[recenzja] Sora i Hara (jednotomówka)

Wybaczcie te dni nieobnecności na bloggerze - nowa praca, nowe fandomy, stare problemy - to wszystko się nawarstwiło na raz i musiałam sobie zrobić przerwę od pisania. Tymczasem mang do recenzji napiętrzyło się strasznie dużo. W dzisiejszej notce w końcu dobieram się do jednej z moich ulubionych autorek, której rysunek jest nawet w headerze mojego bloga.


"Sora to Hara" to pierwsza manga tej autorki, jaką kiedykolwiek czytałam. Nie wiem czemu akurat zaczęło mi się od spin-offa, ale był to pierwszy tytuł, na który trafiłam w internecie. Wtedy wydawał mi się... specyficzny, pod względem kreski na przykład. Teraz osadzając go w całym uniwersum niektóre wydarzenia nabrały większego sensu, co nie zmienia faktu, że mangę nadal można czytać niezależnie. Mamy tu do czynienia z jednotomówką z 2009 roku osadzoną w tym samym uniwersum co "Dokyuusei" ("Koledzy z klasy"), "Sotsugyosei" ("Absolwenci"), "O.B" (dziejącą się w podobnym okresie co "Sora to Hara") oraz najnowsza kontynuacja historii głównej pary czyli "blanc." Nakamura Asumiko, urodzona w 1979 roku, zadebiutowała jako mangaka w 2000 roku. Od tamtej pory stworzyła wiele mang, które zyskiwały mniejszą i większą popularność - po części były to pozycje z gatunku boys love, np. "Double Mints", które posiada nawet film live action, ale można wśród nich znaleźć również takie tytuły jak "Utsubora", które są skierowane do szerszej publiczności.

Za polskie wydanie odpowiada wydawnictwo Waneko, które wydało już 3 tomik z tego uniwersum w ramach serii Jednotomówki Waneko. Wydanie posiada obwolutę błyszczącą ze skrzydełkami, w odróżnieniu od poprzednich matowych w "Kolegach z klasy" i "Absolwentach". Na okładce pod obwolutą znajduje się scena po zakończeniu wydarzeń z tomiku, więc polecam przeczytać ją sobie na koniec. W środku znajduje się jedna kolorowa strona wydrukowana na błyszczącym papierze kredowym, pozostałe w czerni i bieli na papierze offsetowym. Tomik nie należy do najcieńszych - ma ponad 270 stron. Jeśli chodzi o tłumaczenie i edycję to niewiele rzuciło mi się w oczy - Harasen został przetłumaczony jako "Haracz", zgodnie z poprzednimi tomikami z uniwersum.


Haracz jest samotnym 37- letnim nauczycielem, mającym problem z pogodzeniem się z tym, że jego nieodwzajemniona miłość kończy szkołę. Chcąc odciąć się od tego uczucia ponownie zaczyna odwiedzać kluby, gdzie wplątuje się w relację z bardzo kłopotliwym chłopakiem…Historia poboczna Kolegów z klasy oraz Absolwentów. - Waneko
Bez owijania w bawełnę - owy problematyczny chłopak okazuje się być później niepełnoletni, a dodatkowo uczniem szkoły, w której pracuje Haracz. Z historiami o miłości nauczyciela i ucznia to jest ten problem, że zawsze przeraża nas nie tylko różnica wieku, ale też pozycja społeczna i rola, którą nauczyciel powinien odgrywać. Dlatego w większości przypadków takie historie są naprawdę irytujące, ale tutaj... Haracz swoje przeżył, okej? Zakochał się już raz w uczniu i nie może się z tego wyleczyć, ale go nie podrywał. Sam był zakochany w swoim profesorze. Nie jest osobą z najlepszą moralnością, ale pewnych zasad nie łamie. No właśnie - mamy tu opowieść o człowieku, który swoich zasad nie zamierza złamać i ich ni złamie oraz o jego uczniu, który jest nieco stuknięty, ale zamierza wyrwać swojego belfra ze stagnacji i depresji. Czy coś więcej się z tego rozwinie? Na pewno nie kiedy są w relacji nauczyciel - uczeń. Dostajemy historię, która nie jest typowym romansem, ale nie da się zaprzeczyć, że między tą dwójką zaczyna budować się więź. I chyba dlatego ten tytuł tak fajnie się czyta. Poza tym poznajemy przeszłość Hary - czasy, kiedy był uczniem - oraz ludzi, którzy go od wtedy otaczali - każda z tych postaci jest na swój sposób interesująca i myślę, że tej mandze służy wielowątkowość.

