Japonia - dzień 7 - spotkanie z autorką "Requiem Króla Róż"

Wstępny plan
Zakupy zrobione w Japonii
Dzień 1
Dzień 2
Dzień 3
Dzień 4
Dzień 5
Dzień 6

Jak się macie? Coś mi ostatnio pisanie notek nie idzie, powiedziałabym, że to jesienna chandra, czy jak to się tam zwie. Większość mojej energii pochłania walka z wiecznym zmęczeniem i ogólnym niezadowoleniem, bo to nie powinno tak być. Ale mam wielkie postanowienie skończyć w listopadzie z serią notek o mojej podróży do Japonii, więc przygotujcie się na spam. 


O tym jak przez przypadek trafiłam na spotkanie z autorką mangi "Requiem króla róż" (recenzja) pisałam przy okazji dnia 6. Kupiłam w Animate w Osace artbook autorki i okazało się, że następnego dnia jest event z okazji promocji tego artbooka, a dla tych, którzy zaopatrzyli się w artbooka właśnie tam są bilety na ten event. Ponieważ 7 lipca zamiast Tanabaty było tyko mnóstwo deszczu i tak nie miałam wtedy nic do roboty to nie musiałam nawet się chwili zastanawiać. Rano okazało się, że autorka dojedzie na event, o czym poinformowała na twitterze - przez to, że pociągi jeździły jak chciały lub w ogóle nie jeździły była szansa, że autorka nie dotrze, ale udało się. Rano przygotowałam się na event - miałam akurat strój z Zakopanego, więc ubrałam się bardzo polsko - strasznie podobają mi się nasze stroje regionalne, ale nie za bardzo mam w nich gdzie chodzić, więc Japonia wydawała mi się dobrą opcją. Miałam też mangnesy zakupione na prezenty dla miłych ludzi, więc narysowałam mały rysunek na kartce A6 z Ryśkiem z mangi, włożyłam do folijki razem z magnesem, podpisałam się swoim imieniem i uznałam, że jeśli będzie okazja to go wręczę. Napisałam do autorki na twitterze po angielsku, że będę i to z Polski, odpowiedziała mi również po angielsku, że czeka :D! 


Event miał zacząć się o godzinie 14, wpuszczanie na event o godzinie 13, ale już około 12 byłam pozwiedzać sobie Animate jeszcze raz, tym razem na spokojnie bez przewodnika :). Pobawiłam się trochę tabletami graficznymi, zrobiłam małe zakupy i po wielu poszukiwaniach odpowiedniego miejsca postanowiłam pokazać komuś z obsługi mój bilecik i zapytać coś w stylu "Przepraszam, event gdzie?" (prawdopodobnie wspominałam już o tym, ale mój japoński ogranicza się do ogarniania ze słuchu po wielu latach oglądania anime i seriali). Kiedy udałam się na piętro było już całkiem sporo ludzi, bo okazało się, że jest loteria na pierwsze 50-60 miejsc najbliżej sceny. Najgorsze w sumie było to, że nie miałam pojęcia jak taki event wygląda i musiałam naprawdę bardzo dużo wysiłku wkładać w to, żeby ogarnąć co to za miliony papierków do wypełnienia mi dali, gdzie mam stać itp.  Staff Animate pytał mnie czasem czy mi pomóc, z jednoczesnym zaznaczeniem, że nie rozumieją angielskiego i przepraszają. Spoko, to ja jestem random gaijinem w Osace. Na szczęście zaraz za mną przyszła starsza ode mnie kobietka (dałabym jej gdzieś między 45, a 55 lat, ciężko mi było zidentyfikować), które ogarniała podstawowy angielski na tyle, żeby mi powiedzieć, która kartka jest do uzupełnienia czego i kiedy trzeba ją oddać. Ogólnie podczas swojej podróży zauważyłam, że lepiej było po angielsku pytać o cokolwiek pytać ludzi, którzy ewidentnie wyglądali na takich po 40, albo po 50, ludzie w moim wieku, a nawet dzieci mięli blokadę przed odezwaniem się po angielsku. Jeden starszy pan w Hiroshimie powiedział, że zna obce języki, bo nudzi mu się na emeryturze :). Nie wiem, może to przypadek, że tak trafiałam. Do wejścia musiałam mieć ze sobą zakupiony wcześniej artbook, bilet z dnia poprzedniego. Po pokazaniu biletu wylosowałam następny, z miejscem, które mi przysługiwało, dostałam również 2 formularze do uzupełnienia - jeden z pytaniem do autorki, który oddawałam przed wejściem do sali, drugi mogłam uzupełnić już w środku. Ten, który oddawałam przed wejściem miał zawierać pytanie do autorki - jak się okazało później został wrzucony do pudła, z którego autorka losowała pytania i odpowiadała na nie. Kompletnie nie miałam pojęcia jakie pytanie zadać - na szczęście moje pytanie nie zostało później wylosowane i na szczęście inne pytania były tak samo ambitne jak moje czyli "Nie mam pytania, ale dziękuję za ciężką pracę".


