Niecodziennik fana 1/2018

Nie lubię mieć grypy. Grypa u mnie przebiega tak, że 1 tydzień nie jestem w stanie podnieść się z łóżka i jedyne co jestem w stanie osiągnąć to wykręcić numer do kogoś, żeby mi pomógł się chociaż trochę ruszyć. Po pierwszym tygodniu następuje drugi, w którym zaczynam chorować jak każdy normalny człowiek, co nie zmienia faktu, że oprócz tego, że sama jestem w stanie zejść po schodach i pójść do łazienki nie potrafię ani czytać, ani oglądać, ani tym bardziej rysować czy pisać. Po dwóch tygodniach zaczyna się miesiąc depresji i ciągłego kaszlu i właśnie wczorajszy dzień zapoczątkował ten mam nadzieję ostatni etap.


Wczoraj rozpoczął się Chiński Nowy Rok, rok pieseła. Jest to dobra okazja na to, żeby w końcu podsumować poprzedni rok i zacząć snuć plany na rok kolejny. Właśnie tak co roku robię, bo styczeń zawsze nadchodzi za wcześnie, żeby się zastanowić. No ale niestety przegrałam z grypą i moje chęci na podsumowanie i planowanie zostały zabite śmiercią naturalną. Ograniczę się więc to przeciętnego Niecodziennika fana, w którym opisuje swoje jakże ciekawe fandomowe przeżycia od ostatniego niecodziennika fana. 

★ Postanowiłam obejrzeć sezon Boys x Girls Next Door z serii "Terrace House", ponieważ w seriach dostępnych na polskim Netflixie bez przerwy komentatorzy nawiązywali do osób z tego sezonu. I muszę przyznać, że jest on po prostu lepszy od kolejnych, do których mamy legalnie dostęp. Nawet jeśli program jest odrobinę reżyserowany to życie pisze najdziwniejsze scenariusze i nieraz płaczę razem z komentatorami oglądającymi losy uczestników programu mieszkających w tym samym domu. Na przykład w odcinkach, na których teraz jestem kickboxer, który po gimnazjum zrezygnował ze szkoły na rzecz kariery sportowej dowiaduje się, że ma torbiel w mózgu i nigdy nie będzie mógł wrócić do kickboxingu. Po załamaniu postanawia wrócić do nauki i zdecydować co musi dalej zrobić w życiu. Sytuacja jak z serialu lub mangi, ale jednak - zdarzyła się w środku programu rozrywkowego, prawdziwemu człowiekowi, który przez cały program do tamtej pory promował kickboxing.Tego nie mógł zaplanować nikt. 

★Skoro mówimy o Netflixie, to kilka razy przewróciłam oczami na reakcję na "Full Metal Alchemist" live action na Netflixie. Cieszę się, że będziemy mogli obejrzeć film na tej platformie, ale reakcja ludzi mnie osłabia. Zacznijmy od tego, że jeśli nie lubi się produkcji live action to się ich nie ogląda, a nie poświęca swój cenny czas na komentowanie pod każdym możliwym postem jak bardzo się nie lubi japońskiego aktorstwa i podejścia do filmu. Mi akurat i gra aktorska i ogólna estetyka bardzo podchodzą, w odróżnieniu od np. amerykańskich produkcji, ale nie chodzę po różnych stronach i nie komentuję pod każdym amerykańskim filmem, że japońskie kino wydaje mi się naturalniejsze od gry aktorskiej Amerykanów, bo wiem, że to po prostu nie moja estetyka. Za to oglądam więcej japońskich filmów i o nich częściej piszę, zamiast zajmować się szerzeniem mojej nienawiści w internecie. Skończmy na tym, że "Fullmetal Alchemist" live action to nie jest żadna nowość, z którą nie dało się zapoznać chociaż trochę wcześniej i gdybanie co to może być, w momencie, kiedy można sprawdzić całkiem sporo o tym filmie w internecie jest... nietypowa. Film tworzyło Warner Bros,., ogłosiło go na 2017 rok już na początku roku 2016. Aktorzy przyjechali promować film na Japan EXPO do Paryża w lipcu 2017. W listopadzie 2017 film miał międzynarodową premierą na różnych festiwalach filmowych, od grudnia był w kinach w Japonii. Są trailery, urywki, wywiady, recenzje. Fajnie, że Netflix film wykupił i możemy go zobaczyć, cieszy mnie to. Ale gdybym chciała się na jego temat dowiedzieć czegoś więcej to mogłabym to zrobić zanim wypowiem się na jego temat w internecie w błędny sposób. Teraz czekam na ten szok, że jest to luźna adaptacja, a nie zekranizowanie 27 tomów w jednym filmie. Ludzie rzadko mnie osłabiają, ale tym razem im się udało i nie będę tego ukrywać.

