Ta strona korzysta z ciasteczek, jeśli się z tym nie zgadzasz zamknij bloga lub wyrzuć komputer przez okno.

[recenzja] Wilczyca i czarny książę - tom 1

Kiedy byłam jeszcze małym otajem, w telwizorni leciał sobie serial animowany "Czarodziejka z Księżyca", nie jestem pewna czy kojarzycie. W każdym razie główna bohaterka była tam nieco nieogarnięta, nie do końca powalała swoim IQ, ale była bardzo pogodna i żywiołowa, świetnie radziła sobie też w sytuacjach podbramkowych. W kreskówce był i on - wredny, tajemniczy, inteligentny, który ciętym językiem przerzucał się z główną bohaterką małymi złośliwościami. A potem odzyskał pamięć i z serii na serie stawał się coraz bardziej ciepłą kluchą, taką okropnie rozlazłą, a jego rola sprowadziła się w pewnym momencie do tego, że był najsłabszym ogniwem, którego wykorzystywali wrogowie, żeby manipulować i wabić główną bohaterkę w pułapkę. Od tamtego czasu bardzo cenię sobie serie, w których twórcy potrafią zachować stałość charakterów pokazując jednocześnie, w jaki sposób młody człowiek dojrzewa do pewnych uczuć i decyzji nie zmieniając osobowości. I jedną z takich historii postanowiło wydać w Polsce wydawnictwo Waneko.



"Ookami Shoujo to Kuroo Ouji", po polsku tłumaczona jako "Wilczyca i Czarny Książę" to nie opowieść o wilku i mrocznym czarnowłosym młodzieńcu w koronie na głowie, a 16-tomowa manga shoujo z elementami okruchów życia. Manga w Japonii wychodziła od roku 2011 do roku 2016, doczekała się filmu aktorskiego oraz serialu anime (jak dla mnie obydwie adaptacje jakieś bez szału są). Mangę stworzyła Ayuko Hatta, która przed tym tytułem wydała tylko 2 jednotomówki, a "WiCK" stał się jej pierwszą dłuższą serią. W Polsce 1 tom mangi wyszedł w styczniu 2017 roku, a obecnie wydane są już 3. Manga została wydana w formacie 175mm x 116mm, kolorowych stron brak, druk offsetowy, okładka z obwolutą ze skrzydełkami.

Erika Shinohara to uczennica 1 klasy liceum, która lubi się popisywać. Chwali się wspaniałym chłopakiem i opowiada o swoich miłosnych przygodach, a tak naprawdę przez całe 16 lat życia nigdy nikogo nie miała… Aby jej kłamstwa nie wyszły na jaw, robi zdjęcie przystojniakowi na ulicy i przedstawia go koleżankom jako swojego ukochanego. Okazuje się jednak, że nieznajomy chodzi do tej szkoły i wydaje się niezbyt sympatyczny… Wykorzystuje sekret Eriki i robi z niej swojego ,,pieska”.
Niektórych od serii może odstraszyć opis. Dziewczynę traktować jak psa? Takiego na posyłki? Cóż za okropny ten facet, psychiczne to wszystko! Kto to kupuje?! Pojawia się milion pytań, które zapominają o jednym - część ludzkości kiedy słyszy "pies" myśli "najlepszy przyjaciel człowieka". Główny bohater stara się sprowadzić główną bohaterkę do roli "psa" podświadomie porównując ją do swojego starego dobrego kumpla, zwierzęcia, które w odróżnieniu od ludzi nigdy go nie skrzywdziło. Mnie samą bardziej na początku osłabiło to, że mamy do czynienia z bohaterką, która nie potrafi się wyplątać z własnego kłamstwa i wciąga w to ludzi, ale od czegoś każdą historię trzeba zacząć.