Kreska Nakamury Asumiko jest specyficzna, bo wychodzi nieco poza ramy myślenia wielu osób. Jest bardzo artystyczna, trochę nieludzka, bohaterowie mają bardzo długie kończyny, a każdy ich ruch jest dynamiczny - są one jednak spójne z tym, co wypracowała sobie artystka, więc myślę, że nie ma tu co nawet zaczynać dyskusji o realiźmie - albo się kreskę autorki polubi, albo nie, ale widać, że miała ona podstawy, które rozwinęła w kompletnie artystyczny sposób, który zdecydowanie buduje klimat jej mang. Ja jej kreskę uwielbiam, ale też na początku musiałam się napatrzeć i przyzwyczaić. W "Sora to Hara" mam wrażenie, że bohaterowie mają jeszcze dłuższe kończyny, niż zwykle, zwłaszcza, że bohaterowie do najniższych nie należą.


Myślę, że fanów poprzednich tytułów autorki wydanych w Polsce nie muszę zachęcać, ale jeśli by się taka osoba zdarzyła to dajcie temu tytułowi szansę. Jeśli ktoś z jakiegoś powodu nie lubił bohaterów poprzednich tytułów, a Haracz przypadł mu do gustu - też wie co robić. Jeżeli ktoś wręcz przeciwnie - nie polubił go - powinien dać mu szansę się zrehabilitować. Jeśli chcecie, żeby był to wasz pierwszy tytuł od autorki - nie powiem, że się nie da, bo ja właśnie od niego zaczęłam swoją przygodę :).

[recenzja] Hito Wieczny Tułacz - Wietnam

Witajcie znów, ponieważ dzielnie postanowiłam sobie, że będę pół godziny dziennie poświęcać na bloga, to powoli udaje mi się odkopywać ze stosu zaległych recenzji. W dniu dzisiejszym wracam do komiksu autorki, o której twórczość już zahaczałam przy okazji recenzowania trochę bardziej kontrowersyjnego tytułu czyli Wolpentingermenschen.



"Hito - Wieczny Tułacz" to komiks autorstwa polskiej artystki Katarzyny Hitohai Wasylak, narysowany w 2017 roku, a wydany przez wydawnictwo Studio JG w roku 2018. Wydanie ma rozmiar A5, posiada czarno-białą okładkę opatrzoną błyszczącą obwolutą. Sam główny komiks wydrukowany na papierze offsetowym w czerni i bieli ma 106 stron, dodatkowe obrazki, historie i wywiad z autorką mają 16 stron, znajdziemy też 12 kolorowych ilustracji wydrukowanych na papierze kredowym. O ile sam komiks jest z 2017 roku, to wszystkie dodatki są zdecydowanie starszymi dziełami autorki.


Pierwszy tom serii „Hito Wieczny Tułacz” to subiektywny komiks podróżniczy opisujący perypetie Hitohai (polskiej autorki znanej z tytułów takich jak „Česary” czy „Wolpertingermenschen”) podczas jej wolontariatu na północy Wietnamu. Komiks pokazuje ten komunistyczny kraj z przymrużeniem oka i nutką nostalgii za dzieciństwem w czasach PRL-u, a niezwykła wrażliwość, spostrzegawczość i poczucie humoru artystki płynnie łączą znaczące szczegóły wietnamskiej codzienności w spontaniczną refleksję nad życiem. Sprawdźcie co nocą budzi się do życia w hotelu na końcu świata, jak zdobyć pożywienie w ekstremalnych warunkach i jak nauczyć małe, wietnamskie dzieci angielskiego! - Studio JG
 W komiksie dziś opisywanym dostajemy od głównej bohaterki strzępki informacji na temat jej życia - o tym, w którą stronę poszła jej kariera zawodowa i życie osobiste dowiadujemy się już na samym początku. Nie mogłam się doczekać samej historii o Wietnamie, ale biorąc pod uwagę, że mamy przed sobą cały cykl to bardzo dobry zabieg. Cieszę się, że mogłam dowiedzieć się czegoś o autorce, informacja o tym, że cudze dzieci uczyła, zbliżyła mnie do niej mentalnie, zgadzam się również z jej poglądami na temat trzymania swojego prywatnego życia dla siebie do pewnego momentu.



