Ta strona korzysta z ciasteczek.
Jeśli się z tym nie zgadzasz zamknij bloga lub wyrzuć komputer przez okno.

[recenzja] Mother's Spirit

Jakiś czas temu na moim blogu miałam nalot jedenastolatków. W ten oto sposób postanowiłam pozbyć się wszelakiej maści notek o komiksach z gatunku boys love - powodów było wiele. Ot chociażby taki, że jeśli coś jest dla dojrzałego czytelnika to oznacza, że jest dla dojrzałego czytelnika, a ja jakoś nie mam zamiaru brać udziału w nawracaniu najmłodszych na gatunek, do którego potrzeba mieć już odrobinę dojrzałości. Niemniej jednak nalot ten się skończył, a mi do łapek dostał się egzemplarz recenzencki polskiego wydania znajomej mi mangi autorstwa Enzo - "Mother's Spirit". Jako, że recenzuję komiks oznaczony informacja "dla dojrzałego czytelnika" to mam nadzieję, że tylko tacy czytelnicy, jeśli nie mentalnie, to chociaż wiekowo, rzucą okiem na tę recenzję.


"Mother's Spirit" to manga jednotomowa z gatunku boys love, który to charakteryzuje się tym, że autorki w mniej lub bardziej luźny sposób podchodzą do przedstawienia wątków romansowych męsko-męskich. Wydana w Japonii w 2014 roku przez wydawnictwo Tokuma Shoten manga doczekała się w roku 2017 polskiego wydania, za które odpowiedzialne jest Studio JG. (Wiem, że ostatnio sporo recenzji od nich, ale w pierwszej połowie roku zaszaleli z nowościami, które obiecałam zrecenzować, a z których odgrzebać się nie mogę). Enzo - autorka komiksu - jest w Japonii znana właściwie tylko z tego gatunku, a jej inne mangi takie jak "Sayonara, Itoshi no My Friend " czy "Kawaisa Amatte Nanika ga Hyakubai" obiły mi się wcześniej o uszy (a nawet oczy). Enzo jest dosyć dojrzałą autorką i ta dojrzałość przebija się przez jej tytuły, nawet kiedy mamy do czynienia z przednią komedią.


Polskie wydanie ma rozmiar standardowy, okładkę z błyszczącą obwoluta. Projekt obwoluty jest bardzo fajny i pasuje do ślicznie narysowanych ilustracji, gdzie elementy ozdobne nawiązują do art noveau. Na okładce pod obwolutą znajdują się krótkie historyjki - jedna z nich opowiada o genezie powstania mangi i zgadzam się z autorką - rysowanie czarnych włosów z cieniowaniem to nieziemska mordęga. Polskie wydanie posiada 2 kolorowe strony na błyszczącym papierze kredowym - znajduje się na nich ilustracja oraz spis treści. Pozostałe strony to druk w czerni i bieli na papierze offsetowym.


Tak jak mówi nam opis z tyłu obwoluty - mamy pracownika dziekanatu, który jako jedyny pracownik uczelni jest samotnie mieszkającym singlem. Zostaje on wyznaczony do opieki nad studentem specjalnej troski - przyszłym wodzem, bo rektor uniwersytetu wpadł na pomysł pokazania plemieniu Ruta jak wygląda cywilizacja i nauczyć ich jak komunikować się ze światem zewnętrznym.


Oprócz przyzwoitego wątku boys love dostajemy w komiksie przede wszystkim zabawną komedie, która mogłaby śmieszyć nawet bez wątku romantycznego. Absurdy życia codziennego z wielkim człowiekiem z buszu, który stara się bardzo zrozumieć nasz świat, ale polowanie na krokodyle jest dużo mniej straszne niż jazda samochodem - to naprawdę wdzięczny temat na historię. komiks pozwala się przede wszystkim zrelaksować i oderwać od codzienności. Autorka pojechała z fantazją, ale czemu nie? Taki nieprawdopodobny wręcz wątek osadzony w naszym uniwersum w tym przypadku się sprawdza. Mamy tutaj tematykę szoku kulturowego, studenta z wymiany, międzyrasową parę (byliby popularni na instagramie), barierę językową, wymierające plemię i wątek starszego uke z młodszym seme.


Nie obyło się co prawda bez hasła w stylu "Ci obcokrajowcy to za bardzo się kleją", ale autorka uniknęła przynajmniej stereotypu w stylu "dla obcokrajowców całowanie się to forma powitania" czyniąc z pocałunku naprawdę ważny gest w stronę drugiej osoby. A od pocałunku przejdźmy sobie do...


