterów na temat ich "nowych" ciał. Wartościowe są też posłowia - autora książki, producenta i tłumaczki, które rozjaśniają nam historię jeszcze bardziej, dając jednak do zrozumienia, że nie dostaniemy żadnych dodatkowych wskazówek na temat tego, co mogło wydarzyć się po "wypadku" oraz po "spotkaniu" bohaterów. Książkę wciągnęłam w 1 wieczór i byłam zadowolona z lektury. Raz rzucił mi się w oczy brak przecinka, innym razem zastanawiałam się czy rzeczywiście powinno się pisać "tiszert", ale potem już zupełnie się wciągnęłam. Aby łatwo rozróżnić, z której perspektywy oglądamy właśnie świat, kwestie Mizuhy pisane są zwykłą czcionką, a kwestie Takiego pogrubioną. Książka niestety nie posiada żadnych ilustracji, jak to w innych LN można spotkać - dostajemy tylko i wyłącznie tekst. Myślę, że to między innymi dlatego, że rolę czarno-białych obrazków pełni...

MANGA

Nie mam zbyt wiele do powiedzenia na temat mangi. Wydaje mi się, że akcja rozwija się tu szybciej niż w książce i może błędem było czytać wersję książkową pierwszą, bo czuję się trochę obdarta z uczuć, które przekazało mi słowo. Z drugiej strony jednak w książce mięliśmy narracje pierwszoosobową, do której należało nieco naginać rzeczywistość. Tu niektóre sceny mogą odbywać się bez udziału Mitsuhy czy Takiego, bo otrzymujemy je z perspektywy obserwatora. Rysunki w komiksie są przyjemne, dokładne, a kadrowanie dosyć statyczne. Nie pasowało w rysunkach zrezygnowanie z rastrów na rzecz płaskiego komputerowego wypełniania odcieniami szarości. Taki zabieg kojarzy mi się z webtoonami lub z ilustracjami do light novel, ale jeśli chodzi o mangę to... jakoś nie mogę się przyzwyczaić. Onomatopeje zostały zmienione na polskie odpowiedniki i bardzo fajnie wstawione, edycja jest przyswajalna. 

PODSUMOWANIE



Porównując 1 tom mangi do części light novel, którą ona pokrywa widzimy pewne różnice - w mandze przede wszystkim akcja wydaje się iść szybciej, ale poza tym różni się ona detalami - a to bohater jest ubrany inaczej niż w książce, a to brakuje w jakiejś scenie głównej bohaterki, w której była w książce, bo świat pisany jest z jej perspektywy. Tłumaczenie dialogów pokrywa się ze sobą. O ile widzę sens w wersji książkowej, bo daje nam doświadczenie biegu wydarzeń z perspektywy pierwszoosobowej, poznajemy emocje bohaterów, a świat malowany słowami wprowadza nas w nowy wymiar historii, to nie bardzo czuję potrzeby posiadania mangi. Najlepszym rozwiązaniem byłoby, gdyby ilustracje z mangi znajdowały się na kartach książki. Spotkałam się jednak z opiniami, że jeśli komuś podobał się film, to lepiej kupić 3 tomy mangi niż light novel. Co człowiek, to opinia, ale ja jednak zauroczyłam się w magii słowa. 

[recenzja] Strażnik Domu Momochi tomy 1-12

Notki pojawiają się ostatnio rzadziej, ale dużo łatwiej jest zrecenzować 1 tomik niż jakąś większą część serii. Tymczasem żeby zmusić się do czytania dłuższych serii poprosiłam o ostatnie wydane tomiki w ramach egzemplarzy recenzenckich - i już nie ma odkładania na później, że kiedyś przeczytam te 11 tomów, które sama kupiłam wcześniej. Ale spokojnie - jedyna seria, z którą jeszcze się tak załatwiłam to "Gwiazda spadająca za dnia", więc niedługo pojawi się więcej notek.