★ Mimo ciężkiego okresu chorobowego udało mi się przeczytać cośtam do recenzji, dlatego w najbliższym czasie możecie się spodziewać recenzji "Requiem Króla Róż". Niestety po moim chwaleniu wydania "Posępnego Mononokeana" dobra passa się skończyła, bo mam wiele uwag do bylejakości wydania tego tytułu. Postaram się jakoś to stonować, bo mimo wszystko "Requiem" jako manga jest całkiem porządnym tytułem. Jak już przebiję się przez pisanie o "Requiem Króla Róż" mam zamiar zrecenzować light novel i mangę "twoje imię", a potem "Strażnika Domu Momochi". Szczerze powiedziawszy mam nadzieję, że to wszystko uda mi się przeczytać i opisać już w nadchodzącym tygodniu, bo już strasznie bloga zaniedbałam.

★ Obecny sezon anime obrodził w tytuły, które chce mi się oglądać. Oczywiście już udało mi się kilka tytułów zaniedbać, ale nieustannie staram się śledzić na bieżąco "Idolish 7" i kolejny sezon "Yowamushi Pedal". Idolishe jak dotąd w miarę wiernie śledzą fabułę gry i dlatego tak boleśnie mi się ogląda - wiem, że ich życie w najbliższym czasie wcale nie będzie usłane różami, czeka ich ciężka praca i oglądanie sytuacji, które do tego doprowadzą jeszcze raz sprawia, że się aż za bardzo o chłopców stresuje. W sumie podobnie jest z "Yowamushi Pedal", znam fabułę mangi i też mnie stresują niepowodzenia moich ulubionych bohaterów w wersji animowanej. Niemniej jednak jest też tyle wspaniałych scen, które czekały na animowaną wersję, że każdy kolejny odcinek kończę z bananem na twarzy. Nowe "Hoshin Engi", "Card Captor Sakurę" i "Gakuen Babysitters" mam rozgrzebane, ale chyba poczekam na zakończenie sezonu i obejrzenie wszystkiego na raz.

★ Dramy w tym sezonie również nie zawodzą, chociaż nie zaczęłam nawet połowy, którą chciałabym obejrzeć. Na bieżąco śledzę tylko "anone" (to kłamstwo, mam 2 odcinki do tyłu) - dosyć nietypową opowieść o bezdomnej dziewczynie, która spotyka na swojej drodze starszą kobietę, z którą nawiązuje więź oraz bandę oszustów, którzy... tej dramy nie da się opisać, jest bardzo melancholijna i osobliwa. Poza tym na bieżąco śledzę z przyjemnością serial "Kuragehime", obsada daje radę. Są jeszcze przynajmniej 4 tytuły (w tym adaptacje "Kakekgurui" i "Video Girl Ai"), które chciałabym w tym sezonie obejrzeć. Z innych iostatnio obejrzanych tytułów chciałabym wam polecić dramę "Suna no Tou" - dziwny gatunek, bo to rodzinny suspense, ale muszę przyznać, że do samego końca oglądałam z ciekawości,a mimo, że dało się wielu rzeczy domyślić. Pytanie brzmiało bardziej na zasadzie "Dlaczego oni to zrobili?" niż "Kto to zrobił?", ale kilka fajnych zwrotów akcji jest. Jeśli jednak wolicie krótsze formy to bardzo zgrabnie wyszedł film live action  na podstawie mangi, którą planuje wydać Dango, czyli "Chcę zjeść twoją trzustkę".

