[recenzja 1/2] Bullet Book - Bądź pięknie zorganizowana

Co tam u was w ten słoneczny piątek? Bo ja niedospana oglądam seriale o japońskich patologach, zastanawiając się czy dinozaury miałyby brwi, gdyby były ludźmi. Recenzja, która dzisiaj wpada na bloga była jeszcze nieplanowana, ale zobaczyłam, że w Empiku "Bullet Book - bądź pięknie zorganizowana" jest na przecenie, więc może mój wpis pomoże się komuś zdecydować.



"Bullet Book - bądź pięknie zorganizowana" to 224-stronicowa książka wydrukowana w czerni i bieli na papierze offsetowym, opatrzona okładką  z  pozłacanymi elementami. Autorem jest David Sinden, a polskim wydawcą Wydawnictwo Insignis. Z innych recenzji na internecie można się dowiedzieć wiele o pustym Bullet Booku i zalety, którym muszę przyznać rację to brak koloru - można go stylizować jak się chce, dopasowywać kolory, zrobić sobie z niego kolorowankę dla dorosłych, albo zostawić wszystko bez koloru. Bardzo podoba mi się, że na każdy miesiąc jest tylko kilka elementów stałych i podawane są nowe zadania - nie ma tej powtarzalności, a jeśli się nie sprawdza na zapas, to można się przyjemnie zaskoczyć :). Warto pamiętać, że do zadań z poprzednich miesięcy zawsze warto wrócić.Kolejna rzecz - książeczka jest świetna zanim zacznie się prowadzić swojego własnoręcznego Bullet Booka, bo można przez rok lepiej zrozumieć, co nam pasuje w planowaniu poprzez zeszyt, a które elementy będą zbędne. Z minusów - ja nigdy nie będę pięknie zorganizowana, bo w moim chaosie jest metoda, która działa od lat i wszystko jakoś ogarniam. nie zawsze działa też na mnie motywacyjny bełkot - fakt, przydają się takie rzeczy w niektóre dni, ale odkąd wróciłam na leczenie medyczne nerwicy/depresji, to poczułam się zupełnie wyzwolona od takich potrzeb. Kolejnym minusem jest stopniowe uzależnianie się od naklejek, taśm, kaligrafii i innych pierdół, których i tak szkoda mi do tego Bullet Booka użyć. Ale kompletnie przepadłam! Zaczęłam troszkę od takiego podsumowania ogólnego, a teraz chciałam wam zaprezentować, w jaki sposób szło mi prowadzenie tego wytworu przez pierwsze 4 miesiące. Drugą część recenzji planuję na listopad 2019, kiedy zakończę swoją przygodę.



Właśnie - zaczynanie w listopadzie, nie patrząc jakie są zadania na kolejne miesiące, to był wielki błąd. No bo serio, monitorowanie jak się odżywiam w grudniu, kiedy są Święta i mam gdzieś ile jem? Are you serious? No chyba nie. Ale sama chciałam. Trzeba było uważniej przyjrzeć się w spis treści.  Oprócz tego, że Bullet Book jest podzielony na miesiące,w których mamy kalendarz, zadania, przemyślenia, miejsce na swoją "Skarbonkę" i Czas dla siebie - strony wypełnione są ciekawymi cytatami, które mogą nas zainspirować. Po miesiącach mamy jeszcze rozpiskę na tygodnie, gdzie mamy główny cel, propozycję jakiegoś zadania i dużo miejsca na rozpisywanie się na dany dzień. Jest trochę instrukcji jak używać danych stron, ale ja nie do końca się do nich stosuje - o na przykład czasem skarbonki używam wedle przeznaczenia - do zbierania "duchowych" skarbów, a czasem po prostu monitoruję ile wydałam. A w kalendarzu zamiast zapisywać ważne eventy, które się mają zdarzyć, czy też planować działania - bardziej trackuje mój humor i liczę sobie czy to już czas na PMS czy nie.