"Momochi-san to Ayakashi Ouji" to manga autorstwa Shouoto Ayi. Serializowana od roku 2013 w magazynie Asuka (Kadokawa Shoten), posiada obecnie 13 tomów i jest kontynuowana. Demograficznie jest to shoujo, gatunkowo zahacza o moce ponadnaturalne - demony i historie związane z japońskim folklorem, romans, tajemnica. Autorka w swoich wypowiedziach twierdzi, że jej bohaterowie sami dokonują wyborów, ona jedynie opowiada ich historie. Często też zaprasza na swojego twittera. Ta obecnie czterdziestoletnia kobieta ma na swoim koncie całkiem sporo mang i doujinów, ale części po kresce zupełnie byście nie poznali - "Barajou Kiss" czy "Aquarian Age: King's Breaker" to zupełnie inna bajka. 


Za wydanie mangi w Polsce odpowiada wydawnictwo Waneko. Pierwszy tomik został wydany w 2015 roku, do tej pory wyszło ich w Polsce 12. Ponieważ tomiki mają około 150 stron, czyli nieco mniej niż statystyczny tomik mangi, zdecydowano się na wydanie powiększone (jak w serii "Jednotomówki Waneko"). Takie wydanie naprawdę dobrze robi temu komiksowi, bo idealnie eksponuje piękne rysunki. Każdy tomik ma aż 4 strony kolorowe na błyszczącym papierze kredowym - strona wstępna (ilustracja lub kolorowa strona komiksu), rozkładówka oraz spis treści, na którym zawsze znajdą się jakieś urocze rysunki demonów. Pozostałe strony wydrukowane są w czerni i bieli na papierze offsetowym. Okładka utrzymana jest w jednym odcieniu, opatrzona jest kolorową obwolutą błyszczącą. Na grzbiecie obwoluty dodana jest miniaturka ilustracji z okładki, na skrzydełkach znajduje się zawsze kilka słów od autorki oraz jakiś chibik/demon.


Szesnastoletnia Himari Momochi nieoczekiwanie otrzymuje w testamencie okazałą posiadłość. Szybko jednak okazuje się, że odziedziczyła znacznie więcej niż zapuszczone domostwo – wiekowy budynek znajduje się bowiem na granicy dwóch światów, a zamieszkują go osobliwi lokatorzy, w tym intrygujący Aoi, który służy jako strażnik domu i skrywa pewną tajemnicę. - Waneko

Początek historii jest całkiem zabawny. Główna bohaterka nagle zostaje właścicielką domu pełnego demonów. Postanawia napędzić stracha demonom, żeby pokazać, że się ich nie boi, bohaterowie przyznają się, że nie mają za co płacić Himari czynszu. Czytając jednak kolejne tomy szybko zauważymy, że historia jest całkiem poważna, przepełniona tęsknotą i smutkiem. Chociaż bohaterka ratująca sytuację swoją szczerością i naiwnością może na początku wydawać się irytująca i dla bohaterów, i dla czytelnika, wkrótce okazuje się, że jest przydatna również z innych względów. Odkrywamy kolejne elementy układanki, kolejne tajemnice przeszłości - najpierw małymi kroczkami poznajemy fakty na temat przeszłości Aoiego - człowieka i demona w jednym. Ponieważ główna fabuła jest w dużej mierze oparta na jego tajemnicy,  to na początku dostajemy jedynie skrawki, które w końcu doprowadzą nas do rozwiązania zagadki. Do tego dochodzą historie o przeszłości shikigami (czyli sług strażnika), nieżyjący rodzice Himari i tajemnice, które skrywa dom. Właśnie w tym kierunku idzie teraz manga - czas odkryć tajemnice domu, postaci Nue czy Kashy, który jest jednym z antagonistów serii. 

Pamiętam, że początkowe reakcje na serię były różne. Pewnie gdybym oceniała mniejszą ilość tomów, albo jeden po drugim to miałabym więcej uwag do fabuły i wątków, ale większość z nich ma sens w tomach kolejnych i tworzy się z tego całkiem spójna całość. Akcja intensywnie rusza do przodu w okolicach 6-7 tomu i nie mogę powiedzieć, żeby zwalniała tempo.