★ Jakość życia jakoś wcale mi się nie poprawia, jest coraz gorzej. Problemy zdrowotne, problemy rodzinne powodujące problemy finansowe - wszystko zaczyna mnie powoli przerastać. Jednocześnie przy tych wszystkich problemach poczułam, że to chyba ostatnia szansa, żeby spełnić marzenie życia i wybrać się do Japonii, zanim wszystko się posypie na amen. I tak oto w lipcu tego roku spędzę 2 dni w samolocie i 10 dni w Kraju Kwitnącej Wiśni. Na razie wydaje mi się to zupełnie nierealne, ale bilety lotnicze są już kupione, a noclegi opłacone, więc chyba nie ma już odwrotu? Zaplanowałam 1 dzień na obrzeżach Tokio (Shinjuku/Setagaya), 1 dzień w Hakone, 6 dni bazą wypadową będzie Osaka - tam spędzę Tanabatę i zwiedzę Kaiyukan i wybiorę się na Hiroshimę, Miyajimę, do Nary, Kyoto i jeśli starczy mi sił to do Kobe. 2 ostatnie dni zamierzam spędzić w Tokio, gdzie moim najkonkretniejszym planem jest pójście do Kamen Rider Cafe. Jeszcze trochę czasu przede mną, zobaczymy jak to wyjdzie w praniu. 

★ Kamen Ridery... no właśnie, tych w moim życiu ostatnio nie brakuje! Obecnie oglądam "Kamen Rider Gaim" - jest to Kamen Rider, który przyciąga fanów anime najbardziej, bo scenariusz tej serii pisał autor między innymi Madoki i Fate/Zero. Cóż, ja jednak sugerowałabym zacząć swoją przygodę z jakąś inną serią typu "Kamen Rider OOO", ale jeśli macie świadomość, że trzeba dać szansę przynajmniej kilku seriom to nie widzę przeciwwskazań, żeby zacząć od owocowych riderów - zwrotów akcji jest tam pełno. Oprócz tego oglądam najnowszego Kamen Ridera - Builda - i tego również polecam. Dawno nie widziałam, żeby główny aktor tak ciągnął serię i chociaż się nie spodziewałam niczego od młodszego pokolenia to oczarował mnie swoją grą aktorską. Ale intrygi są straszne i przeżywam każdy odcinek bardzo!

★ Zaczął się wysyp nowości mangowych na Pyrkon i nie tylko. I co najgorsze - wyszło całkiem sporo tytułów, którymi jestem zainteresowana ogromnie i nie ma szans, żeby nie trafiły do mnie na półkę! Głównie są to josei od JPFu i BLe od Studia JG - dawno mnie żadne serie tak nie zaskoczyły, bo nie spodziewałam się ich w Polsce :). Trzeba trochę uszczuplić moją kolekcję i zrobić miejsce na nowe tytuły, dlatego pewnie za chwilę wrzucę jakiegoś posta z mangami na sprzedaż - wszystkie mangi, które posiadam są fajne, ale skoro wychodzi coś, co po prostu lubię bardziej to powoli pozbywam się oporów przed sprzedażą. 


Do zobaczenia w kolejnej notce :D!

[recenzja] Posępny Mononokean tomy 1-5

Skrobię te recenzję z takim poślizgiem, że zdążył już wyjść tom 6 (na którego na razie nie mam funduszy, jak na wszystkie mangi, bo ostatnio zaszalałam i kupiłam... bilety lotnicze do Japonii, za ostatnie wyskrobane oszczędności...). Dzisiaj chciałam wam opisać tytuł, który z nowszych serii na polskim rynku przypadł mi do gustu naprawdę bardzo mocno i już na samym wstępie chciałabym zwrócić uwagę na to, że to fajna seria jest i powinna być bardziej doceniana. 