Na samym początku zaskoczyło mnie, że pierwsza propozycja wolontariatu stała się problemem w momencie, kiedy dziewczyny nie mogły zamieszkać razem, bo nie były małżeństwem? Zastanawia mnie czy coś ogólnie złego jest w tym, że dwie kobiety chcą mieszkać razem podczas wyjazdu na wolontariat, czy zgrzytnęło w momencie, kiedy jakiś przełożony dowiedział się, że są parą? A może Hito została wzięta za mężczyznę, jak to w dalszej części komiksu bywało i ten szok i niedowierzanie, że tak bez ślubu? Oto jest pytanie! Z takim początkiem dostajemy historię o podróży Hito i jej Walkirii na wolontariat do Wietnamu - nie będę kłamać, zazdroszczę, mi się kompletnie nie udaje wbijać w jakiekolwiek terminy moich znajomych :'D. Jest to opowieść bardzo subiektywna - widziana oczyma autorki, jej fascynacja PRLem i ustrojem komunistycznym wypływa wprost z niektórych zdarzeń, z innych wybija się obsesyjne dbanie o czystość. Muszę przyznać, że nie wiem jak można wytrzymać z takimi skłonnościami w gorszych warunkach, bo ja będąc wiecznym chaosem i tak sobie tych wszystkich przygód z grzybem, karaluchami i czyimiś paznokciami nie wyobrażam. 



Forma komiksu i przekazu jest bardzo luźna - dostajemy trochę rozmów, trochę luźnych myśli, trochę wydarzeń z życia codziennego. Czasem mam wrażenie, że nie są ze sobą nawet do końca związane, mam wrażenie urwania wszystkiego w połowie, ale koniec końców są to te urywki dziennika, którymi chciała się podzielić autorka i jeśli ktoś lubi czytać czyjeś luźne spostrzeżenia z podróży, zabarwione humorem, to powinno mu się spodobać. Mnie za serducho najbardziej chwyciło kilka chwil - wietnamska babunia, która angielskiego nic, ale mówiła po niemiecku to chyba główny faworyt. Autorka nie ogranicza się słownictwem w żaden sposób, miksuje języki i słówka i w takim pamiętnikowym wydaniu pasuje mi to dużo bardziej niż w recenzowanym poprzednio komiksie. Posłowie w formie wywiadu również jest według mnie trafione w punkt - redaktorka zadaje pytania, a autorka wyjaśnia kwestie, które dla komiksu są ważne, ale mogą być niejasne od strony czytelnika.


Kreska w tym komiksie wydała mi się nieco drugoplanowa, szkicowa, dosyć ogólnikowo potraktowana. Jest w niej pewna niedbałość i szkicowość, spore zróżnicowanie grubości kreski - widać, że autorka używała różnych cienkopisów, mazaków itp. Na to wszystko nałożona jest spora ilość rastrów., bardzo często położone są na całych postaciach, kiedy tło pozostaje białe. Jeśli zaś chodzi o tła to bardzo podobają mi się momenty przedstawienia danego miejsca czy np. jadącego pociągu - są przedstawione naprawdę przyjemnie graficznie, co mnie cieszy w przypadku takiego pamiętnika z podróży. W dodatkowej historii o surykatkach cieniowanie jest nieco jaśniejsze, tradycyjne - z dawnych lat, takie jak pamiętam i lubię, natomiast kolorowe obrazki to głownie traditionale - kredki, farby. Widać pomiędzy nimi rozrzut poziomu i można by zgadywać z jakich okresów pochodzą, ale istnieje coś takiego jak deviantart i już wiadomo, że niektóre z nich mają ponad 10 lat. :)



Mam nadzieję na kolejne części "Wiecznego tułacza" bo odnoszę wrażenie, że to dopiero początek, że dostaliśmy jedynie mały zarys, nieco informacji na temat autorki tak, żeby z każdym kolejnym tomem  coraz więcej widzieć jej oczami. Tu dostajemy taki dobry początek cyklu, na którego kontynuację czekam.