Z okazji dzisiejszej recenzji powinniście o mnie wiedzieć dwie rzeczy:
Po pierwsze - sceny seksu w romansach uważam za pewnego rodzaju klamrę zamykającą lub otwierającą rozdział w życiu bohaterów. Nie muszę nawet widzieć tych scen dosłownie, właściwie to w większości przypadków są to dla mnie niepotrzebne wstawki, które sprawiają, że elementy erotyczne zahaczają o soft porn (a czasem nawet i dalej). Tutaj akurat mamy sceny bardziej rozwinięte niż "przed - po", ale jest ich na tyle mało i na tyle umiejscowione w odpowiednich momentach, że i ja jestem w miarę zadowolona, i ktoś kto lubi "momęty" też nie może narzekać na ich brak. Chyba. Nie jest to moja najulubieńsza część boys love, ale tutaj właśnie w pewien sposób zamyka pewne wydarzenia. Jak widać na obrazkach wyżej mamy nawet kilka rozmów i uzasadnień na tematy seksualne, co dla mnie wychodzi na plus, bo sprowadzanie wszystkiego do dzikich instynktów nie zawsze musi mieć swój urok. Autorce udało się wątek romansu bardzo zgrabnie wpleść w fabułę, dodatkowo bohaterowie potrafią ze sobą rozmawiać na temat tego, co się dzieje i dlaczego.
Po drugie - czy wątek romansowy jest dobry (o ile manga nie skupia się głownie na odkrywaniu swojej orientacji tak jak np. "After School Nightmare") oceniam po swoim wyobrażeniu w jaki sposób wyglądałaby ta manga w formie boys love, girls love czy boy x girl love. I powiem wam, że jestem w stanie sobie wyobrazić przeniesienie tego wątku na jakąkolwiek inną formę i byłaby tak samo spójna i zabawna. Tak, ze ja daję temu tytułowi otajową pieczątkę jakości romansowej. Nie mam takiej, ale jakiś fan mógłby mi taką zrobić i przysłać gołębiem pocztowym.




Jeśli chodzi o tłumaczenie jest ono całkiem przyjemne i zabawne. Tłumaczka miała pole do popisu, bo nie dość, że mamy tu do czynienia z przednią komedią, to trzeba było przedstawić problem bariery językowej i stopniową naukę języka. To smutne, że mimo starań i sporej inteligencji głównemu bohaterowi ta nauka szła gorzej niż innym... Dla mnie wszystkie wypowiedzi bohaterów brzmiały fajnie, można było się zaśmiać nie raz. Na początku bałam się w jaki sposób wyjdzie to całe tłumaczenie, ale jestem naprawdę zadowolona.


Typesetting i edycja są bardzo fajne, onomatopeje są odpowiednio zróżnicowane, brzmią jak potrzeba, wyglądają jak potrzeba - widać, że było z nimi trochę roboty, ale efekt końcowy jest naprawdę porządny. Jedyne co mi się przytrafiło w tym wydaniu to błędy w druku przy dialogach - w jakichś 2-3 miejscach zanikają one tak, jak na powyższym zdjęciu.




Na koniec zostawiłam sobie kreskę, która jak wiadomo w dużej mierze jest kwestią gustu i po to własnie zarzucam was zdjęciami. Z mojej perspektywy estetycznie bardzo mi się podoba - bohaterowie wyglądają i na swój wiek i na swój charakter. Różnią się między sobą: studentki, pracownicy dziekanatu czy ludzie z plemienia Ruta - każdy jest sobą, a nie tylko częścią tłumów. Nawet obcokrajowcy na lotnisku są obcokrajowcami na lotnisku, a nie zwykłym tłumem! Widać też różnice w narodowościach - plemię Ruta ma zdecydowanie mniejsze oczy, większy nos, pełniejsze usta  i jest bardziej postawny niż przeciętny japoński pracownik dziekanatu.
Proporcje tez mi siadają, bliżej im do semirealizmu niż do moe i słodyczy- takie coś mi odpowiada. Autorka działa grubością kreski, bardzo ją różnicuje, cieniowanie rastrami przeplata się z cieniowaniem liniami. Jest w tym stylu rysowania tuszem jakiś powiew old schoolu. Autorka bardzo dba nie tylko o detale postaci, ale tez o elementy tła - zauważcie, że przy łóżku bohatera zawsze pojawia się komórka podpięta do ładowania. Takie małe detale poprawiają jakość czytania.