Na sali były krzesła z reklamówkami, w których znajdowały się ulotki na temat "Requiem Króla Róż" i były dla nas. Poza tym znajdowały się tam jeszcze ankiety do uzupełnienia - tym razem strasznie długie, bo ze statystykami, milionem pytań i miejscem na komentarz dla autorki. Szło mi bardzo powoli, ale jednak przy pomocy zrobienia zdjęcia i wrzucania go to translatora google można zrobić wszystko. Mój przedział wiekowy, skąd wiedziałam o evencie, jakieś pytania na temat mangi, jak podoba mi się artbook, czy jestem kobietą czy mężczyzną to przykładowe pytania, na które musiałam na tej kartce odpowiedzieć. Po dłuższej chwili i pytaniach od obsługi czy potrzebuję pomocy udało mi się oddać uzupełniony formularz. Oczywiście, że nie potrzebowałam pomocy od obsługi z Animate, bo wiedziałam, że się z nimi nie dogadam, na szczęście numer 46 wylosowała kobietka, o której wcześniej pisałam. W sumie ona też miała prezent dla autorki - list w pięknej kopercie z koronkami, więc kiedy go potem dawała mogłam podejrzeć jak to zrobić. Oczywiście domyślałam się, że w trakcie eventu zdjęć robić nie wolno, ale kiedy zobaczyłam, że przed eventem jakiś człowiek fotografuje scenę i nie wyjdę na głupiego obcokrajowca, który robi coś, czego nie robią inni to też zrobiłam zdjęcie stołu wystylizowanego na Ryśka.


Biorąc pod uwagę, że siedziałam na numerze 47, to powiedziałabym, że było nas około 150 osób - ale pamięć mylną jest. Aya Kanno dziękowała później za tak liczne przybycie mimo pogody, która wielu w sumie powstrzymała lub uniemożliwiła dojazd. Na scenę w końcu wszedł w garniaku przedstawiciel Animate i zaprosił Ayę Kanno oraz jej edytorkę, które zasiadły za stołem. W internecie można znaleźć zdjęcia autorki, ale na evencie przypominała mi Kimurę Yoshino z tej sesji -wyglądała jak jakaś szefowa korporacji ;). Na początku autorka i edytorka rozmawiały ze sobą opowiadając ogólnie o "Requiem Króla Róż", pracą nad artbookiem, ale z moim skillem nie wyłapałam z tych rozmów niczego kluczowego, ale było trochę rzeczy, które chciałabym zrozumieć, a nie mogłam. Potem zaczęło się losowanie pytań od ludzi z sali i odpowiadanie na nie. I znów bariera językowa w kilku momentach nie pozwoliła mi np. zrozumieć tylko pytanie, a odpowiedzi już nie do końca. Najfajniejsza rzecz, jakiej się dowiedziałam to, że mamy wspólną ulubioną scenę z "Dragon Balla" - a dokładnie tę. Rozmowa trwała około 45 minut? Tak mi się wydaje. Potem wstawaliśmy dziesiątkami i ustawialiśmy się do kolejki do autografu do autorki. Kilka minut czekania, wejście na scenę, podanie reprezentantowi Animate artbooka. On otwierał artbook w odpowiednim miejscu, podawał autorce i podchodziło się do niej. Co najfajniejsze, można było jej wręczyć prezent do rąk własnych, zanim przekazywała go do pana z Animate, który chował wszystko w odpowiednim pudle. Zobaczyła mój rysunek, powiedziała, że uroczy, ja dodałam, że magnes (możliwe, że powiedziałam magnes z Polski) jest tam jeszcze pod rysunkiem. Zobaczyła moje imię na rysunku i zapytała czy chcę, żeby napisała je na artbooku - chciałam oczywiście, ale pewnie by mi było wstyd poprosić, skoro wszyscy brali po prostu autograf. Jako, że każdy zamieniał kilka słów to powiedziałam "Po polsku *pokazałam palcem na tytuł mangi* nazwa to Requiem Króla Róż" i usłyszałam, że taka "sugoi" nazwa. Wtedy Kanno-sensei odwróciła się do swojej edytorki i zapytała "Polska to... Waneko-san, tak?" i zanim ta zdążyła odpowiedzieć ja odpowiedziałam "Tak!". Wiecie, pełna ekscytacja, ja nawet nie wyobrażałam sobie, że jakiś mangaka tak z biegu będzie wiedział jakie wydawnictwo jego mangę w danym kraju wydało. Do każdego autografu sensei dorysowywała świnkę, ale mojej zaczęła rysować coś w łapkach i reprezentant Animate i edytorka byli tacy "Nani kore?!", a to była róża :D. Potem padło do mnie jakieś pytanie, więc użyłam jednego z mądrzejszych zwrotów dla takich noobów językowych jak ja czyli "Jeszcze raz, proszę (w domyśle powtórzyć)" i już zrozumiałam, że pyta mnie co ja tu robię. 