Ogólnie rzecz ujmując - jeśli marzy wam się prowadzenie bullet journala, ale nie wiecie jakie zadania, pytania, pomysły itp. wam się do niego przydadzą - warto kupić tego Bullet Booka, zobaczyć czy cokolwiek ma ręce i nogi, zaadaptować sobie to, co wam się podobało, zapomnieć o tym, co was wnerwiało i od kolejnego roku tworzyć własny zeszyt, a nie gotowca. Ale tak jak mówię, na razie bawię się z tą książką co mam i jestem zadowolona, że mogę sprawdzać co tak naprawdę nie jest dla mnie ważne i jak bardzo mam wywalone na niektóre rzeczy - i dobrze mi z tym. W każdym miesiącu coraz mniej się przykładam do niektórych rzeczy, jak na przykład wypisywanie zadań, które zrobiłam, mam zrobić itp. Jak coś robię - to robię, jak nie, to nie. Może 3-4 obowiązkowe zadania, o których mogłabym zapomnieć wpisuję w listę na dwie strony. A reszta robi się w trakcie życia i nie mam czasu jej wpisywać z dumą, że coś zrobiłam. Czy mi to przeszkadza? Nie. Ale! Zanim wróciłam do leczenia moich stanów lękowych trzymanie się tej rozpiski pomagało mi w samodyscyplinie, bo więcej czasu panikowałam, niż robiłam. Tak, że wszystko zależy od miesiąca, czasu...




Długo się zastanawiałam nad formą tej recenzji i doszłam do wniosku, że poza tymi zdaniami powyżej, w luźny sposób pokażę wam jak uzupełniłam kilka stron. Po prostu - bez recenzowania czy fajnie, czy niefajnie, bo każdy to sobie oceni - pokażę wam kawałek swojego życia i sposób, w jaki ja wykorzystałam przestrzeń zawartą w książce. Na tych zdjęciach powyżej widzicie początkowe miesiące - wtedy mi się jeszcze chciało ogarniać konkrety, a nie bardzo mi sie chciało pisać ładnie i uroczo. Wklejałam naklejki, robiłam duże rozpiski, monitorowałam w specyficzny dla siebie sposób nastrój, bawiłam się z taśmami washi. Na początku zawsze człowiek bardziej próbuje robić to, co mu mówią, żeby zrobić, bo jeszcze sam nie jest pewien, do czego mu to wszystko będzie potrzebne.




Na początku próbowałam bawić się w mood tracking na końcu książki - rzut oka na cały rok, ale rubryka mi się do tego nie przydała - dużo lepiej idzie mi w kalendarzu miesięcznym, który jest radosną twórczością pełną naklejek, ale nadal funkcjonuje, mimo upływu miesięcy.


Tutaj strona z moimi poszukiwaniami, gdzie postanowiłam rzucać hasłami i doprowadzać się do jakichś wniosków - dzięki temu zaplanowałam zakup magnesików na lodówkę dla znajomych, zrobiłam ohydne ciasto  i się poskarżyłam książce, ale potem wszyscy je w domu jedli???


Tak jak wspominałam wcześniej - wprowadzenie diety wypadło na grudzień, więc napisałam najpierw "Panie, święta są!", a potem pod koniec miesiąca, żeby nie było pusto, wkleiłam jakieś stare naklejki z robotami, które doszły do mądrych wniosków - jak coś jest dobre to jedz, a jak ci nie smakuje, to nie wciskaj w siebie na siłę. Czy to nie wspaniała dieta?


Dosyć sporym wyzwaniem okazało się wymyślenie swojego credo - inspirując się poprzednim zadaniem i mądrościami z książki. Doczekałam do końca miesiąca, po czym mnie uderzyło - po co mi jakieś credo, skoro można tam wpisać ending do "Kaizoku Sentai Gokaiger", w którym wymieniane jest pierwsze 35 grup super sentai?! Kiedy to zrobiłam od razu mi jakoś ulżyło na serduchu. Czy to nie wspaniale mieć takie credo, które nic nie wnosi do  filozofii życia, tylko wymienia w dźwięk melodii japońskich power rangersów? Bo ja uważam, że to wspaniałe.


Są takie strony, na które się wraca. Na przykład tutaj wypisałam sobie książki, mangi, anime i seriale, które chciałabym sobie odświeżyć, lub dopiero poznać. I tak co jakiś czas jak nie wiem, co by tu sobie obejrzeć to patrzę na tę listę. Na przykład w zeszłym tygodniu zaczęłam cisnąć "Slam Dunka", a dwa tygodnie temu skończyłam "Unnatural" ;).