Komu polecam tę mangę - ludziom, którzy nie boja się gatunku, z którym mamy do czynienia. Tym, którzy mają dystans do tego co czytają i lubią pośmiać się przy krótkiej i przyjemnej komedii. Jeśli ktoś chce zacząć swoja przygodę z BLami to nic nie stoi na przeszkodzie, żeby zacząć od czegoś nieco absurdalnego, ale naprawdę przyjemnego jak "Mother's Spirit". 

[recenzja] Reset (jednotomówka)

Jeśli śledzicie tego bloga uważnie, to wiecie, ze jestem fanką japońskiego kina live action. I według mnie ludzie, którzy nie lubią tego kina są osobami, które:
a) zafiksowały się na punkcie tego, że inna estetyka gry aktorskiej jest lepsza (dla mnie np. estetyka amerykańska gry aktorskiej jest częściej mniej akceptowalna od tej, jaką prezentują sobą japońscy aktorzy),
b) obejrzeli 10 filmów na krzyż, a jak obejrzysz 10 filmów na krzyż i akurat wszystkie są kiepskie to przecież nie może być przypadek, bo filmów japońskich istnieje na pewno tylko 100, więc to już 1/10 całości,
c) okazuje się, że ich ulubiona seria ma sens tylko jako fikcja literacka, a film live action uwydatnia wszystkie jej wady,
d) po prostu mieli pecha.
Gdyby ktoś nie zauważył odpowiedź b była nieco ironiczna. Wspominam o tym dlatego, że w dzisiejszym tytule będę nawiązywała do filmów live action japońskich i będzie to w moich ustach komplement.


"Reset" to manga z 2005 roku. Narysowana została przez Tetsuyę Tsutsui, który znany jest polskiemu czytelnikowi z wcześniejszej twórczości autora "Duds Hunt" oraz późniejszej twórczości autora z 3-tomowej mangi "Phropecy". Sama historii Gazeciarza nie czytałam, ale odliczam godziny do obejrzenia filmu live action, który już na mnie czeka (ta obsada- Ikuta Toma ❤, Toda Erika ❤), bo przeczytanie "Reset" przekonało mnie, że ten autor pisze świetne scenariusze pod filmy aktorskie. Wróćmy jednak do mangi. Jest to jednotomówka wydana przez Square Enix (2005), za polskie wydanie odpowiedzialne jest Studio JG (2017).


Tomik w polskiej wersji jest wydany w formacie standardowym, posiada błyszczącą obwolutę i czarno-białą okładkę. Kolorystyka i projekt obwoluty nawiązują do oryginalnego projektu. Jeżeli rozłożymy obwolutę to zobaczymy stojąca na tle budynku główną bohaterkę i dłoń, która przykłada do skroni pistolet. Rysunek wykadrowany jest tak, ze dopóki nie otworzymy i nie przeczytamy tomiku możemy się domyślać, czy to ona sama przykłada sobie pistolet do głowy (oczywista interpretacja zważywszy na jej przybita minę), czy może to jednak czyjaś ręka przystawia jej pistolet do głowy. Logo, imię i nazwisko autora i opis fabuły są napisane kolorem magenty. Pod obwolutą znajduje się czarna okładka z białymi napisami, która strasznie chwyta wilgoć - choćbym nie wiem jak myła i osuszała palce to ślady po nich i tak tam zostawiały. Mam wrażenie, że po bokach okładki laminowanie zaczyna się odklejać jak np. w przypadku mang Yumegari, kiedy po latach ściąga się z nich obwolutę, ale może to być kwestia mojego przewrażliwienia, w końcu nic takiego się tam nie stało (jeszcze). W środku manga jest wydana na białym papierze offsetowym i nie posiada żadnych kolorowych stron.


W mieście zaczyna dochodzić do serii samobójstw. Okoliczności tych zdarzeń wydają się jednak bardzo podejrzane, gdyż wszystkie ofiary mieszkały na tym samym osiedlu. Przed śmiercią zarejestrowali się do gry komputerowej zwanej „Dystopia”, w której zabija się swoich sąsiadów. Przecież cyfrowa śmierć nie dzieje się naprawdę, czyż nie? Ale gdy gra zaczyna zbytnio naśladować rzeczywistość uczucia takie jak złość, nienawiść, czy okrucieństwo stają się bardzo realne. Ktoś świetnie się bawi, mieszając ludziom w głowach. A gdy doprowadza do tego, że ich życie nie ma już sensu, jedyną słuszną odpowiedzią wydaje się być – reset. 