Pierwszy tom mangi przedstawia nam bohaterów w swojej początkowej wersji - każde z nich ma swój charakter, ale są oni pod wieloma względami kompletnie niedojrzali. Główna bohaterka, która kłamie po to, żeby przypodobać się koleżankom oraz ukrywający się pod grą pozorów sfrustrowany i niezbyt wrażliwy samotnik. Jeśli po przeczytaniu tego tomiku martwicie się czy jest to do strawienia - mogę wam powiedzieć, że przez całą mangę będą dorastać, podejmować różne decyzje, a w końcu zobaczymy z kim i w jaki sposób wejdą w dorosłość. W 1 tomie można się również przekonać o tym, że mamy całkiem sporą galerię bohaterów drugoplanowych, a to dopiero początek. Każdy z nich otrzyma swoje poboczne historie, smutne i szczęśliwe chwile. Nawet jeśli na początku będą nas denerwować swoim zachowaniem - oni w końcu też zderzą się z decyzjami, które pozwolą im dorosnąć i sprawią, że czytelnik polubi ich bardziej. Chyba dlatego właśnie ucieszyłam się, że ta manga będzie wychodziła w Polsce. Nie można powiedzieć, że manga nie zniechęca niektórych ludzi - fajnie udostępnia się na facebooku posty o tym, jacy ludzie są głupi i jak się nienawidzi ludzkości, dodając do tego całą litanię wulgaryzmów, ale widzieć takiego człowieka stosującego się do tych zasad w mandze już niektórych boli. 


Kreska serii strasznie mi się podoba. Ma w sobie coś oldschoolowego, ale i dużo świeżości. To idealne połączenie dla mnie, bo czasem tęskni mi się do takich bardziej oldschoolowych tytułów jeśli chodzi o kreskę, ale jestem równie słaba, jeśli chodzi o lekką falę świeżości. Projekty postaci są świetnie zrealizowane, zróżnicowane pod względem mimiki, dokładnie rysowanych fryzur czy stylu ubierania. Poza projektem i detalami pasuje mi też zróżnicowanie rastrowania, teł, cieniowanie rastrami, dynamiczne pozy, kadrowanie na śliczne twarze rodem z shoujo też mi odpowiada. 



Klejenie tomiku denerwuje tylko przy ostatnich stronach, poza tym bardzo dobrze się czyta. Jeśli chodzi o tłumaczenie 1 tomu chyba nic nie rzuciło mi się specjalnie w oczy - nie miałam jakiegoś "wow, jakie świetne tłumaczenie!" ani "jaka beznadzieja".Po prostu czytałam i nic mi nie przeszkodziło w lekturze. Jest kilka takich onomatopei w stylu "Jebs", ale jakie czasy takie onomatopeje... San-chan została zmieniona na Sanuś, co w sumie pasuje do oszukiwania, że jest ona chłopakiem głównej bohaterki, bo brzmi tak bezpłciowo ;) - z Sancią pewnie łatwiej wszystko by wypłynęło na jaw. Typesetting, onomatopeje itp. wydawały mi się całkiem zróżnicowane. Prawda jest taka, że tomik przeczytałam w lutym i mogę nie pamiętać wszystkich swoich odczuć, ale wydaje mi się, że były one umiarkowane.


Dla kogo ta seria? Na pewno nie dla ludzi, którzy chcieliby mieć fajnych i przyjemnych bohaterów, do których od razu się przywiązują i przeżywają ich perypetie. Na pewno nie dla tych, którzy chcą fabularnie czegoś nowego - nie ma szans, żeby Japończycy tak łatwo zamienili Walentynki na święto ugniatania kapusty nogami. Powiedziałabym, że jest to seria dla ludzi, którzy lubią lektury, w których czas sprawia, że bohaterowie dojrzewają. Którzy ściskając ostatni tom lubią powiedzieć "moje dzieci tak dorosły"!

Wesołej Wielkanocy + plany, plany, plany


Tak sobie ostatnio myślę, że jeśli dla Boga moje życie jest mrugnięciem oka, to siedem dni to bardzo dużo w naszym pojęciu czasu. Im bardziej zagłębiam się w tematy naukowe, tym bardziej odnajduję i rozumiem istotę swojej wiary. Myślę, że Wielkanoc to taki czas, kiedy mam okazję powiedzieć o tym otwarcie. Wam natomiast chciałabym życzyć, żebyście zawsze potrafili znaleźć radość i ukojenie w takich prostych rzeczach, jak wasze hobby na przykład. I żeby udało się wam nie zagubić w dzisiejszym świecie.


Tymczasem chciałabym wam przedstawić jaki mam plan na bloga przez najbliższe kilka miesięcy, bo wiem, że ostatnio nie za wiele się wypowiadam w tej kwestii, dlatego wykorzystam tę notkę z życzeniami do wyjaśnienia (między innymi sobie ;)) planu na kolejne miesiące w kwestii prowadzenia bloga.