Te dwa przykładowe obrazki to miejsce na rozpiskę miesiąca i przykładowa rozpiska tygodnia. W sumie jakoś tak lubię sposób w jaki uzupełniłam te dwie strony - tak trochę pamiętnikowo - nie opisałam za dużo, ale kiedy patrzę na te krótkie komunikaty, to wiem co się ważnego wtedy działo.


Do niektórych stron nie mam serca - i tak na przykład z listą rzeczy, które chciałabym sobie kupić się bardzo gimnastykuję, bo ja mam tak, że dopiero jak coś obejrzę, wymacam, sprawdzę - to wtedy wiem, że tego chcę. Na co dzień brakuje mi wielu rzeczy, ale dopóki nie ukaże mi się ta idealna rzecz - czy to w sklepie, czy na komputerze to sama nie wiem co bym chciała. Dlatego no, ciężko było.


A tutaj przykład strony, która doprowadziła mnie chyba do odwrotnych wniosków, niż miała. Chyba miałam dojść do wniosku, że mój brak kondycji wynika nie ze słabego zdrowia, ale z braku ćwiczeń i miałam się zabrać za siebie. Ale doszłam do wspaniałego wniosku "Jestem leniem i przestanę nim być, kiedy mi się odechce (być leniem". Tak, że no, chyba jestem człowiekiem nie do końca pasującym do systemu.



I na koniec - radosna twórczość na kilku stronach - jak widać im dalej w las, tym więcej luzu. Wiem, wiem, to dzikie pół recenzji nie jest tak konkretne, jak recenzje mang, które czasem wam podrzucam. Chciałam jednak pokazać wam, że nawet takiemu ułomowi organizacyjnemu jak ja książka może się przydać do tego, żeby ostatecznie wyluzować z tym ogarnianiem się i planowaniem. Czasem to lubię, ale wolę mieć kartkę, na której napiszę co mam zrobić i wyrzucą do kosza, kiedy to zrobię. niemniej jednak muszę przyznać, że książka jest dla mnie póki co niezłym pamiętnikiem, a patrzenie na strony wstecz pokazuje, że ile bym się nie namyślała nad jakimś zadaniem to zawsze najprzyjemniej jest wymyśleć na daną stronę coś totalnie bez sensu. 

Czy Dziub Dziub widział Gekiumę?

Co ta Otai se gdzieś polazła? Nie dość, że nie pisuje już notek na bloga, to jeszcze przestała komentować? Phi! Aż tu nagle... powraca. A bo każdemu należny się przerwa. A bo po tym jak wpadłam na pomysł, żeby założyć instagrama  na blogaska okazało się, że social media mnie przerastają i muszę sobie zrobić odpoczynek. I że w sumie najlepiej to mi tutaj, na blogu, bez żadnych dodatkowych ozdobników, i jeśli miałabym się zajmować jeszcze social mediami to chyba bym zwariowała.


I tak odkąd wymyśliłam, że to już wiosna i pasuje wstać z łóżka jak Mumin i połazić trochę jak Włóczykij, chodzi mi po głowie jedna piosenka "A kto widział Dziub Dziuba? Jak wygląda Dziub Dziub?Komu w końcu się uda odpowiedzieć jak z nut?Czy to fruwa czy lata? Czy ma dzioba czy dziób?Czy ktoś widział Dziub Dziuba? Gdzie się schował Dziub Dziub?". Myślę, że tak właśnie się czuli ludzie, którzy nie obserwują mnie na twitterze i nagle zaginęłam w internetach. Ale już wracam, mam 4 notki rozpoczęte od lutego, zdjęcia do każdych porobione, nic tylko pisać, czytać te mangi i w ogóle! Blogger co prawda robi się bardzo retro i powinnam zostać jakimś mangowym influencerem czy youtuberem, no i mało kto będzie mnie czytał, ale w sumie ja też jestem trochę taka retro, a statystyczny fan mangi jest pewnie teraz o połowę lat ode mnie młodszy, więc co mi szkodzi. Poza tym złapałam fazę na retro - poluje na retro artbooki jak mam pieniążki, dodaje sobie do planów retro anime, a w gruncie rzeczy to oglądam j-dramy i wpadam chińskie piekło. Z retro zakupów oprócz artbooków udało mi się kupić też polskie wydanie "Ringa". Za to mangi... nie kupiłam żadnej od listopada! MASAKRA! A tyle cudownych rzeczy wyszło. Ale kiedyś zarobię i wydam na te mangi, na razie musiałam trochę pieniądza rzucić w Chińczyków oraz w różne rzeczy związane z klejeniem, wycinaniem i ładnym pisaniem. Za to dawno nic nie narysowałam, chociaż udało mi się stworzyć rysunek do darmowego projektu Mo Dao Zushi, który można zobaczyć w całości tutaj. Mój mały wkład wygląda tak:


To by było na tyle, myślę, że niedługo pojawi się kolejna notka... Po prostu nie chciałam, żebyście padli na zawał, kiedy nagle pojawi się jakaś recenzja lub inna notka :D. Pewnie nie uda mi się skomentować waszych starych notek, które opuściłam, ale jeśli napisaliście coś wyjątkowo ciekawego od 1 lutego to dajcie znać, zajrzę do danej notki!

[recenzja] Helena Wiktoria - tom 1 - Szlajfki

Tyyyle miałam przeczytać na urlopie, tyyyyle zrecenzować, a mam wrażenie, że kompletnie mi to nie idzie - zwłaszcza czytanie. Na szczęście recenzowaną dziś pozycję czytało się szybko, lekko i przyjemnie, dlatego mogę napisać kolejną recenzję.


"Helena Wiktoria" to komiks, który opublikowany po angielsku został na stronie tapastic pierwszy raz w 2017 roku. Za jego wydanie tomikowe odpowiedzialne jest wydawnictwo Studio JG, które tomik wypuściło we wrześniu 2018. Autorka komiksu, Katarzyna Witerscheim, znana również pod pseudonimami Panna N. oraz Nibilondiel, to polska ilustratorka urodzona w 1988 roku w Katowicach. Na części stron internetowych podpisana jest nie tylko jako ilustrator, ale także jako "game master". Brała udział w wielu antologiach komiksowych wydawnictwach zbiorczych, które Gildia oraz  Aleja Komiksu wymieniają od 2007 roku. Popularność przyniosły jej między innymi komiks "Konstanty wraca do domu", w którym ukazywane były problemy współczesnego wtedy społeczeństwa (2010/2011). Z twórczością autorki można zapoznać się dzięki jej stronie internetowej. Z wymienionych tam prjektów sporą popularnością cieszy się komiks internetowy "Slavonica", a o "instagramowym eksperymencie" jej autorstwa napisały w 2017 "Wysokie Obcasy". Studio  JG na okładce tomiku nadmienia również, że autorka miała okazję współpracować z takimi scenarzystkami jak Kelly Thompson i Magdalene Visaggio przy komiksach „Jem and the Holograms" i „Sex Death Revolution". Można ją też kojarzyć z serii rysunków księżniczek Disneya we współczesnym świecie oraz z projektu Świeżaków w formie ludzi, które swego czasu podbijały internet.


Wydanie Studia JG posiada twardą okładkę bez obwoluty.  Jest rozmiaru B5 (większe niż zeszyt ;)), a wszystkie strony wydrukowane są na papierze offsetowym. Można powiedzieć, że strony wydrukowane są w kolorze - ponieważ większość kadrów ma elementy różu na ustach i policzkach - reszta elementów jest czarno-biała. Zastanawia mnie jak bardzo te pojedyncze kolorowe elementy na każdej stronie wpływają na cenę tomiku, bo przy self-publishingu nawet jeden kolorowy element jest liczony tak, jakby cała strona była w full kolorze. Ale to sobie mogę tylko gdybać z ciekawości.  Rozmiar jest świetnie dobrany i wyjątkowo fajnie eksponuje ten komiks. Podtytułowe "Szlajfki" w podtytule tomiku to wstążki w gwarze śląskiej.