Takim oto opisem raczy nas Studio JG ogłaszając nowość. I dobrze robi, bo największym zgrzytem dla mnie jest opis z tyłu okładki tomiku. Może ja nie chce mieć podanego wszystkiego na tacy i nie chcę od razu wiedzieć dla kogo pracuje postać? W tomiku mamy napisane z przymrużeniem oka, że nasz haker wykonuje "prace społeczne", a w opisie z tyłu tomiku mamy opisane czarno na bia..., a przepraszam, różowo na białym, kto kolesia przysłał.
Grupa docelowa mangi to seinen, gatunkowo mamy tu do czynienia z historią psychologiczną z dozą science-fiction. Na obwolucie mamy wspomniane, że jest to komiks dla dojrzałego czytelnika i rzeczywiście nie polecałabym tego komiksu osobom niepełnoletnim. O ile jeszcze samobójstwa na tysiąc sposobów, brutalność świata, znudzenie się życiem czy znęcanie się nad kolegami jeszcze jestem w stanie wcisnąć jakiemuś dzieciakowi pod pretekstem "patrz jaką sieczkę z mózgu potrafią zrobić gry komputerowe", tak już scena gwałtu pozbawia mnie tej możliwości zupełnie.



Sama fabuła jest świetnie skonstruowana jak na jednotomówkę. Mamy mocny początek, interesujące rozwinięcie i porządne zakończenie nie zostawiające wątpliwości w jaki sposób zakończyła się ta sprawa. Przekaz jest jasny, daje do myślenia i pozostawia niepokój - w końcu manga porusza poważny problem uzależnienia od brutalnych gier komputerowych i ich wpływ na naszą psychikę - zwłaszcza jeśli ktoś chciałby nas poprzez grę wykorzystać. Możemy zobaczyć osoby, które się pogrążyły i nigdy nie wyszły z uzależnienia, wybierając śmierć, ale możemy zobaczyć także osoby, które potrafiły się podnieść z tego wszystkiego. Wystarczył jeden wątek poboczny z pozytywnym zakończeniem, żeby manga stała się nieco bardziej optymistyczna i żebyśmy życzyli powodzenia panu nauczycielowi z ideałami.

Postacie są tu bardzo dobrze zarysowane - podpadają pod pewne stereotypy, ale dzięki temu człowiek (a przynajmniej człowiek obyty z różnymi typowo japońskimi postawami w mangach / serialach / filmach) jest w stanie sobie łatwiej wyobrazić całokształt osobowości bohatera. Mamy tutaj na przykład:
-  nauczyciela z ideałami, którego życiowym celem jest niesienie pomocy swoim uczniom, 
-bohaterkę, która wybrała męża na grupowej randce typu speed dating, bo był ustatkowany i dużo zarabiał  i została kurą domową, 
- złego hikikomori, który szuka zemsty za traumę z przeszłości,
- młodego hakera-geniusza, lekkoducha objętego nadzorem policyjnym, 
- ucznia bez opieki rodziców, który wciąga się w świat gier komputerowych.
Wszystko brzmi trochę znajomo, ale na takiej bazie autor potrafił stworzyć wiarygodne i interesujące postaci i pociągnąć fabułę. Nie wiem czy to dzięki temu, czy dzięki dosyć realistycznie przedstawiającej wygląd kresce, byłam w stanie sobie od razu wyobrazić, że byłby z tego świetny film live action i gdzieś w głowie od razu mogłam dobrać sobie aktorów czy miejsca do konkretnych postaci czy scen.


Kreska jest naprawdę bardzo dobra, autor wykorzystuje różne rodzaje perspektywy, stara się oddawać postacie dosyć realistycznie, przez co łatwo odczytać ich charakter czy różnice wieku. Tła również są szczegółowe i autor świetnie działa cieniowaniem - zwłaszcza tym kreską. Nawet części komputera czy broń są świetnie odwzorowane.

Tłumaczenie po prostu dobrze mi się czytało, nie wyczułam żadnych zgrzytów. Onomatopeje są zróżnicowane, typesetting dobry. Jedyną smutną rzeczą, które się temu wydaniu przytrafiło są przebijające strony - nie takie, że widać rysunki ze strony poprzedniej, ale na niektórych stronach z ciemniejszych cześć strony przebijają na drugą drobne czarne kropki, przez co tworzy się "szum".