No właśnie, co ja tu robię w ogóle. "Kali mieć wakacje. Kali być nauczycielem." Kali arigatogozaimasować i zabrać swój podpisany pięknie artbook. Kali dostać lizaka z Ryśkiem i napisem dziękuje od pani edytor i uciekać z tej sali, bo to była najdłuższa rozmowa całkowicie po japońsku jaką przeprowadził.


Tak oto zakończyła się moja przygoda ze spotkaniem z mangaką, której kompletnie nie planowałam wcześniej. I tak mi się wydaje, że poradziłam sobie nieźle, jak na kompletny brak przygotowania. Poza tym mam nadzieję, że opisałam wam wystarczająco obrazowo i prawdziwie jak było i poczuliście ten klimat i szok umysłowy. 


Dzień się jeszcze nie skończył, ale nie było prawie nic do roboty. Wszystko, co związane z Tanabatą, co miałam w planach zostało odwołane. Kupiłam u moich ulubionych pań w DenDen Town melonpana w nagrodę, odebrałam brata z Taito Station, poszliśmy zjeść polecane mięcho z ryżem, które jednak nie było dla mnie takie wow. Nie chciałam jednak marnować reszty dnia i uzgodniliśmy, że wjedziemy na kolejny darmowy punkt widokowy - Umeda Sky Building. Oczywiście można tam wejść do obserwatorium za opłatą, ale można wejść też do sklepu przy obserwatorium i rzucić okiem w dół.





Na zdjęciach możecie zobaczyć również muminkowy sklep oraz dekoracje z okazji Tanabaty, której nie świętowałam. Za to znów popatrzyłam na Osakę z góry i zamówiłam w pobliskiej kawiarni zupę dnia, gdzie pani bardzo szybkim japońskim tłumaczyła mi co to za zupa, na szczęście zdobywałam coraz większego skilla w wyłapywaniu słów kluczy i zrozumiałam "potejtokorn" w całym tym ciągu zdań. Szkoda, że nie zrozumiałam, że zupa będzie zimna, ale trudno. 