Bytom, 1875 r. Po śmierci Stanisława Krolla ogromny majątek trafia w ręce jego ośmioletniej siostrzenicy, Heleny Wiktorii Kocik. Mimo sprzeciwów rodziny, w tym żony zmarłego, testamentu nie da się podważyć - huty, kopalnie i ziemie przechodzą w ręce dziewczynki. Wkrótce po pogrzebie Helena Wiktoria wyjeżdża z rodzicami w podróż po Europie. Po dziesięciu latach wraca do kraju jako dziedziczka fortuny, a zarazem idealna kandydatka na żonę dla każdego arystokraty pragnącego ratować upadający majątek. Jednak w sercu Heleny rodzą się ambicje daleko wykraczające poza korzystny mariaż – chce godnie zastąpić zmarłego wuja w zarządzaniu majątkiem. Mimo dezaprobaty krewnych odnawia też znajomość z Arturem – ubogim studentem nauk medycznych, a zarazem jej najdroższym przyjacielem z dzieciństwa. Czy w obliczu intryg i spisków wśród najbliższych dziewczyna zdoła wywalczyć dla siebie przyszłość, jakiej pragnie? - Studio JG

Historia w komiksie jest luźno oparta na historii śląskiego Kopciuszka Joanny Schaffgotsch. Właściwie na tyle luźno, że zgadza się na razie tylko to, że Helena odziedziczyła fortunę po zmarłym wuju za młodu, a jej rodzina spiskuje w mniejszym lub większym stopniu, żeby ją odebrać. Ile się będzie zgadzać dalej? Nie wiadomo, może nic, może więcej niż się spodziewamy ;)? Na razie fabuła dopiero została zarysowana i zaczęła się ledwo rozkręcać. Helena wydaje mi się ze wszystkich postaci najbardziej enigmatyczną - widziana oczami innych bohaterów wydaje się być pociągającą młodą kobietą, lubi się ze swoją służbą, w listach do kolegi opisuje jak kto był ubrany na przyjęciach i chciałaby podjąć się zarządzania majątkiem swojego wuja. To niby dużo informacji, ale w pewien sposób inne postacie są bardziej odsłaniane jeśli chodzi o ich charakter. Artur - przyjaciel z dzieciństwa, wydaje się być nie do końca zadowolony z tego, że musi się pojawiać w wyższych sferach i chyba sam nie wie, czy jest nią romantycznie zainteresowany, czy nie. Niewątpliwie jest dobrym człowiekiem, który chciałby udzielać jakiegoś jej jakiegoś wsparcia, ale chyba na razie woli swoje studenckie spokojne życie, gdzie w ukryciu może sobie zapalić papieroska, albo pójść do domu uciech niż wycieczkę na salony i marzenia o niemożliwym. Z dwóch służących na razie bardziej wyróżnia się Brygida, zaczytana w odcinkowych romansach z gazet i marząca o wielkiej miłości ponad kasty społeczne. Nie jest to zupełnie mój typ postaci, ale nakręca trochę gdybanie o romansach. Do tego mamy starsze pokolenie - nie wszyscy są do końca źli, czy do końca dobrzy i każdy ukrywa jakąś swoją opowieść. W drugiej części tomu pojawiają się dla mnie najbardziej interesujące do tej pory postacie - rodzina Scholzów. Rodzina z długami, ale dysponująca szlacheckim tytułem hrabi oraz długami zostawionymi przez zmarłych rodziców. Rodzina Heleny snuje plan, aby zeswatać starszego z żyjących synów - Konstantego - z Heleną, w zamian za spłatę długów. Wtedy ona miałaby odpowiedni tytuł, on spokój z rodzinnymi problemami, a oni dostaliby od niego pozwolenie na dalsze dysponowanie majątkiem. Sam Konstanty wydaje się być przeciążony całą tą sytuacją i swoim życiem - chociaż "ma odpowiednie wykształcenie, widział świat", to ma za sobą również nieszczęśliwą miłość do mężczyzny. Młodszy z braci, Florian, na razie sobie po prostu jest, ale no nie wiem, bije od niego taka aura, że jeszcze sporo wniesie do drugoplanowej fabuły. Tomik kończy się  cliffhangerem - wypadek w kopalni zarządzanej przez rodzinę Heleny może wiele zmienić.