Poleciłabym tę mangę każdemu dojrzalszemu czytelnikowi, warto ją przeczytać chociaż raz. Jest to według mnie jedna z lepszych jednotomówek, które wyszły na polskim rynku, zwłaszcza pod względem tego ile osobowości i fabuły udało się zawrzeć w jednym tomiku. Jak dla mnie nie za dużo i nie za mało. Autorowi udało się znaleźć złoty środek w tej kwestii. Ja sama jestem bardzo zadowolona z lektury i mile zaskoczona.

P.S. 19.07.2017 Jak już wspominałam, planowałam recenzję "Manhole" od tego autora, ale przerósł mnie temat pasożytów w ludzkim ciele. Niestety za bardzo wychodzi on poza strefę mojego komfortu, dlatego nie sadzę, żebym była w stanie napisać czegokolwiek na temat tej mangi.

Niecodziennik fana 3/2017 + Anime meme - dni 1-10

Ta notka miała się pojawić już jakiś czas temu, ale strzeliło mi coś w szyi i tym oto sposobem zostałam na parę ładnych dni unieruchomiona w łóżku. Jak nie urok to... Pozwólcie jednak, że przejdę do sedna. :).

Troszkę na tym blogu pozmieniałam, są to zmiany kosmetyczne, ale jednak... Pierwsza sprawa to stworzenie i umieszczenie na dole bloga linka do instagrama z moimi szkicami. Już od jakiegoś czasu nie publikuję i nie piszę o swoich rysunkach, więc uznałam, że wypadałoby to zmienić i tak oto powstał instagram, który moje bazgroły eksponuje. Dodatek ten pojawił się w miejsce moich twittów, które w sumie nadal możecie bezpośrednio obserwować na twitterze, do którego link wrzuciłam z prawej strony.

Giveaway na moim fanpage
Tymczasem na moim fanpejczyku na facebooku postanowiłam urządzić giveawaya i rozdać 3 magazyny, których nawet nie czytałam (dostałam je w ramach przeprosin za opóźnienie wysyłki na Yatta) oraz ocha-tomo z Gou z anime "Free!". Ochatomo to takie urocze drobne figurki siedzące na szklaneczkach. 

Na facebooku podjęłam się też wyzwania, w którym odpowiadam na pytania o anime. Co 10 odpowiedzi postanowiłam je zbierać i wstawiać w jedną notkę. Udało mi się odpowiedzieć już na 11 pytań (może dzisiaj odpowiem na 12 :)), więc nic nie stoi na przeszkodzie, żeby wstawić tu odpowiedzi do pierwszej dziesiątki. 

30 dni z anime - dzień 1
TWOJE NAJPIERWSIEJSZE ANIME
Już jako małe 5-letnie bobo oglądałam chętniej te specyficznie rysowane bajki. Nie mogłam sobie jednak przypomnieć co było pierwsze - "Tajemnicze złote miasta" czy może "Sara mała księżniczka". No, ale w dzisiejszych czasach dysponując ciocią wikipedią mogłam sprawdzić, że obydywie serie emitowane były w 1992 roku, tylko "Sara" rozpoczęła emisję troszkę wcześniej. Och jak się na to czekało i przeżywało! Kiedy inne bajki zamykały swoje historie w 1 odcinku tutaj głupio było cokolwiek opuścić, bo a nóż widelec pojawi się jakiś plottwist.


30 dni z anime - Dzień 2
NAJLEPSZE ANIME JAKIE DO TEJ PORY OBEJRZAŁAM
Na szczęście "One Piece", "Chihayafuru" i "Yowamushi Pedal" to serie trwające i nie mogę powiedzieć, że obejrzałam je do końca. No, ale dalej się jakoś nie mogę zdecydować, które anime wybrać. W końcu wybrałam 4 serie, które w sumie w jakiś sposób są do siebie podobne. "Sakamichi no Apollon" czyli "Wzgórze Apolla" to anime, które po latach przerwy sprawiło, że wróciłam do oglądania japońskich animacji. Trochę historii, trochę okruchów życia, muzyka Yoko Kanno i satysfakcjonująca końcówka. "Honey and Clover" wciągałam na studiach, więc efekt był jeszcze większy - w końcu bohaterowie studiowali to samo co ja. Mimo wielu radosnych i pozytywnych chwil to chyba jeszcze cięższa opowieść o dorastaniu niż "Wzgórze". "Shouwa Genroku Rakugo Shinju" też nosi te same charakterystyczne cechy co poprzednicy - porusza kwestię ówczesnej rzeczywistości, opowiada o pewnym rodzaju sztuki, zagląda w głąb człowieka, dekadentyzm wali drzwiami i oknami. I ważne jest i w przypadku "Honey and Clover" i "Rakugo" żeby obejrzeć wszystkie sezony dla pełnego obrazu. Ostatnie anime to "Samurai Champloo". Wiem, że większość osób stawia bardziej na "Cowboy Bebopa" tego autora, ale mnie jednak ta seria bardziej chwyciła za serducho jako całość.