Tego dnia odkryliśmy również, że mamy pod nosem taką kapliczkę - zawsze mijaliśmy ją w ciemności i nigdy nie rzuciła nam się w oczy, poza kotami, które spacerowały w pobliżu. Wieczorem przeczytałam, że otwarto most w Arashiyamie (który był przez kilka dni zamknięty ze względu na poziom wód) i mogłam zaplanować kolejny dzień. :D

Japonia - dzień 6

Przydałoby się, żeby doba miała jakieś 24h więcej, bo ostatnio jest tyle pracy, że jak już mam wolne, to wybieram sen. Nie chciałabym jednak zaniedbać bloga jeszcze bardziej, dlatego pomyślałam, że dobrze by było wrócić do wspomnień z Japonii. 6 i 7 dzień na pewno będzie ciekawy dla fanów mangi i anime, bo to właśnie w te dni zwiedzałam Denden Town - taką osaczańską Akihabarę :)

Wstępny plan
Zakupy zrobione w Japonii
Dzień 1
Dzień 2
Dzień 3
Dzień 4
Dzień 5



Tego dnia wiedzieliśmy już, że pociągi nie jeżdżą, wszędzie pada, nic się nie da zrobić. Miał to być również dzień względnego odpoczynku, bo znajdował się w samym środku wyjazdu. Rano zjadłam śniadanie kupione w sklepie dnia poprzedniego - jajko już ugotowane, zupa miso i pudding - w sumie wszystkiego byłam ciekawa, ale okazało się, że wszystko jest bez szału. O 11 godzinie byliśmy umówieni z przewodnikiem, którego wykupiliśmy za kupon z AirBnB, który dostaliśmy na przeprosiny za zmianę noclegu. Kenyu skończył studia w Stanach i miał cudowne suchary w stylu "Możecie mnie zapytać "Can you Kenyu?". Młodszy ode mnie, wesoły, a jego zadaniem było oprowadzenie nas po japońskiej dzielnicy dla otaku. Najpierw mięliśmy mały spacer po sklepach typu Kotobukuya czy Animate oraz takich z bardzo old schoolowymi grami (byłam z bratem, coś dla siebie też musiał mieć). W Koto wskazał nam miejsca, w których można wyłowić fajne drobiazgi dla rodziny i znajomych, w Animate zapytał czego szukam i nieopatrznie pokazałam mu moją listę na komórce.


Przyzwyczajony do tego, że ludzie, którzy go zatrudniają jako przewodnika, a nie używają kuponu :') chwycił mój telefon, podszedł do pracownika sklepu i razem znaleźli mi kilka poszukiwanych przeze mnie artbooków (dobrze, że nie wszystkie, bo nie przekroczyłam żadnej ceny zaporowej i nie musiałam niczego odkładać). Pokazywał nam różne serie, różne piętra, rozmawiał z nami, bardzo starałam się udawać, że nie jestem fujoshi, a potem zawędrowałam do kasy, przy której posiadanie lokalnego przewodnika okazało się zbawieniem, bo do jednego z artbooków chcieli mi coś dodać i wytłumaczyć jak tego użyć. Dzięki szybkiej asyście Kenyu okazało się, że dla każdego, kto kupi u nich w sklepie artbook Ayi Kanno (autorka "Requiem Króla Róż") może dostać bilet wstępu na event, który odbędzie się następnego dnia. A jako, że właśnie tego artbooka wzięłam to pytali czy potrzebuję i tłumaczyli co muszę zrobić. Kenyu mi wszystko przekazał, nie do końca wiedząc jakiego to rodzaju event "ale pewnie z autorką" i dostałam bilecik na kolejny dzień (taaak, kolejna notka będzie o spotkaniu z mangaką!)


Po wizytach sklepowych spędziliśmy trochę czasu w Taito Station - piętrowym budynku z grami różnego rodzaju. Automaty do tańca, strzelanki, 4D z atakującymi zombiakami, pokemony... Z rytmicznych gier najbardziej chyba jednak podeszło mi wybijanie rytmu na taiko, bo nie dość, że było multum piosenek, które znam - od openingu Kamen Rider Builda, przez Radwimpsy aż do piosenek z Idolisha. Mój brat świetnie się tam bawił przy bardziej skomplikowanych grach i w końcu znalazł miejsce do wydawania większej ilości gotówki. Monety 100-jenowe się sypały, a nasz przewodnik musiał nas opuścić. Ale zanim to zrobił poszedł z nami na obiad i zaprowadził nas na bardzo dobry ramen, chociaż bardziej niż sam ramen wciągnęłam ryż z mięsem i jajkiem w koszulce, który był dodawany do ramenu (głodna nie chodziłam). Potem jeszcze poeksploatowaliśmy DenDen Town na własną rękę z bratem i znalazłam najlepsze melon pany (zwykłe drożdżówki o różnych smakach) na świecie - po 4 dniach panie machały mi już ręką, kiedy mnie widziały, co było mega miłe, ale te wypieki były tak obłędnie dobre, że musiałam tam przychodzić. Jadłam zwykłego, czekoladowego i truskawkowego, czasem mi się nie udało, bo panie zamykały sklep kiedy wszystko im się wyprzeda.