1. Żadnych recenzji light novelek, chyba że mnie jakaś do recenzji zainspiruje wyjątkowo. Za dużego notko-blocka dostaję po napisaniu takiej recenzji, a poza tym jak na razie podobały mi się tylko 2 LN, które czytałam.

2. Maksymalnie 12 recenzji tomików recenzenckich od wydawnictw na rok, dodatkowo daję sobie czas 12 miesięcy na ich zrecenzowanie. Na początku myślałam, żeby w ogóle z nich zrezygnować, ale czasem przychodzą propozycje na zasadzie "Twoje recenzje są konkretne, napisz o naszym tytule" i ja się wtedy czuję taka doceniona i w ogóle, więc szkoda rezygnować z tego uczucia. Obecnie posiadam 3 tomiki do recenzji na ten rok ("Wilczyca i Czarny Książę" tom 1, "Bungou Stray Dogs" tom 1, "Log Horizon" tom 2) i zamierzam się z nich wywiązać do końca lipca. Nie będę oszukiwać, ten rok jest dla mnie pod różnymi względami przełomowy, więc chcę sobie dać czas.

3. Koniec z rozpisywaniem "mojej mangowej kolekcji", nie dam rady prowadzić rozpiski tego co mam, ile tomów mam, dlaczego je mam itp. Zżera to za dużo czasu i leży mi na sumieniu.

4. Żadnego miesięcznika/dwutygodnika fana i żadnych comiesięcznych stosików! Od teraz te notki będą nazywać się "Niecodziennik fana" i będą wtedy jak mi się zachcę, o. Co może się sprawdzić bardzo dobrze i będzie wychodziło nawet bardziej regularnie niż te regularniki.

5. Wasze notki postaram się nadrabiać przynajmniej raz w miesiącu!

6. Tyle na razie starczy... byle do wakacji hahaha ;).

Miesięcznik fana #2/2017

5 marca zaczął lecieć drugi miesiąc bez żadnej notki. Nawet nie zorientowałam się, że  minęło tyle czasu. Przez ten czas nie tylko zapuściłam się w pisaniu bloga, ale również w oglądaniu anime i dram, a nawet czytaniu i kupowaniu mang. Pomyślcie sobie, że na Gildii uzbierało mi się do kupienia produktów na szalone pieniądze, a dodatkowo przy jednej mandze skończyła się przecena. Nadszedł dla mnie prostu taki czas, gdzie najważniejsze sprawy załatwiałam przez komórkę i starałam się nie odpalać komputera. Głupio mi teraz do was wracać jak ten Otaj marnotrawny, ale naprawdę potrzebowałam tej przerwy. Będę potrzebowała jeszcze trochę czasu, żeby sobie kilka rzeczy na spokojnie poukładać, a przede wszystkim zrozumieć. Postaram się dziś nadrobić jak najwięcej nieprzeczytanych notek i odpowiedzieć na jak najwięcej komentarzy. A potem miejmy nadzieję blog już ruszy z kopyta, mam 3 recenzje zaległe i gdzieś tam czuję oddech wydawców na swoim karku. 

Jeśli chodzi o sprawy fandomowe to... Miesiąc temu zainstalowałam Netflixa, bo wiecie, mimo wszystko chciałam coś sobie obejrzeć i w ten sposób wpadłam w trans oglądania. Próbuję obejrzeć większość japońskich produkcji live action, żeby zrobić potem notkę o tym, co polecam na Netflixie. Obejrzałam też "Serię Niefortunnych Zdarzeń" i 4 sezony "Orange is the New Black". Totalnie wpadłam w programy edukacyjne o artystach i kosmosie. Nadrobiłam znane filmy w stylu "Wielki Gatsby" czy "Strażnicy Marzeń". Czasem trzeba odpocząć od mango i animo najwidoczniej i dla mnie nadszedł czas, żeby od nich na chwilę odskoczyć.

Chociaż marzec u mnie skupiał się na pracy, pracy, chorowaniu i pracy i nie zauważyłam jak minął, to w lutym intensywnie starałam się poprawić swój nastrój różnymi wypadami, to tu, to tam. I może na tym się skupię w tej notce.