30 dni z anime - dzień 3
ULUBIONY BOHATER ANIME

Toudou Jinpachi z Yowamushi Pedal jest jedyny w swoim rodzaju. Jest bohaterem silnym, pełnym emocji, a przede wszystkim postacią bardzo motywującą do działania i taką, którą każdy może interpretować sam. A to wszystko bez tragicznego backstory! Toudou po prostu jest, cieszy się, płacze, ma swoje obsesje i najgorsze w tym wszystkim jest to, że nie potrafię długo się rozpisywać na temat swoich ulubionych postaci, bo one po prostu najwspanialsze są.


30 dni z anime
DZIEŃ 5 - ANIME KTÓRE CI SIĘ PODOBAŁO LECZ WSTYD CI ZA TO
Wiecie, Puni Puni Poemi może być śmieszną parodią ryjącą czachę na jeden raz, ale ja będąc te 15+ lat temu mogłam oglądać to anime bez przerwy. I chociaż do "Excel Sagi" przyznam się dumnie wypinając pierś, to PPP to zdecydowanie za dużo na teraźniejszość.

30 dni z anime
DZIEŃ 6 - Anime, którego nie widziałeś, ale planujesz zobaczyć.
Kolejność przypadkowa:
Fune wo Amu - zaczynam anime po słownikach zaraz jak skończę Rakugo. Wszystko, w czym maczała palce ta autorka jest na mojej liście do obejrzenia!
Idolish 7 - jak wspominałam w mojej ostatniej notce - moja ulubiona gra idolowa zostanie zekranizowana jako anime i mam nadzieję , że twórcy się popiszą, bo gra jest świetna pod względem postaci, plottwistów fabularnych, designu (Arina Tanemura) i piosenek
Ristorante Paradiso - trzeba docenić zanimowane josei, bo nie jest ich zbyt wiele
Boku no Hero Academia - ciągnie mnie do tych słodkich pyśków za każdym razem, kiedy widzę arty do tego
Saint Young Men - mam trochę dystansu do własnej religii, więc myślę, że będę się na tym zacnie bawić, zwłaszcza po zobaczeniu gdzieś w internetach sceny w saunie
Kimi no Nawa - uwielbiam "Zen Zen Zense" RADWIMPS, dlatego muszę obejrzeć film, do którego ta piosenka została nagrana 
Bakemono no Ko - już od trailera ciągnie mnie do tego, żeby ten film obejrzeć
Usagi Drop - przy josei wiem przynajmniej, że nie rzucam słów na wiatr i kiedyś je obejrzę...
Castlevania - będzie na Netflixie, więc pewnie rzucę okiem na 1 odcinek.

Póki co udało mi się odhaczyć z listy "Kimi no Na wa" i bardzo mi się ta kinówka spodobała. Dodatkowo klimat pomogła budować okropna nawałnica przechodząca przez moją wieś, kiedy oglądałam drugą połowę filmu.

30 dni z anime
DZIEŃ 7 - twój crush z anime

Niezmiennie od 17 lat mam jednego i tego samego crusha z anime - Tsuzuki Asato z "Yami no Matsuei". Zabawna, a jednocześnie poważna i profesjonalna postać. Walczy z depresją nawet po swojej własnej śmierci. Jest miły i sympatyczny dla innych i ma piękne fioletowe oczy, których sam chyba do końca nie lubi. Uwielbiam go! Serniczek!


30 dni z anime
DZIEŃ 8 - Ulubiona para z anime

W sumie tak nie wiedziałam kogo wybrać, póki nie dotarło do mnie, że niekoniecznie musi to być para w sensie romantycznym. Może to być para pirackich kamratów, którzy działają sobie na nerwy, ale tworzą duet, który genialnie się ogląda. Zawsze czekam na sceny z tą dwójką!