W pewnym momencie trafiłam na wystawę z "Uramichi Onii-san", serii, która nie jest popularna, a którą uwielbiam! Ostatnio angielskie tłumaczenie serii padło, bo "to była komedia, a teraz jest więcej obyczajówki" w momencie, kiedy ja się cieszę, że poznajemy głównych bohaterów lepiej, bo nie są już tylko bohaterami gagów :'). No, ale wracając do wystawy - ewidentnie odbywała się ona po wizycie mangaki - wszystkie standy były podpisane, były dodatkowe ilustracje i trochę goodsów na sprzedaż - oczywiście się skusiłam na cleafile, bo to wspaniałe, że z takiej świeżej i nieznanej serii można było w końcu coś dostać. Nie mogłam też nie skusić się na udział w loterii - kto by nie chciał zapłacić za rzucanie kulką w swoich ulubionych bohaterów z kartonu? "B" wydawało mi się osiągalnym celem, z resztą akrylowe breloki, które za trafienie w punkt można było wygrać miały fajniejszy design niż kosmetyczki za trafienie w punkt "A". No i wygrałam wypatrzony brelok, ale liczyło się, że rzuciłam w takiego samego kartonowego przegrywa życia, jakim sama jestem.











Wieczorem zostało nam niewiele czasu, ale wybraliśmy się jeszcze sprawdzić jak się ma pierwszy dzień świętowania Tanabaty w świątyni Shittenoji w Osace. Troszkę problemów z metrem było, bo przez opóźnienia związane z deszczami staliśmy chwilę w tunelu, ale udało nam się dotrzeć na miejsce. Ze względu na duże deszcze bałam się trochę, że może w ogóle obchodów nie być, ale były - co prawda 20 ludzi na krzyż i 5 kramów z jedzeniem to nie jest to, o czym człowiek myśli jako "letni festiwal", ale przy tej pogodzie to zawsze coś. Nadal mi trochę przykro, że dostałam tylko namiastek tego święta, bo kolejnego dnia nie działo się już kompletnie nic, co mogłabym zobaczyć. Poza tym, że świątynia bardzo ładna, to jeszcze w stawach pływały żółwie! Przeszliśmy z bratem pod oczyzczającym dymem, obejrzeliśmy jak naprawdę wygląda sławna droga mleczna z lampek - nie było efektu wow. Potem kupiliśmy świeczkę, na której można było napisać swoje życzenie i położyć na wodzie, co też zrobiłam i nie zamierzam nie wspomnieć, że do dziś to życzenie się nie spełnia, co więcej rzeczy dzieją się zupełnie w innym kierunku niż bym tego chciała. Tanabata taka przereklamowana :(. 



 

Jeśli chodzi o standy to tak jak mówiłam - za wiele tego nie było. Z bratem wzięliśmy udział w loterii, którą obsługiwały dzieci z tatą - nabijał się z nich, że nie potrafią w numerki po angielsku, a chodzą do szkoły. W sumie wystawili to, czego się chcieli z domu pozbyć i brat wybrał sobie z koszyka numer 7 jakiś przypadkowy tomik mangi "Yu-Gi-Oh". Z kilku straganów z jedzeniem wybraliśmy pizzę z grzybami shitake, tofu/miso, na bazie resztek z sake i była to jedna z najdziwniejszych i jednocześnie najlepszych rzeczy, jaką jadłam w Japonii. Cena do wielkości co prawda nie była najfajniejsza, ale smak nadrobił wszystko. 