Co wyróżnia "Strażnika Domu Momochi" na tle innych mang? Poza niesamowitą kreską i ilością świetnie skomponowanych rozkładówek nadal mogę wymienić sporo. Po pierwsze - seria jest bardzo melancholijna i nostalgiczna, skupia się właśnie na uczuciach samotności, przynależności, wspomnieniach. Chyba żadna inna nie dała mi ostatnio aż tyle tego rodzaju uczuć. I jeszcze jedna rzecz. Serie, w których główne bohaterki odkrywają nowy świat często założenie polega na odkrywaniu tajemnic i rozwiązywaniu problemów, trochę jak w seriach detektywistycznych. Zazwyczaj wiąże się to z przemieszczaniem po świecie, a przynajmniej po najbliższym mieście - tam, gdzie cię potrzebują. Ale wśród serii detektywistycznych istnieje jeden specyficzny wątek - "zbrodnia w zamkniętym pokoju". Wydaje mi się, że "Strażnik domu Momochi" jest taką historią o zamkniętym domu, tylko w swoim gatunku. Ponieważ główny bohater nie może wyjść ze swojej posiadłości fabuła skupia się na domu i jego mieszkańcach. Nie jest nudno, bo dom znajduje się na pograniczach światów, a poza tym cały czas się rozrasta, ale mimo wszystko fabuła skupia się wokół bohaterów, a nie wokół wątków z zewnątrz. Prawie każdy wątek jest ze sobą związany, a słowa z pierwszych tomów, początkowo niewinne, wracają ze zdwojonym echem w tomach kolejnych i okazuje się, że znaczyły zupełnie coś innego niż czytelnik się spodziewa. Raz na jakiś czas pojawiają się krótsze wątki rozładowujące atmosferę. Poza domem mamy też szkołę, do której chodzi Himari i tutaj też znajdziemy kilka wątków... i to nawet nie pobocznych!
 

Wątek romantyczny między Himari, a Aoim dzieje się właściwie w tle, a nie na głównym planie. Po 9 tomach, kiedy inne ważniejsze wątki udaje się rozwiązać wiemy, że bohaterowie wiedzą, że ich uczucie jest odwzajemniane przez drugą stronę. Właściwie ich wątek "miłosny" jest jednym z zabawniejszych i najbardziej absurdalnych w serii i przez to niektórym ciężko brać resztę mangi całkiem na poważnie. A dla mnie to zabieg celowy - w tym całym kotle potrzeba trochę rozładować atmosferę między bohaterami. Błędem jest myśleć, że mimo wielu przyjemnych dla oka postaci mamy do czynienia z reverse haremówką. Jeśli ktoś taguję tę serię jako harem, to chyba ma na myśli inną postać, bo...większe zainteresowanie wśród demonów posiada Nue, a nie sama Himari. Dopiero w późniejszych tomach autorce przychodzi na myśl, że może przydałaby się chociaż sugestia rywala w kwestii uczuć Himari. W skrócie - wątek romantyczny jest, całkiem konsekwentny, ale nie przeszkadza on rozwijać się fabule. 


Postaci demonów są bardzo różnorodne - niektóre są przerażające, inne całkiem urocze i słodkie, niczym pluszaki. Moje serducho podbiła Kocibabcia. To te pomniejsze demony również sprawiają, że fabuła jest rozładowywana - a to zrobią jakiś kawał, a to napiszą piosenkę o dostaniu kosza, albo uświadamiają Aoiego, że spanie obok kobiety to bezbożnictwo. Kiedy już wydawało mi się, że żaden demon mnie nie zaskoczy, to pojawił się taki, który szukał alkoholu, bo... nie mógł jeść ludzi na trzeźwo. 