"Fukigen na Mononokean" to manga, która w magazynie zaczęła ukazywać się w 2013 roku, a pierwszy jej tom został wypuszczony w roku 2014. Na dzień dzisiejszy manga posiada 10 tomów, a ich liczba nadal rośnie. Za wydanie mangi odpowiedzialne jest wydawnictwo Square Enix.  Manga narysowana została przez Wazawę Kiri - poza "Mononokeanem" na koncie ma głownie one shoty. Mononokean ma też swojego oficjalnego twittera.



W Polsce mangę zaczęło w 2017 roku wydawać wydawnictwo Waneko. Do tej pory wydało 6 tomów, ja recenzuję 5 pierwszych., które zostały wydane jeszcze w roku 2017. Polskie wydanie jest rozmiaru standardowego, posiada okładkę z obwolutą matową. Na okładce (zawsze w jednym kolorze) umieszczone są krótkie dialogi bohaterów. Matowe obwoluty opatrzone są pięknymi ilustracjami z przodu i z tyłu. Równowagę wprowadzają w nie białe obramówki - na szczęście polski tytuł przypomina projektem ten japoński - utrzymany jest w czerni i całkiem fajnie się w całą tą kompozycję wpasowuje. Na grzbiecie oprócz loga Waneko  znajdują się też imię i nazwisko autorki, numer tomu, tytuł mangi oraz rysunkek jednego z bohaterów. Opatrzone są ozdobną ramką i świetnie prezentują się na półce. Na skrzydełkach tomiku znajdują się projekty demonów (całkiem urocze) i jedno zdanie od autorki. Dla mnie każdy tom "Posępnego Mononokeanu" mógłby startować na obwolutę roku. Kiedy otworzymy tomik zobaczymy kolorową kartkę wydrukowaną na błyszczącym papierze kredowym - z jednej strony znajdują się kolejne cudowne ilustracje w kolorze, z drugiej spis treści. Pozostałe strony są wydrukowane na offsetowym papierze w czerni i bieli. Druk jest dobry, czasami strony lekko przebijają.


Ashiya został opętany przez demona, przez co każdy z siedmiu dni od rozpoczęcia roku szkolnego chłopak musiał spędzić w gabinecie pielęgniarki. Zdesperowany, zwrócił się o pomoc do Mistrza Mononokeanu... nie wiedząc, w jakie tarapaty się pakuje... Opowieść o posępnym Mistrzu, który odsyła do Zaświatów zbłąkane demony. - Waneko

Manga wychodzi w magazynie shounenowym, gatunkowo klasyfikuje się jako komedia, okruchy życia i fantasy. Mocną stroną fabuły jest dla mnie przede wszystkim równowaga między wątkami poważnymi i komediowymi. Mimo sporej ilości melancholii, tajemnicy i samotności, o której opowiada seria, człowiek co chwilę się uśmiecha ze względu na jakiś komediowy przerywnik. Ja jednocześnie czułam gdzieś w tyle ten melancholijny klimat, ale śmiałam się z tego, co działo się na bieżąco. Dawno żadna manga nie miała dla mnie tak zabawnych scen. Jednakże nie jest to seria dla niecierpliwych - historia nie pędzi, a rozwija się dosyć wolno - w ciągu 5 tomów przeżyliśmy z bohaterami tylko kilka pierwszych dni, odpowiedzi na pytania nie zostało zdradzonych zbyt wiele, a bohaterowie dopiero się poznają. Nie jest to dla mnie minus, bo historie zawarte w tomikach naprawdę świetnie się czyta, ale dla miłośników typowo shounenowej akcji, gdzie wszystko dzieje się szybko, a najlepiej to jeszcze wybucha po drodze, nie będzie to satysfakcjonująca lektura. Mimo wszystko uważam, że "Posępny Mononokean"| w przyszłości jeszcze nas zaskoczy, a póki co rozkoszuję się tą historią bardziej niż niejednymi "okruchami życia".