Niestety jak widać nie udało się nam tego dnia wyjechać poza Osakę - Tanabata w Katano zupełnie odpadła, zastąpiona czymś bardzo kameralnym, po czym można było spodziewać się większej skali. Tymczasem deszcze nie przestawał padać, co z jednej strony było miłe, bo moje przegrzanie się na słońcu miało kilka dni, żeby przejść, a z drugiej strony byliśmy nieco zablokowani.

[recenzja] O dziewczynie skaczącej przez czas (jednotomówka, manga)

Wiem, że ostatnio coraz mniej piszę tych notek, ale w sumie właśnie potrzebowałam sobie zrobić przerwę od takiego intensywnego czytania mang i blogowania - staram się robić inne fajne rzeczy, która dodają mi sił, ogarniać rzeczywistość, ale oczywiście nie mam zamiaru porzucać mojego kącika recenzenckiego :).


Dzisiaj recenzuję jednotomówkę od Waneko o tytule "O dziewczynie skaczącej przez czas" wydanej w Polsce w czerwcu 2018 roku. Polskie wydanie posiada rozmiar powiększony, tak jak pozostałe jednotomówki z cyklu. Poza tym ma obwolutę błyszczącą ze skrzydełkami, a w środku znajdują się 4 strony kolorowe na błyszczącym papierze kredowym. Pozostałe strony wydrukowane są w czerni i bieli na papierze offsetowym. Nic nie zwróciło mojej uwagi jeśli chodzi o edycję i tłumaczenie - po prostu płynnie mi się tomik czytało, więc można zaliczyć to na plus.

Po siedemnastu latach zwykłego życia, Makoto Konno ma stracić życie w wypadku, jednak zostaje ocalona… ale jak?! Dziewczyna przypadkowo znalazła urządzenie, które daje jej zdolność cofania się w czasie. Postanawia je wykorzystać, aby móc uniknąć nieprzyjemności dnia codziennego. Makoto nie wie jednak, że nierozważna zabawa czasem i każda zmiana prowadzi do wydarzeń, których nie jest w stanie przewidzieć… - Waneko
Jedna ważna rzecz, o której każdy powinien widzieć dla lepszego zrozumienia tytułu oraz tego, dlaczego inne ekranizacje "Toki wo Kakeru Shoujo" różnią się od siebie wszystkim poza skakaniem przez czas i tym, że główna bohaterka jest dziewczyną - najpierw była książka, dopiero później wariacje na jej temat. Swoją drogą pierwszą książkę Yasutaki Tsutsui, którą wydał w 1967 roku chętnie przeczytałabym i postawiła na półce. Autor, urodzony w 1934 roku jest powieściopisarzem, który uwielbiał pisać science fiction. Jego najbardziej znane dzieło zekranizowane jako anime to jednak nie "TokiKake", a "Paprika". Wiele z jego powieści (autor jest bardzo produktywny) zostało zekranizowanych w formie dram czy filmów live action - oprócz "Toki wo Kakeru Shoujo" były to między innymi  "Nanase Futabi", "Kazoku Hakkei", "Fugo Keiji" czy "Weekend Shuffle". Napisał też scenariusze do kilku krótkich odcinków z cyklu "Yonimo Kimyô na Monogatari". Czasem budził kontrowersje, raz zdarzył mu się seksistowski komentarz na twitterze, który bardzo chcę rzucić w niepamięć. Przy wielu ekranizacjach filmowych i serialowych w końcu musiała ukazać się manga... ba! Żeby tylko jedna! Ta, którą mamy w Polsce (2006 rok, rysunki Ranmaru Kotone) jest ekranizacją filmu animowanego bardziej niż powieści - dlatego bohaterowie żyją we współczesności i swoim projektem przypominają tych z anime bardziej niż z książki. Ale nawiązanie do pierwowzoru jest  -poprzez ciotkę głównej bohaterki, która była bohaterką książki właśnie. Mamy w mandze niejasne wskazówki co się wydarzyło, istnieje również narysowany później prequel do całej tej historii. Szkoda, że książka nie została do tej pory wydana w Polsce, bo myślę, że odsłoniła by przed nami inny wymiar tej historii i całość czytałoby się po prostu lepiej.