Przez przypadek poszukując ramenu w Krakowie trafiłyśmy ze znajomymi do lokalu wegetariańskiego i wegańskiego "Pod Norenami", gdzie w menu mięso dawane jest w cudzysłowie (w stylu: ramen z "wołowiną") ponieważ tak naprawdę mięsem nie jest, a jedynie jest tak stylizowane. W ten sposób jadłam wołowinę, która była grzybami, składniki były pyszne, bardzo świeże, delikatne, a porcja dla mnie na tamtą chwilę za duża (teraz bym już pewnie zjadła całość :)). Lokal bardzo elegancki, przyjemny i muszę tam jeszcze wrócić! Nie ma to jak przypadkowe odkrycie.


W Urara Sushi i Shabu Shabu w Krakowie pojawiłam się 2 razy. Pierwszy raz dzień przed wyjazdem do Krakowa znalazłam informację o przecenie -50% na składniki shabu shabu dnia następnego i tam się wybraliśmy z Akym, z którym nie widziałam się milion lat. Shabu shabu to taki hot pot, czyli garnek z wywarem (podzielony na 2 części - ostry i łagodny bulion), który dzięki ustawieniu na kuchence elektrycznej wmontowanej w stół może być cały czas podgrzewany i wrzuca się do niego poszczególne składniki do gotowania, a potem wyławia. Tutaj można zobaczyć jakie dodatki oferują. Zakochałam się w tym daniu "na żywo", a nie tylko w serialach, bo to jedna z takich potraw, które mogę jeść bez obawy o mój żołądek.


Kolejnym miejscem było odwiedzenie "Okiem i brzuchem" w Katowicach, gdzie zamówiłam coś, co nazywało się "okoramen". Nie wiem, czy było to ramenem, ale udon w tej zupie o smaku curry był naprawdę dobry. Nie była to może taka miłość jak do tego ramenu "Pod Norenami", ale i cena była o połowę niższa.




A tutaj tylko dowód na to, że nie jadam samych azjatyckich i pseudo-azjatyckich potraw, ale czasem zdarzy mi się zjeść coś innego.


Udało mi się spełnić też 1 z malutkich marzeń, poszłam na koncert Lindsey Stirling w Krakowie i jestem oczarowana jej występami na żywo. Jeśli kiedyś jeszcze raz się tu pojawi to zamierzam wrócić.

Wiem, że ta notka to więcej zdjęć niż gadania, ale od czegoś trzeba zacząć powrót. Do zobaczenia!

[recenzja] Toradora! light novel - tom 1

Hej ho! Dzisiaj napiszę wam krótką recenzję light novel przeczytanej przeze mnie w listopadzie, którą miałam zrecenzować w listopadzie. Taaak. No, ale jednak jak nie wisi nad tobą egzemplarz recenzencki to po przeczytaniu odkładasz książkę na półkę i... nic się nie dzieje. Dzisiaj jednak zebrałam się w sobie i może uda mi się napisać cokolwiek! 

O "Toradorze" słyszałam nie raz i nie dwa, ale nigdy mnie do niej specjalnie nie ciągnęło. Pewnego pięknego dnia weszłam na twittera, gdzie znajoma fanka shojo wspomniała, że właśnie obejrzała anime i zaskakująco się jej podobało chociaż nie był to romans shojo. Wtedy jakoś zapaliła mi się w głowie lampka "O! Trzeba zapamiętać, że to jednak tytuł do sprawdzenia". Niedługo później Studio JG zapowiedziało wydanie light novel z serii, a przecież zawsze najlepiej zacząć od pierwowzoru. Na początku nad tytułem wisiało jakieś fatum - najpierw jedna tłumaczka zrezygnowała w trakcie z powodów osobistych i książka trafiła w ręce innej tłumaczki, która i tak już miała pełne ręce roboty. Zdążyłam o tytule zupełnie zapomnieć do momentu, w którym trafiłam na konferencje tłumaczy na Magnificon EXPO. Na tej konferencji tłumaczka opowiadała o swoich wątpliwościach jak np. przetłumaczyć japońskie przepisy, skoro ma być coś dla biedaka, a w Polsce takie składniki kosztowałyby miliony. Dobrze się tego słuchało, a przy okazji przypomniałam sobie o istnieniu tego tytułu. Po powrocie do domu użyłam punktów lojalnościowych na Yatta i zamówiłam... całą serię, bo w ten sposób opłacało się najbardziej.