Japonia - dzień 5

Wstępny plan
Zakupy zrobione w Japonii
Dzień 1
Dzień 2
Dzień 3
Dzień 4



Rano 5 lipca wstajemy i wyjeżdżamy z Hiroshimy - spacerkiem do dworca mamy 30 minut, lekko pada deszcz. Nic nie zapowiadało, że 2 godziny później dojeżdżając do Osaki dowiemy się, że kolejne pociągi za naszym już nie jeżdżą, że wszystkie drogi są zablokowane przez deszcze, osuwiska i powódź, która zgarnęła lub zgarnie w najbliższych dniach ze sobą  ponad 200 osób. Nam póki co deszcz nie straszny i widzimy, że w drugą stronę transport jest jedynie lekko opóźniony, więc zostawiamy bagaże w coin lockerach w Osace i jedziemy zwiedzać Fushimi Inari zaczynając nasza niewielką przygodę w Kioto.


Nigdy nie miałam parcia na Kioto - wszyscy się nim zachwycają i owszem, niektóre rzeczy warto zobaczyć, ale ilość turystów przy każdej atrakcji czasem psuje cały odbiór. Na szczęście w deszczowe dni tłumów jest zdecydowanie mniej i dzięki temu w Fushimi Inari było tak, że kolejkon przechodzący przez bramy Torii ciągnące się w górę przez kilka kilometrów. Między bramami znajdują się różne świątynie ku czci lisich bóstw, co brzmi tak swojsko dla fana anime i właśnie tak wygląda. Ogrom całości powala - my ze względu na nasilającą się ulewę (na tym etapie deszczem się tego nazwać nie dało) doszliśmy do połowy bram, a i tak sporą część dnia poświęciliśmy na zwiedzanie tego miejsca. Bramy nie są tak czerwone jak na zdjęciach - bardziej wpadają w pomarańcz. Oprócz różnych lisich elementów wpadły mi też w oko figurki chińskich znaków zodiaku - oczywiście odszukałam Królika i Tygrysa, do których mam największy sentyment, bo urodziłam się na przełomie tych dwóch znaków i chociaż jestem z samego początku króliczego roku, to mam wrażenie, że czasem o tygryska trochę zahaczam. W tej świątyni kupiłam też drewnianą tabliczkę (ogólnie to ich ceny się wahają, ale w przybliżeniu taka tabliczka kosztuje mniej więcej 500 jenów), bo sobie pomyślałam "Przecież raz w życiu można!". Narysowałam liskowi twarz bisza z anime, napisałam z tyłu "Pozdro z Polski" i w krzakach dopisałam z wywieszonego tam spisu, że proszę o ogólnie coś pozytywnego w życiu. Lasy były tam piękne, ale brudne, wzburzone strumyki trochę zaczęły mnie przerastać.










Bezpiecznie udało nam się powrócić do Osaki, deszcz nie był tu jakiś większy niż w Polsce, więc zaskoczyło mnie ile linii jest zatrzymanych, ile atrakcji odwołanych, ale tamtego dnia jeszcze nie wiedziałam, że będę musiała przez kolejne 2 dni zrezygnować z jakiegokolwiek poruszania się poza Osakę i trochę zmienić plany podróży. Na początek trzeba było coś zjeść i padło na kushikatsu - szaszłyki z mięsa i warzyw w panierce, smażone na głębokim oleju - tradycyjne dla regionu Kansai. Była to sieć restauracji z tradycją, gdzie pilnowano, żeby szaszłyka przypadkiem nie maczać w sosie 2 razy - dozwolony był tylko 1 raz, a za drugim można było nałożyć sobie sosu liściem kapusty. Ot taka higieniczna tradycja i rzeczywiście obsługa z tyłu stała, podpierała ściany i chyba patrzyła jak kto je. To tam zaczęły mi się wkręcać dwie piosenki, które leciały wszędzie w barach i sklepach, i których do teraz potrzebuję słuchać codziennie - "Loser" Kenshiego Yonezou oraz "Uhiage Hanabi" tego samego pana i DAOKO. Tego dnia byłam jeszcze w centrum handlowym na małych zakupach w poszukiwaniu walizki dla brata, bo w jedną stronę braliśmy jedną małą, a w drugą w planach był zakup drugiej - w końcu miejsce ubrań mojego brata miały zająć goodsy, które kupiłam, poza tym to nie tak, że on też nic ni kupował. Moją uwagę kolejny raz zwrócili uwagę chińscy turyści, którzy zostawiali śmieci gdzie popadnie.