Główni bohaterowie stanowią dla siebie przeciwwagę - Ashiya jest trochę niezdarny polegając na swoim instynkcie, który nie zawsze kompensuje jego brak wiedzy. Jest jednocześnie bardzo empatyczny, dzięki temu wpada na nowe rozwiązania. Abeno jest nieco zgorzkniałym młodzieńcem, którego życie nieraz doświadczyło. To doświadczenie zazwyczaj mu pomaga w pracy, ale czasem potrafi przysłonić mniej drastyczne rozwiązania.


Ponieważ seria obraca się wokół egzorcyzmowania demonów mamy ich w tomikach całą galerię. To właśnie im, a nie ludziom pomaga Abeno - chce, żeby znalazły drogę do swojego świata i nie męczyły się w świecie ludzi. Jednak, żeby zostać odesłanym należy tego chcieć i tu czasem pojawia się problem. W ciągu 5 tomów mamy do czynienia z niewieloma strasznymi demonami, jeśli już, to są "straszne" z zachowania, a nie z wyglądu. Projekty demonów wahają się między interesującymi, niezwykłymi, a uroczymi, ale żadnego nie nazwałabym jeszcze mianem strasznego. Ich historie zazwyczaj są dosyć smutne - przywiązują się do ludzi i rzeczy, dla których są przecież niewidoczne. Ciekawą istotą jest sam Mononokean, demon który przybrał formę pokoju do ceremonii herbacianej. Komunikuje się z bohaterami za pomocą zwoju zawieszonego na ścianie - czasem dodaje do napisów naprawdę zabawne emotikonki :). W Mononokeanie przyjmowane są demony, które potrzebują pomocy, służy on też także jako świetny środek transportu w świecie ludzkim działając jak teleport.


Pierwszy tom koncentruje się na spotkaniu głównych bohaterów. Ashiya zaczyna widzieć demony, jeden z nich zaczyna z niego wysysać energię życiową, przez co nie może dotrzeć do szkoły w pierwszym tygodniu nauki. Zostaje przez klasę okrzyknięty "chorowitą Hanae" - wszyscy spodziewają się po tym imieniu dziewczyny. Poszukując pomocy znajduje kontakt do mistrza Mononokeanu. Nie mogąc jednak spłacić długu za pomoc zostaje zmuszony do pracy jako asystent przy egzorcyzmowaniu demonów. Szybko jednak poczucie zmuszania do czegokolwiek znika,a Ashiya zaczyna pomagać demonom z dobrego serca - chociaż nadal zdarza się mu ich bać. Abeno, mistrz Mononokeanu, który potrafi otwierać wrota do świata demonów, okazuje się być jego wiecznie śpiącym ze zmęczenia kolegą z klasy. Ich pierwszym wspólnym zadaniem jest odegnanie demona, który zagnieździł się w szkole - rozwiązanie problemu przedstawia wyraźną różnicę w myśleniu bohaterów, która zostanie podkreślana jeszcze wiele razy na przestrzeni tomów. Pierwszy tom kończy się początkiem opowieści, która jest kontynuowana w drugim - kolejne z resztą też kończą się cliffhangerami (a największy z cliffhangerów jest właśnie w tomie 5!). Przez kolejne tomy doświadczamy problemów bohaterów ludzkich i demonów. Przygoda w świątyni z pewną licealistką, wycieczka do świata demonów i spotkanie z Prawodawcą, demon, który poszukuje zagubionej obrączki, zabawa w chowanego z lisim demonem, kochliwa księżniczka, opętany pokój i przyjaciel stracha na wróble - tak można w skrócie podsumować co nas czeka w ciągu 5 tomów. Przy tym wszystkim dostajemy strzępki informacji na temat przeszłości Abeno i choć ten wypiera się tego, to demony uważają, że zabił poprzedniego mistrza Mononokeanu. Abeno i Mononokean są najbardziej zagadkowymi postaciami w serii i to właśnie wokół tej tajemnicy budowane jest największe napięcie.