Wersja książkowa "Toradory" posiada 10 tomów (62 rozdziały). Oryginalnie publikowana od 2006 do 2009 roku historia doczekała się wersji mangowej i animowanej oraz nowelkowego spin-offa pod tytułem "Toradora! Spin-off". W 2007 roku zdobyła nagrodę najlepszej light novel w kategorii komedia romantyczna. Autorem książki jest Yuyuko Takemiya. Poza "Toradorą!" polski czytelnik może kojarzyć ją z mangi "Golden Time", która to powstała na podstawie innej  książki autorki. Autorem ilustracji jest Yasu, o którego projektach można poczytać chociażby na MALu. Gatunkowo mamy tu do czynienia z szkolną komedią romantyczną. Demograficznie podaje się, że jest to tytuł skierowany do męskiej części publiczności.


1 tom light novel "TORADORA!" wydania Studia JG ujrzał światło dzienne w sierpniu 2016 roku i składają się na niego 2 tomy wersji japońskiej. Okładkowa cena tej cegły to 39,99. Posłowie kończy się na 393 stronie. Tomik oprawiony jest w matową okładkę z błyszczącym lakierem wybranym na  ilustracjach. wydanie posiada skrzydełka. Na okładce znajdują się ilustracje z pierwszego tomiku. Przednia część okładki tomiku drugiego pojawia się jako kolorowa strona dzieląca tomik na 2 części. W sumie wewnątrz tomiku znajduje się 16 stron kolorowych na kredowym papierze błyszczącym. Pozostała część tomiku została wydrukowana na papierze ekologicznym. Klejenie tomiku jest bardzo dobre, widać je jedynie przy ostatniej stronie ze stopką redakcyjną. Wielkość tomiku przypomina typową mangę, grubość nie przeszkadzała mi w czytaniu. Troszkę wygięłam tylko tylna część okładki, ale nie jestem w stanie określić czy to kwestia grubości czy moich umiejętności czytania. 
Kwiecień. Płatki wiśni tańczą na wietrze. Nowa klasa. Ryuuji Takasu, zwykły chłopak pokarany przez los wzrokiem mordercy spotyka niziutką, niepozorną Taigę Aisakę, która okazuje się postrachem całej szkoły, krwiożerczym Tycim Tygrysem. Życie Ryuujiego zmienia się raz na zawsze, gdy przez przypadek poznaje sekret dziewczyny. Tak rozpoczyna się ich wspólna walka o zdobycie serc swoich ukochanych. Problem w tym, że zawsze pogodna, lecz trochę dziwna Minori Kushieda i wzorowy uczeń Yuusaku Kitamura nie stanowią najłatwiejszych celów w tej miłosnej kampanii! - Studio JG

Jeśli mam być szczera to jeśli cokolwiek powinno powstrzymać was przed kupnem "Toradory!", to nie cena, wydanie, tłumaczenie, a właśnie tematyka. Nie każdy lubi szkolne komedie romantyczne. Według mnie dodatkowo my Polacy po prostu nie przywykliśmy do wynaturzonych sytuacji rodem z mangi/anime opisanych na kartkach książki. Zanim jednak powiecie "O nie, już wiem, że to nie dla mnie!" powiem tylko, że mnie osobiście podczas czytania w ogóle to nie przeszkadzało.Szkolna komedia romantyczna szkolnej komedii eimantycznej nierówna. Fabularnie może nie jest to zabierająca dech w piersiach i nieprzewidywalna historia - a wręcz przeciwnie, ale jest na tyle przyjemnie napisana, że wolę ją od wielu innych light novel, które trzymałam w rękach.


Myślę, że tym, co sprawia, że "Toradorę!!" czyta się dobrze jest kreacja głównego bohatera. Unikany przez większość osób ze swojego otoczenia ze względu na swój wygląd, lecz wplątany we wszystkie główne wydarzenia w serii. Sam nie do końca wierzy w te wszystkie przerysowane sytuacje, które się wokół niego dzieją, ale podejmuje próbę ich ogarnięcia mimo bycia zwykłym chłopakiem o nie do końca zwykłym wyglądzie. Jeśli chodzi o pozostałe postacie to w ciągu tych 2w1 tomów oprócz Takasu żadna nie była w stanie mnie do siebie przekonać. Większość z nich ma barwne charaktery, ale poznajemy je stopniowo wraz z głównym bohaterem. Owszem, podoba mi się, że poznajemy historię z perspektywy jednego bohatera (czasem nie będzie to Takasu), bo w ten sposób pojawia się w tej historii jakaś nutka tajemnicy - nie wiedząc, co dana postać naprawdę myśli nie będziemy do końca wiedzieli co stanie się później. Możemy zgadywać tylko na podstawie znajomości mangi/anime lub postawić na typowy schemat zachowania bohaterów w tego typu historiach. Fakt, że z tego powodu nie jestem w stanie do końca zrozumieć czy polubić kolejnych postaci, ale i tak podoba mi się to z perspektywy czytelnika.