Jeśli chodzi o główne postaci to Himari jest osobą, która wprowadza nas w świat i pomaga go nam odkryć - do tego potrzeba pogodnego podejścia, dziecięcej ciekawości i determinacji - i to od niej dostaniemy. Tak jak wspomniałam wcześniej, historia zamyka się w "czterech ścianach", dzięki temu wiele wątków skupia się na tych samych postaciach, ich przeżyciach wewnętrznych i emocjach. Zwłaszcza postać Aoiego wydaje się skomplikowana. To on ukrywa wszystkie tajemnice, to on nie chce ich zdradzać i dlatego seria jest pełna wielu tajemnic. Każda odkryta część układanki okazuje się czymś, co już wiedział, ale zdecydował się nie powiedzieć. Czasem trudno go jednak odczytać z innego powodu - wychowały go demony, z dala od ludzi. Nieraz nacięłam się na własne podejrzenia, że coś kręci, żeby uśpić czujność Himari, a tu okazywało się, że to jego prawdziwa twarz. 



Rysunek naprawdę mi się podoba. Autorka bardzo się rozwinęła porównując ją ze starymi mangami jej autorstwa. Kreska jest lekka, dynamiczna, pełna detali, emocji. Kompozycje na kadrach są obłędne, zwłaszcza rozkładówki powalają na kolana. Tła są szczegółowe, dopracowane, a projekty demonów różnorodne, tak jak wspominałam wcześniej. Rastrów nakładanych jest dużo, w bardzo przemyślany sposób. Postaci tej samej płci i w tym samym wieku na pierwszy rzut oka wydają się do siebie podobne, ale można się przyzwyczaić do kreski i wtedy nie ma problemu z wyłapywaniem drobnych niuansów. Pod względem wieku i płci nie można narzekać na wyraźną różnicę. Chibi, kiedy już się pojawiają, są urocze i rozbrajające, idealnie w punkt. Kolorowe ilustracje to kolejny temat rzeka - zarówno ilustracje w mocnych, jak i pastelowych odcieniach wychodzą autorce świetnie i są bardzo klimatyczne. Poza użyciem koloru świetnie posługuje się teksturami/wzorami. W jednym tomie na końcu jest mały spis ilustracji z magazynu- od razu chce się je zobaczyć w kolorze.


Jeśli chodzi o edycję i tłumaczenie co uważniejsi potrafią wyłapać jakąś niezamienioną onomatopeję w 5 tomie lub poczuć, że niektóre części tłumaczenia brzmią nienaturalnie. A przynajmniej nienaturalnie dla nich. Kiedy zaczęłam wypisywać zdania, które dla mnie brzmiały dziwnie i zapytać was, czy w którejś części polski tak się mówi, tego samego dnia usłyszałam jeden z tych zwrotów w telewizji. Uznałam więc, że nie mnie w tym przypadku oceniać i chociaż czasem tłumaczenie ma swoje wzloty i upadki w sposobie, w jaki mówią bohaterowie, to mangę czyta się naprawdę przyjemnie, a wątki są zrozumiałe. Przypisy są krótkie, pojawiają się z boku na tej samej stronie, gdzie pojawia się słowo wymagające wyjaśnienia. Zazwyczaj dopiski polegają na wytłumaczeniu nazwy demona, albo skąd wziął się dany wierszyk. Akurat w przypadku tej mangi naprawdę szkoda, że są tak krótkie - fajnie byłoby przeczytać jakieś dłuższe objaśnienia historii demonów z japońskiego folkloru z tyłu tomiku. Onomatopeje są przerobione naprawdę fajnie i są dopasowane. 


Uważam, że "Strażnik domu Momochi" to seria niedoceniana. Mi dostarczyła naprawdę dużo jakościowo dobrego materiału, postawiła wyższą poprzeczkę innym seriom z gatunku shoujo. W pierwszym tomie mamy wrażenie, że dostajemy historię wesołą z lekką nutką melancholii, ale w trakcie czytania okazuje się, że dostajemy 50 twarzy samotności z lekką nutką humoru. Mam nadzieję, że manga skończy się w ciągu kilku tomów, bo skoncentrowana na głównych bohaterach i ich tajemnicach fabuła jest mocną stroną komiksu, a dorabianie dodatkowych wątków nie jest jej potrzebne. Naprawdę polecam!

- Copyright © Gekiuma Henshin - Rysunki na blogu moje - Powered by Blogger - Designed by Johanes Djogan -