30 dni z anime
DZIEŃ 10 - ULUBIONY ZŁOCZYŃCA

Digimon Kreiser - w sumie to jego wątek sprawił, że wpadłam w Digimony. Zło lubi atakować od środka, dlatego uderzyło w cierpienie dobrego i przyjaznego kolesia powoli przejmując kontrolę nad nim i nad światem digimonów. Z zapartym tchem oglądało się tą wewnętrzną walkę.



Na koniec notki chciałam was zaprosić do sali WTF Azja na nadchodzący konwent Ryucon w Krakowie, w której to sali jestem koordynatorem i prowadzę kilka atrakcji. Przy okazji zapraszam tez na stronę WTF Azja.


P.S. U Burraku pojawiła się notka o 4 tomach Zerowej Marii i Pustego Pudełka. Oddałam jej swoje tomiki do przeczytania, bo mnie lektura 3 tomu pokonała. Sprawdźcie, czy nie pokonała i jej :)

[recenzja] Log Horizon light novel - tom 2

 Jakiś czas temu recenzowałam 1 tom light novel "Log Horizon". Wydanie miało swoje wady i zalety, ale w końcu stało się tak, że Studio JG za głosem fanów poprawiło kilka rzeczy i poczułam się w obowiązku napisać kilka słów o tomie drugim. Przy pierwszym tomiku opisałam już mniej więcej autorów, jakość wydania, projekt, więc w tym przypadku recenzja będzie trochę krótsza. Nadal bardzo podoba mi się projekt stron pod względem numeracji i uważam, że projekt całości jest naprawdę przemyślany i staranny. Dla mnie to raj dla oczu widzieć tak dopracowane graficznie drobne elementy. Kolor okładki ze skrzydełkami 2 tomu wpada w odcienie miętowe (nie wiem czy zauważyliście np. po layoucie mojego bloga, że lubię takie odcienie). Postacie narysowane są w odcieniach szarości - tym razem główną rolę na okładce grają bliźniaki - początkujący gracze, których historia sprawi, że Shiroe podejmie wiele poważnych decyzji i będzie je uskuteczniał przez cały tomik. Podtytuł tomiku to "Rycerze Kamelotu".


Jak można zauważyć na tym zdjęciu recenzje sponsoruje moja firanka rzucająca cień na zdjęcia, oraz łapa kota, która uskuteczniała swoje "Jak śmiesz robić fotki?!". Na zdjęciu widzimy też kolorowe rozkładówki, których w pierwszym tomie nie było. Drugi tom nadrabia umieszczając w tomiku rozkładówkę z tomu pierwszego, na której znajdują się sceneria Akiby oraz kluczowa scena zachodu słońca, o której wadze wspominałam przy recenzji tomu pierwszego.Rozkładówka tomu 2 przedstawia nam mapę Akiby z pozaznaczanymi i opisanymi najważniejszymi miejscami oraz naprawdę niesamowita i szczegółowa (tyle jedzenia!) scenę uczty. Rozkładówki są drukowane w kolorze na błyszczącym papierze kredowym, a potem składane na 3 części. Znajdują się samym początku tomiku.


Po spisie treści dostajemy mały słowniczek przybliżający nam najważniejsze zagadnienia z tomu 1, streszczenie wydarzeń oraz opis trójki bohaterów, których rola była najważniejsza w tomie pierwszym. Skoro już przy opisach jesteśmy - niektóre z nich powtarzają się w ciągu drugiego tomiku, dzięki czemu widzimy, że nieszczęsny "czołg" został zamieniony na "tankera" i fani mmorpgów mogą w tej kwestii odetchnąć z ulgą. Ogólnie opisy i wyjaśnienia wydają mi się w tym tomie nieco jaśniejsze niż w poprzednich (ciężko określić czy to kwestia tłumaczenia czy samego autora, który wraca do wyjaśnień niektórych terminów czy wydarzeń).


Drugi tomik "Log Horizon" sprawił, że w już zupełnie wpadłam w serię. Po pierwsze - zupełnie nie czuję, żebym czytała light novelkę, język bardziej kojarzy mi się ze zwykłymi powieściami, przy czym sama lektura jest rzeczywiście może ciut lżejsza. Myślę, że mocna stroną "Log Horizona" jest wiek postaci grających w grę - jest zróżnicowany, ale na przedzie mamy młodych dorosłych, którzy dopiero zaczęli pracować albo są studentami i w wirtualnym świecie mogą wprowadzać nabytą dotąd wiedzę w praktyce. Nie bierze się ona znikąd, widać, że jej podłoże znajduje się również w życiu poza grą. 