Zanim zaczęły pojawiać się u nas na rynku oficjalne wydania light novel miałam okazję rzucić okiem na 3 (o tematyce BL) w których ilustracje były naprawdę bardzo dokładne. Niesłusznie wyrobiłam sobie wtedy zdanie, że ilustracje książkowe są dokładniejsze niż w mangach, bo jest ich niewiele i musi być efekt wow. Im więcej trafia w moje ręce wydanych na naszym rodzimym rynku tytułów, tym bardziej się przekonuje, że nie ma jednej reguły. Ilustracje w "Toradorze!" to kolejne zaskoczenie z serii ilustracji prostych, niedbałych i szkicowych, Nie jestem ich fanką, a jedyną postacią, która podoba mi się z samej twarzy jest główny bohater. Może dlatego też sięgam po wersję tekstową "Toradory!", a nie rysunkową. Czy wam podobają się te ilustracje musicie ocenić sami.

Jeśli chodzi o tłumaczenie tomiku to naprawdę mi się ono podobało pod względem płynności czytania. Wydawało mi się ono przyjemne, naturalne, a sama książka napisana nie najgorzej - taka lekka literaturka. Nie byłabym sobą, gdybym przed tą częścią nie zrobiła w internecie researchu na temat tłumaczenia, by móc jakieś argumenty obalić lub potwierdzić, bo tak mi po prostu łatwiej. Po pierwsze naturalność języka, którym mówią bohaterzy. Chyba już kiedyś wspominałam to przy okazji tej samej tłumaczki, ale do mnie jej teksty trafiają. Ja wiem, że kiedy nagle między całkiem normalnymi zdaniami nagle wyskakuje hasło "I po ptokach!" niektórzy mogą zejść na zawał, ja tymczasem przytulam tomik do bezcyca, bo zaczynam czuć się swojsko. Ktoś inny zarzucił językowi młodzieżowemu brzmienie sztucznie jakby był z "Trudnych spraw" lub serialu "Szkoła". Pracuję z młodzieżą 5 dni w tygodniu. W ciągu tych 5 dni przewija mi się przed oczami około 400 dzieciaków. I rzeczywiście są grupy, które nie mówią w ten sposób, ale znaczna część przenosi na swój język to, co zasłyszą w telewizji lub internecie. Dlatego słuchając tego co mówią i porównując to do bohaterów "Toradory!" nie mogę nie powiedzieć "Tak właśnie jest!". Do czego dążę? A do tego, że uważam tłumaczenie tomiku za profesjonalne, luźne na tyle, na ile może być, a przede wszystkim dobrze mi się je czytało. A co do sposobu przetłumaczenia przepisu - w końcu nie obyło się bez przypisów - został nam prawdziwy przepis plus informacja, że nie jest to za droga potrawa na japońskie realia.

Tutaj zazwyczaj pojawia się podsumowanie czy według mnie warto kupić tomik i dla kogo jest książka. Na pewno "Log Horizona" z zaszczytnego pierwszego miejsca ten tytuł nie strącił, ale mogłabym pomyśleć nad uplasowaniem "Toradory!" na drugim. I tak zainwestowałam w całą serię, więc nie ma sensu też sobie gdybać na temat tego, czy będę kupować dalej. Dla kogo? Dla osób, które znają i akceptują tematykę serii, bo o jakość wydania według mnie nie ma się co bać.

P.S. Wiem, że miały być 2 recenzje w tym tygodniu, ale wypadły mi sprawy zdrowotne. ;). Przypominam też o fanpejdżu bloga, na którym daje znać, że żyję. 

- Copyright © Gekiuma Henshin - Rysunki na blogu moje - Powered by Blogger - Designed by Johanes Djogan -