Pamiętam jak w 2007 roku oglądałam film w kinie na jakiejś nocy z anime i od tego czasu zakochałam się w tej historii, dlatego jeśli jeszcze nie widzieliście filmu to bardzo, ale to bardzo polecam, kocham w nim wszystko i uważam, że to on powinien być podstawą do poznania tej wersji historii - ta kreska, te kolory, to tempo wydarzeń, ta muzyka - wszystko mi tam naprawdę siadło. I ten klimat lata łącznie z cykadami i mieniącym się powietrzem są w filmie niesamowite. Manga jest dla mnie po prostu taką pamiątką po dobrej historii bardziej niż niezależnym dziełem. Mimo to mam nadzieję, że ktoś, kto sięgnął po mangę polubi tę historię, bo jest po prostu dobra - manga co prawda nie dała mi takich uczuć jak film, ale może to tym bardziej was zachęci do obejrzenia filmu? A jeśli nie to tutaj macie wideo z piosenką przewodnią z filmu. Manga o tyle różni się od filmu, że na samym początku w śnie bohaterka spotyka postaci z powieści, a na końcu jest mały epilog związany również z książką, czego w filmie nie ma. Poza tym jest kilka cięć, kilka drobnych zmian.


Kreska mangi jest bardzo retro jak dla mnie, co jest fajne, ale jest też zupełnie inna niż filmowa, dlatego trochę mi szkoda, bo postacie filmowe projektował Sadamoto Yoshiyuki (Evangelion anyone ?;)). Niemniej jednak gdybym filmowej nie znała to bym nie narzekała - wszystko ładnie przedstawione, rozbudowane tła, proporcjonalne sylwetki i bardzo fajne operowanie rastrami są zdecydowanie na plus. Jedynym minusem jest dla mnie to, że kreska nie zapadła mi wystarczająco w pamięć.


Zachęcam do sięgnięcia po tę jednotomówkę, a jeszcze bardziej zachęcam do obejrzenia filmu. Ze swojej strony mam nadzieję, że  kiedyś książka pojawi się na polskim rynku. 

[recenzja] Sora i Hara (jednotomówka)

Wybaczcie te dni nieobnecności na bloggerze - nowa praca, nowe fandomy, stare problemy - to wszystko się nawarstwiło na raz i musiałam sobie zrobić przerwę od pisania. Tymczasem mang do recenzji napiętrzyło się strasznie dużo. W dzisiejszej notce w końcu dobieram się do jednej z moich ulubionych autorek, której rysunek jest nawet w headerze mojego bloga.


"Sora to Hara" to pierwsza manga tej autorki, jaką kiedykolwiek czytałam. Nie wiem czemu akurat zaczęło mi się od spin-offa, ale był to pierwszy tytuł, na który trafiłam w internecie. Wtedy wydawał mi się... specyficzny, pod względem kreski na przykład. Teraz osadzając go w całym uniwersum niektóre wydarzenia nabrały większego sensu, co nie zmienia faktu, że mangę nadal można czytać niezależnie. Mamy tu do czynienia z jednotomówką z 2009 roku osadzoną w tym samym uniwersum co "Dokyuusei" ("Koledzy z klasy"), "Sotsugyosei" ("Absolwenci"), "O.B" (dziejącą się w podobnym okresie co "Sora to Hara") oraz najnowsza kontynuacja historii głównej pary czyli "blanc." Nakamura Asumiko, urodzona w 1979 roku, zadebiutowała jako mangaka w 2000 roku. Od tamtej pory stworzyła wiele mang, które zyskiwały mniejszą i większą popularność - po części były to pozycje z gatunku boys love, np. "Double Mints", które posiada nawet film live action, ale można wśród nich znaleźć również takie tytuły jak "Utsubora", które są skierowane do szerszej publiczności.