Początek tomu jest jakby przerwą od wątku głównego. Bohaterowie wracają z misji, autor pozwala sobie na sugestię najróżniejszych pairingów, ktoś nawet zakochuje się w Nyancie, no, ale aż dziw, ze nie wszyscy. Ta postać najbardziej mi do tej pory przypadła do gustu, na tyle, ze przy moich notatkach do recenzji napisałam sobie "Wincej Nyanty!".Pojawiają się okładkowe postacie bliźniaków, które według fandomu są nieco irytujące. Nie wiem jak to będzie w dalszych tomach, ale tu kwestia jest tego, że są to gracze młodzi, niedoświadczeni, którzy pakują się w kłopoty, ale ich duma nie pozwala na prośbę o pomoc. Taka tendencja zachowania "Ja sama!" czasem się przydaje bohaterom, ale jeśli jednak jest jakaś realna szansa na ratunek to warto byłoby z niej skorzystać wcześniej niż pod koniec tomiku. W pierwszej części tomiku mamy również scenę stworzenia tytułowej gildii Log Horizon - jest ona podniosła, ale czytając ją nie potrafiłam się w nią wczuć. Za to malownicza scena z Sojiro w drugiej części tomu mnie powaliła uczuciami! Jednak autor ma talent do wprowadzania klimatu poprzez opis krajobrazu, a to niezwykły dar. 


Bałam się, że w tomiku będzie trochą za dużo polityki, bo w końcu jego druga połowa polega na - jak sugeruje sam podtytuł- rady dwunastu wokół okrągłego stołu. Na szczęście dobrze  się to czytało, a negocjacje były zrozumiałe. Dodatkowo na końcu tomu mamy zestawienie portretów poszczególnych przywódców - zawsze, kiedy pojawiał się ktoś nowy, albo ledwo mi znane imię to wchodziłam na te stronę i poznawałam po twarzach "A! To ten! To już wiem!". Nie ma to jak być nauczycielem, a nie mieć pamięci do imion, brawo Otaju. Dobrze, że chociaż do twarzy mam pamięć. Czasem opis nie do końca mi pasował do postaci - autor opisywał czyjąś twarz jako młoda, a tu na rysunku jakiś zmęczony człowiek z podkrążonymi oczami. Oprócz portretów mamy na kolejnych stronach opisy Guild Masterów - najważniejsze informacje, projekty, a dodatkowo nawet zaznaczone miejsce, które zajmują przy okrągłym stole. Projekty graficzne świetnie tu uzupełniają treść.


Pewnie zdążyliście zauważyć, że nowych postaci pojawia się mnóstwo i jest w czym wybierać pod względem nowych ulubieńców. Nie tylko opisy na końcu tomiku i te między rozdziałami nam w tym pomagają. Jedna z wielu postaci, którym mogliśmy się przyjrzeć była Henrietta, "księgowa" z Gildii Crescent Moon. Jej oczami oglądaliśmy całkiem spora część tomiku i wiele się o niej dowiedzieliśmy. Jakiś czas temu miałam okazje grać w mmorpga i powiem wam, że Crescent Moon Alliance jest taką sympatyczną, teoretycznie nieszkodliwą, ale wpływową gildią, że przypomina mi moją i nie sposób mi ich nie lubić. 

Sam tomik ma bardzo optymistyczne rozwiązanie i ogólny wydźwięk, a wiecie co się dzieje jak jest zbyt fajnie - aż się boje sięgać po kolejne tomiki, bo nie ma opcji, że nie zdarzy się coś, co zepsuje całą tę pozytywna atmosferę. Tomik kupił mnie tez tym, że właściwie w całości poświęcony był jedzeniu i o tym jak przyjemność wypływająca z jedzenia wpływa na jakość życia. Nic, tylko kiwać głową przez całą lekturę i cieszyć się z bohaterami, że odzyskanie smaku potraw tak bardzo potrafi zmienić świat. 

Kolejnego tomu prawdopodobnie nie zrecenzuje, niemniej jednak na pewno dalej będę inwestować w tę light novelkę, bo naprawdę mi siadła i odczarowała mniej przyjemne wrażenia związane z tym gatunkiem powieści. 

- Copyright © Gekiuma Henshin - Rysunki na blogu moje - Powered by Blogger - Designed by Johanes Djogan -