Opowieść prezentowana jest głównie za pomocą komiksu, ale częściowo również jako korespondencja między Heleną, a Arturem. Kadrowanie opiera się na pionach i poziomach - kadry są dużo bardziej ściśnięte w komiksie niż w wersji webtoonowej (oczywista oczywistość) i fajnie, że wszystko zostało tak dobrze dostosowane do tego, żeby lepiej czytało się w druku. Edycja/typesetting są bardzo przyjemne, czcionki zostały fajnie dobrane, wszystko dobrze się komponuje. Dialogi i listy napisane są bardzo naturalnym językiem, z kilkoma wtrąceniami po śląsku.


Jeśli chodzi o kreskę to poza tym, że jest niewątpliwie profesjonalna, to podobają mi się te "naleciałości" ze stylu mangowego w kresce autorki. Komiks dodatkowo stylizowany jest na mangi typu shoujo, wszystkie te rumieńce, blaski, utrzymanie większości w czerni i bieli, rastrowanie, lekkość ruchów... To wszystko pasuje do tego typu historii. Bardzo podoba mi się zróżnicowanie grubości kreski, wykorzystanie czerni i konturowanie przywodzące na myśl nieco art noveau. Przy tej całej lekkości, komiksowi nie brakuje szczegółowych ubrań, teł, zabawy perspektywą, teł, wypracowanej anatomii.


Na pewno sięgnę po kolejny tom tego komiksu - lubię ten typ, a kreska mi odpowiada. Bardzo mnie cieszy, że polskie webtoony lądują na moich półkach w wersji drukowanej, a fandom budzi się z iluzji, że nie mamy zbyt wielu polskich rysowników tworzących tego typu komiksu. Może kiedyś nasz rynek będzie taki jak w Niemczech, a pojawienie się rysowników na konwencie będzie równie ważne jak obecnie pojawienie się cosplayera.... Się rozmarzyłam ;). 

[recenzja] Oko Horusa - tom 1

Witajcie w kolejnej notce! To kolejna notka z typu  "Czas nadgonić trochę pisania recenzji". Ostatnio jak zwykle jestem zajęta tym, żeby zrobić coś ze sobą i się ogarnąć i jak zwykle mi nie wychodzi.


"Aoi Horus no Hitomi - Dansou no Joou no Monogatari" to manga skierowana do widowni seinen, gatunek - historyczna. Rozpoczęta w 2014 roku na łamach magazynu Harta (wydanictwo Enterbain) obecnie posiada 5 tomów i jest kontynyowana. Autorka mangi, Inudou Chie, urodzona w 1985 roku, odpowiedzialna jest jeszcze za takie mangi jak "Ao to Groundworker" oraz "Mikimotoke no Shokutaku".


W Polsce 1 tom mangi został wydany przez Studio JG we wrześniu 2018 roku pod tytułem "Oko Horusa - Kobieta, która została faraonem". Polski tytuł mangi pomija słowo "niebieskie" w tytule głównym, dzięki czemu logo zyskało na wyrazie. Logotyp jest dla mnie idealny. Samo wydanie należy do tych ekskluzywnych i idealnie pasuje do tego tytułu. Rozmiar A5, okładka twarda, w odcieniach szarości, opatrzona tytułem i ornamentami. Na niej matowa obwoluta z błyszczącym lakierem wybranym - bardzo podoba mi się również projekt grzbietu. Na skrzydełkach obwoluty znajdują się hieroglify.  Znajdują się one również na wyklejce łączącej twardą oprawę z wkładem i wygląda to cudownie. Druk jest mocny i wyrazisty - wszystkie strony wydrukowane ą na papierze offsetowym. Za tłumaczenie odpowiada Paulina Ślusarczyk-Bryła, która jak zwykle odwala kawał dobrej roboty, nie tylko w samym tomiku, ale również i w posłowiu, w którym przybliża nam nieco zarys historyczny mangi. Onomatopeje, teksty w dymkach, dobór czcionek - to wszystko również mi zagrało.