Za polskie wydanie odpowiada wydawnictwo Waneko, które wydało już 3 tomik z tego uniwersum w ramach serii Jednotomówki Waneko. Wydanie posiada obwolutę błyszczącą ze skrzydełkami, w odróżnieniu od poprzednich matowych w "Kolegach z klasy" i "Absolwentach". Na okładce pod obwolutą znajduje się scena po zakończeniu wydarzeń z tomiku, więc polecam przeczytać ją sobie na koniec. W środku znajduje się jedna kolorowa strona wydrukowana na błyszczącym papierze kredowym, pozostałe w czerni i bieli na papierze offsetowym. Tomik nie należy do najcieńszych - ma ponad 270 stron. Jeśli chodzi o tłumaczenie i edycję to niewiele rzuciło mi się w oczy - Harasen został przetłumaczony jako "Haracz", zgodnie z poprzednimi tomikami z uniwersum.


Haracz jest samotnym 37- letnim nauczycielem, mającym problem z pogodzeniem się z tym, że jego nieodwzajemniona miłość kończy szkołę. Chcąc odciąć się od tego uczucia ponownie zaczyna odwiedzać kluby, gdzie wplątuje się w relację z bardzo kłopotliwym chłopakiem…Historia poboczna Kolegów z klasy oraz Absolwentów. - Waneko
Bez owijania w bawełnę - owy problematyczny chłopak okazuje się być później niepełnoletni, a dodatkowo uczniem szkoły, w której pracuje Haracz. Z historiami o miłości nauczyciela i ucznia to jest ten problem, że zawsze przeraża nas nie tylko różnica wieku, ale też pozycja społeczna i rola, którą nauczyciel powinien odgrywać. Dlatego w większości przypadków takie historie są naprawdę irytujące, ale tutaj... Haracz swoje przeżył, okej? Zakochał się już raz w uczniu i nie może się z tego wyleczyć, ale go nie podrywał. Sam był zakochany w swoim profesorze. Nie jest osobą z najlepszą moralnością, ale pewnych zasad nie łamie. No właśnie - mamy tu opowieść o człowieku, który swoich zasad nie zamierza złamać i ich ni złamie oraz o jego uczniu, który jest nieco stuknięty, ale zamierza wyrwać swojego belfra ze stagnacji i depresji. Czy coś więcej się z tego rozwinie? Na pewno nie kiedy są w relacji nauczyciel - uczeń. Dostajemy historię, która nie jest typowym romansem, ale nie da się zaprzeczyć, że między tą dwójką zaczyna budować się więź. I chyba dlatego ten tytuł tak fajnie się czyta. Poza tym poznajemy przeszłość Hary - czasy, kiedy był uczniem - oraz ludzi, którzy go od wtedy otaczali - każda z tych postaci jest na swój sposób interesująca i myślę, że tej mandze służy wielowątkowość.

Kreska Nakamury Asumiko jest specyficzna, bo wychodzi nieco poza ramy myślenia wielu osób. Jest bardzo artystyczna, trochę nieludzka, bohaterowie mają bardzo długie kończyny, a każdy ich ruch jest dynamiczny - są one jednak spójne z tym, co wypracowała sobie artystka, więc myślę, że nie ma tu co nawet zaczynać dyskusji o realiźmie - albo się kreskę autorki polubi, albo nie, ale widać, że miała ona podstawy, które rozwinęła w kompletnie artystyczny sposób, który zdecydowanie buduje klimat jej mang. Ja jej kreskę uwielbiam, ale też na początku musiałam się napatrzeć i przyzwyczaić. W "Sora to Hara" mam wrażenie, że bohaterowie mają jeszcze dłuższe kończyny, niż zwykle, zwłaszcza, że bohaterowie do najniższych nie należą.


Myślę, że fanów poprzednich tytułów autorki wydanych w Polsce nie muszę zachęcać, ale jeśli by się taka osoba zdarzyła to dajcie temu tytułowi szansę. Jeśli ktoś z jakiegoś powodu nie lubił bohaterów poprzednich tytułów, a Haracz przypadł mu do gustu - też wie co robić. Jeżeli ktoś wręcz przeciwnie - nie polubił go - powinien dać mu szansę się zrehabilitować. Jeśli chcecie, żeby był to wasz pierwszy tytuł od autorki - nie powiem, że się nie da, bo ja właśnie od niego zaczęłam swoją przygodę :).

- Copyright © Gekiuma Henshin - Rysunki na blogu moje - Powered by Blogger - Designed by Johanes Djogan -