 


Pod wieczór uznałam, że trochę zmarnowany ten dzień i poszukałam czegoś fajnego do jedzenia. W jednej z japońskich dram widziałam monjayaki, którym panie się tam zajadały, więc wyszukałam w najbliższej okolicy jakiejś izakayi z tym daniem. BINGO. Po prostu wygryw życia, nie chcecie wiedzieć ile na arcie tam wydałam, ale w końcu trafiłam do miejsca, gdzie klimat i jedzenie mi siadły. O jego smaku rozpiszę się w notce o jedzeniu, tu wspomnę tylko, że był to mały lokal z gorącą płytą przy barze, w którym od razu było widać, jak kucharz przygotowuje nam żarcie - zaczęło się od monjayaki, a potem omlety, gyoza, pankejk...). Piosenki - na przykład "Over the rain" flumpoola - nadawały miejscu klimat. Google translator pomógł nam rozczytać menu i udało się przeskoczyć barierę językową. Fajne było to, że udało nam się nieco pointegrować z lokalnymi Osakańczykami i poczuć takie odprężenie przy ludziach, z którymi prawie w ogóle nie mogliśmy rozmawiać - zwłaszcza, że mój bat siedział bliżej i to do niego częściej się zwracali. Było 2 salarymanów ze swoim starszym szefem, który potem ostro za nich wszystkich płacił. Trochę się z nas śmiali, trochę się zbijali z człowieka, który przygotowywał nam jedzenie ("mastaaa!"), trochę nam podpowiadali jak jeść, np. że trzeba sobie podmuchać, bo gorące powiedzieli nam na zasadzie "fuu-fuuu-fuu-fuu". Trochę się dogadaliśmy, że Japoniia grała niedawno z Polska w piłkę nożną. Pokazywali mojemu bratu na jego mokre ramiona pytając "No umbrella!", a kiedy mój brat odpowiadał, że "too small umbrella" mieli po japońsku zaciesz, że ich zrozumiał (a ja zrozumiałam ich japoński, upss!). Po mojej stronie przy barze zasiadła kobieta w średnim wieku, a koło niej starsza pani i ewidentnie się nie znając umówiły się na zamawianie razem, bo porcje były duże - mega integracja! Kiedy patrzyłam w ich stronę starsza pani mi się lekko kłaniała, wtedy ja jej też, ona mnie i tak po kilka razy na pełnym uśmiechu.  Było to ewidentnie lokalne miejsce, a my byliśmy tam atrakcją, ale właśnie takiego klimatu poszukiwałam w Japonii.



Kolejny dzień zapowiadał się pod szyldem zwiedzanie Denden Town, czyli osaczańskiej Akihabary, mój portfel nie był na to gotowy ;). Chińczycy w hotelu nie dość, że puszczali wodę w kranie przy myciu zebów i nie zakręcali jej w ogóle rozmawiając ze sobą, to jeszcze kłócili się na korytarzach, drapali mi po drzwiach, a o 5 rano puścili w swoim pokoju na pełne głośniki chińskie techno :').