Hatszepsut już jako dziewczynka odwagą przewyższała wielu mężczyzn - pragnęła podbijać obce kraje i sprawiedliwie władać państwem. Nieustraszonej księżniczce przypomniano jednak, że kobietom nie wolno ani rządzić, ani walczyć. Nie godzi się im nawet myśleć o podobnych sprawach. Gdy więc przyszło jej stać się żoną władcy Egiptu, postanowiła, że nie pozostanie bierna, ale będzie królową jakiej jeszcze świat nie widział. Oto historia pięknej i mądrej Hatszepsut - kobiety, która została faraonem.
Na razie mam mieszane uczucia, bo w tym tomiku jest tyle samo rzeczy, które fabularnie mi się podoba i tyle samo, mnie irytuje. Wszystkie te wątki faktycznie tworzą jedną spójną całość, ale czytanie o tym, że kobieta musi polegać na swoim pięknie mimo tego, że jest inteligentna i silna jest frustrujące. Tak samo jak patrzenie na jej pożal-się-Horusie męża/brata. Takie czasy - wiadomo, że nie mogło być inaczej, ale mnie po prostu nosi, jak widzę takie rzeczy. Manga wywiera emocje. Na plus jest właśnie to, że główna bohaterka silną kobietą jest, i że mamy tutaj historię bazowaną na zarysach czegoś, co działo się naprawdę. Ale mam wrażenie, że w pierwszym tomie dostałam za mało  głównej bohaterki, a za dużo jej oblechowego męża - palanta i jego nałożnic. Ogólnie nie poczułam jeszcze do końca żadnej postaci, bardziej odniosłam wrażenie, że dostaje różne wydarzenia w przyspieszonym tempie niż wczuwam się w samą historię. Zobaczymy jak będzie dalej - w końcu to pierwszy tom. Na razie jednak to było dla mnie za mało, żeby ocenić czy w porównaniu do tytułów Kaoru Mori, które uwielbiam, ten wypada podobnie, czy jednak czegoś mu brakuje. Muszę poznać tę historię trochę lepiej. 


Wiadomo, że częściowo manga jest fikcją, ale fakt, że oparta jest na wydarzeniach historycznych trochę wydaje się ją ograniczać. Jest to dobry tytuł, ale na razie nie do końca czuję, żeby podczas czytania wszystko wpadło na swoje miejsce i uznałabym "To jest to!" - a tego właśnie się spodziewałam po tej historii. Ale zobaczymy co będzie dalej, bo pierwszy tom to w sumie zaślubiny, śmierć rodziców, wspomnienia z dzieciństwa, przedstawienie ustroju oraz kilku bohaterów, którzy w przyszłości będą mieć jakieś znaczenie. Dostajemy również dodatek "Zapytaj Anubisa", w którym autorka rozrysowuje nam kilka ciekawostek dotyczących starożytnego Egiptu i jego wierzeń.


Pierwszą rzeczą, którą chcę napisać o kresce jest graficzne przedstawienie postaci. Od każdej z nich bije jakaś energia, zwłaszcza z twarzy, ale mam wrażenie, że i z całego stylu bycia. Od razu widać, którego bohatera można darzyć wstrętem, a którego nie ;). Kreska jest mocna, wyrazista, pełna kontrastów. Anatomia dobra, kobiety mają bardziej "mangowe" rysy niż mężczyźni, którzy pod tym względem bardziej zbliżają się do semi-realizmu. Cieniowanie stosowane jest zarówno w formie czerni i bieli, jak i rastrów.. Pociągnięcia kreski są bardzo mocne. Co do teł, ubrań, biżuterii, architektury - wszystko jest na najwyższym poziomie - dopracowane i przestudiowane. Kadrowanie opiera się na pionach i poziomach, mamy jednak dużo zróżnicowanych kadrów pod względem dynamiki czy perspektywy.



Jak dalej potoczy się moja przygoda z tą serią? Zobaczymy. Na razie mam wrażenie, że jeden tom to za mało. Z drugiej strony jednak manga historyczna i wydanie są bardzo na plus. Dlatego pewnie powinniście chociaż na chwilę się wokół tego tytułu zakręcić.

- Copyright © Gekiuma Henshin - Rysunki na blogu moje - Powered by Blogger - Designed by Johanes Djogan -