P.S. Tego dnia powstało jedno z moich ulubionych zdjęć z Osaki:


Japonia - dzień 4

Chyba chcę trochę nadrobić z tymi notkami, więc wrzucam dwie pod rząd. Przepraszam, że to jeszcze nie recenzje, ale zbieram się do "Sory i Hary", a kolejne tytuły czekają :). 
Wstępny plan
Zakupy zrobione w Japonii
Dzień 1
Dzień 2
Dzień 3
Zamek w Osace
Miyajima - świątynia Itsukushima
Jak możecie przeczytać w poprzedniej notce trochę poprzesuwałam plany ze względu na deszcze, które miały nadejść - wtedy jeszcze myślałam, że to zwykły deszcz, z resztą chyba nie tylko ja. W każdym razie tego dnia było już nieco pochmurnie, ale słońce było strasznie jasne, a gorąc mnie pokonywał. Nie mam zamiaru o tym opowiadać w trakcie notki, więc od tego zacznę - bardzo szybko ten upał mnie przerósł - w nocy się nie wyspałam przez klaustrofobię, od 5 rano trzeba było być na nogach, biegłam na pociąg, bo jestem dobrym człowiekiem i postanowiłam zrobić komuś zdjęcie, kiedy mnie poprosił i koniec końców trochę to potrwało. Czułam się naprawdę chora w pewnym momencie. Na całe szczęście mimo tego, że zostawiliśmy bagaże w mieszkaniu w Osace to mieliśmy rezerwacje mieszkania w Hirroshimie - chciałam wykorzystać kolejną zniżkę z AirBnB i nocleg w Hiroshimie wydawał mi się wtedy rozsądny. I był - kiedy było źle udało się nam dotrzeć do mieszkania, wzięłam bardzo zimny prysznic, wystudziłam organizm, a potem przez kilka dni nie jadłam nic, co mi śmierdziało - na początku wchodziły mi tylko frytki z Mc Donalda, na szczęście pod sam wieczór udało mi się zjeść okonomiyaki, ale od początku.


Rano zaczęło się dosyć wcześnie, dodatkowo karta do metra się zacięła i nie chciała mnie przepuszczać, a żeby ją naprawili trzeba było jechać na inną stację... Troszkę chaosu i zero komunikacji z panem w okienku, ale w końcu wpadliśmy na to, żeby kupić sobie zwykłe bilety na metro - trochę nam to zajęło, ale wiecie - było przed 6 rano. Wstaliśmy o tak szalonej porze ponieważ mięliśmy wykupioną atrakcje na AirBnB - medytacje z mnichem, który okazał się mega sympatycznym człowiekiem. Osoby, które miały z nami medytować trochę się spóźniły i całą medytację zamiast się zrelaksować stresowałam się, że spóźnię się na pociąg do Hiroshimy, więc uspokajająco nie wyszło, ale kontrola własnego oddechu i głośne wypowiadanie mantr i człowiek, który stoi ci za plecami i pomaga w tym wszystkim było całkiem zabawnym doświadczeniem. Medytacja odbywała się przy zamku w Osace, ponieważ przed nią, o godzinie 6:30 lokalni mieszkańcy zbierają się, by ćwiczyć z Radio Taiso - proste ćwiczenia na rozgrzewkę. Przez głośniki słyszymy instrukcje i razem z innymi osobami ćwiczymy - dla mnie było to mega sympatyczne doświadczenie! Strasznie mi się podobało! Z takich mniej przyjemnych rzeczy, zagadała do nas  po ćwiczeniach starsza Japonka, a właściwie do mojego brata, bo dla niej nie istniałam. Smutna sprawa, bo to ja byłam w stanie się komunikować, a nie on, ale wiecie, mężczyzna ważniejszy od kobiety, a ja się tu wtrącam. Po całym doświadczeniu udało się nam wyruszyć do Hiroshimy - na pociąg spóźniliśmy się 1 minutę, na szczęście były ostatnie 2 wolne miejsca na kolejny i je zarezerwowaliśmy. 



W Hiroshimie było... pełno Polaków. Na Miyajimie, w pociągu, w drodze na mieszkanie trafialiśmy na polskie rozmowy. Trochę... abstrakcyjne to było. Swoją podróż po Hiroshimie zaczęliśmy od Miyajimy - wyspy ze sławną bramą Torii, do której niestety nie mogliśmy dojść, bo trafiliśmy na porę przypływu. Po dojechaniu pociągiem wsiedliśmy na prom i przypłynęliśmy na wyspę. Nie byliśmy w Narze, bo wiedzieliśmy, że doświadczymy jelonków w Miyajimie - są tam wolnochodzące, wierzy się bowiem, że to wysłannicy bogów. I taki wysłannik bogów podszedł do mnie, chwycił mi z ręki mapę Miyajimy i kulturalnie ją zjadł. Czy to była wiadomość o tym, żeby zwiedzać na intuicję, a nie z mapą? Kto wie. Na zmianę podziwiając i uciekając przed jelonkami wstapliśmy po tradycyjne ciastko z zieloną herbatą i dotarliśmy pod sławną bramę Tori, która nie jest czerwona, lecz pomarańczowa i widać jak farba z niej schodzi. Ale ma to całkiem fajny klimat, taki bardziej prawdziwy niż pocztówkowy.





Już wtedy wiedziałam, że kondycyjnie za długo nie pociągnę, więc kolejnym etapem zwiedzania Miyajimy była wielka świątynia Itsukushima oraz sklepy - jeśli pamiętacie moją notkę o zakupach zaopatrzyłam się tam w ręczniczek z jelonkiem :D. Sama świątynia była jedną z większych i bardziej zawiłych, jakie odwiedziłam, ołtarzy było sporo.





 

 Po wycieczce na Miyajimę przyszedł czas na ochłodzenie w wynajętym mieszkaniu. Znajdowało się ono niedaleko jednej z głównych ulic handlowych Hiroshimy, parku pokoju i najważniejszych pomników, w drodze do niego mijaliśmy również zamek w Hiroshimie. Ogólnie następnego dnia w 30 minut doszliśmy też do dworca. Hiroshima była bardzo intuicyjna, przyjazna obcokrajowcom, GPS działał świetnie, nie było okropnego szumu jak w innych miastach i w sumie doszłam do wniosku, że gdybym miała wybierać, gdzie chciałabym mieszkać z odwiedzonych miejsc w Japonii wybrałabym właśnie Hiroshimę. Do mieszkania dojeżdżałam pociągiem z baseballowcami - w Japonii mają obsesję na punkcie tego sportu, ale w Hiroshimie to już wszystko jest z ich drużyną - przez pociągi do maskotek. 



Po odpoczynku i zwiedzeniu najważniejszych miejsc nastał czas na zakupy - dzięki takiemu samemu asortymentowi przy równoczesnym braku tłumów Hiroshima okazała się idealnym miejscem, żeby nie tyle kupować, co się rozejrzeć po sklepach - dolfiaki, gothic lolicie ubrania i te sprawy. Koniec końców wylądowałam w dyskoncie zwykłych ciuchów z GU i kupiłam 4 sukienki, gdzie jedna kosztowała mnie 50 zł :D. Rozmiarówka dokładnie taka sama jak w Polsce, po prostu jest dużo rozmiarów X dla Japonek :). Ja kupiłam Mki i jestem pewna, że XLki i XXLki też byłyby takie same jak u nas, dlatego mogę przynajmniej potwierdzić, że da się w Japonii dorwać fajne ubrania w normalnych rozmiarach i cenach. 



Nie byłam w stanie chodzić gdzieś daleko, więc odpuściłam sobie odwiedzenie Okonomimury i spróbowałam okonomiyaki z Hiroshimy w innym miejscu, bardzo wysoko ocenianym na tripadvisorze - na szczęście do tego czasu byłam w stanie zjeść cokolwiek, mimo że przychodziło mi to z wysiłkiem. O jedzeniu będzie inna notka, wspomnę tylko, że było smacznie, ale nie utkwiło w mojej pamięci. Robiąc później zakupy w 7eleven okazało się, że możemy wziąć udział w loterii i chociaż wygraliśmy tylko soczek to i tak się strasznie cieszyłam, bo mogłam losować z pudełka ze zdjęciem Kanjani8, to taki trochę niespodziewany lifegoal. Ogólnie wrażenia z Miyajimy są takie, że to miejsce świetnie turystycznie, a z Hiroshimy, że mogłabym tam żyć. 

- Copyright © Gekiuma Henshin - Rysunki na blogu moje - Powered by Blogger - Designed by Johanes Djogan -