Jeśli chodzi o kreskę to muszę zacząć od jednej rzeczy ważnej dla osób, które zatrzymały się na 1 tomie, który i tak nie był zły - styl i technika mangaki stopniowo poprawiają się. Okładka pierwszego tomu jest chyba najmniej atrakcyjna ze wszystkich. W ogólnym rozrachunku muszę przyznać, że kreska naprawdę mi się podoba - pierwsza myśl na jej temat była czymś w stylu "Czegoś takiego brakowało mi na polskim rynku!". Na pierwszy rzut oka kreska jest prosta, na drugi świeża, a na trzeci bardzo zróżnicowana pod względem pociągnięć przy rysowaniu - zwłaszcza w przypadku lisiego demona widać to zróżnicowanie. Pierwszy tom może mnie nie porwał pod tym względem, ale w miarę upływu tomów kreska zaczęła mi siadać coraz bardziej - zwłaszcza twarze bohaterów się poprawiają, a ich mimika jest naprawdę dobra i trafiona. Smutek, radość, złość - te emocje czytelnik czuje od razu. Tła są staranne, demony różnorodne, a kadry całkiem fajnie skomponowane. Widać też dryg autorki do chibików i elementów komediowych. Układ kadrów opiera się na prostokątach - pionach i poziomach, co wprowadza w komiks pewną harmonię. Kolorowe ilustracje to naprawdę świetna robota - dzięki temu obwoluty są takie magiczne, kolorystycznie również się komponują. Do ilustracji rozpoczynających tomiki lubię wracać. Pełne ilustracje w czerni i bieli też są godne uwagi. 



Za tłumaczenie odpowiedzialna jest ta sama osoba, co za "Usłyszeć ciepło słońca" w Dango - wspominam o tym dlatego, że to właśnie ta tłumaczka przekonała mnie do wydań wyżej wymienionego wydawnictwa. Tutaj też poziom jest całkiem niezły, a mangę czyta się bardzo przyjemnie. Bawi tam, gdzie ma bawić, wszystko jest zrozumiałe i czyta się płynnie. Z nazwami własnymi jest różnie - spora część pomniejszych demonów ma nazwy tłumaczone na polski, poza tymi momentami, kiedy demony podają swoje imiona - te nie są oczywiście tłumaczone. Mononokean został potraktowany jako imię, chociaż tu głosy co do tłumaczenia były w internetach podzielone. Edycja/typesetting ogólnie mi się podobają - czcionki są jak dla mnie  cudownie dobrane i pasują do kreski/całości, wszystko się komponuje. Japońskie onomatopeje zostały zamienione na polskie. W przypadku nazwy rodzinnej kwiaciarni głównego bohatera zostało jednak zostawione kanji i dodany przypis.  Na przestrzeni tomów kilka razy nie do końca podobało mi się łamanie, albo umiejscowienie dialogu w dymku, ale w ogólnym rozrachunku całość wypada naprawdę na plus. Posłowie jest napisane drobnymi literkami, aż muszę zakładać moje okulary, co zazwyczaj zdarza mi się głównie do patrzenia w dal ;). 


Cieszę się, że w tym przypadku nie musiałam oceniać 1 tomu, ale od razu 5. Akcja dzieje się powoli, więc dopiero kilka tomów daje nam obraz czego oczekiwać - a "Posępny Mononokean" wydaje się naprawdę solidnym i przyjemnym tytułem, na tyle, żeby zostać jedną z moich ulubionych mang wydanych w Polsce w 2017 roku. Widać też, że autorka się powoli rozkręca i pod względem pomysłów, prowadzenia akcji, i pod względem kreski. Polecam!

Smacznego! Kocham cię! (jednotomówka, 18+)

Dzisiaj kolejna recenzja jednotomówki BL. Trochę się ich ostatnio zbiera, ale są to historie, które zazwyczaj czyta się łatwo i szybko, a dzięki temu przyjemnie, dlatego z łatwością je potem recenzować. Jeśli mnie śledzicie od jakiegoś czasu, to pewnie wiecie, że tytuły BL traktuje podobnie jak tytuły josei - nie przeszkadza mi żadna orietnacja seksualna, skoro target jest ten sam. Wszystko zależy od fabuły i głównych bohaterów i tu BLe często mają przewagę - główni bohaterowie częściej wydają się bardziej ogarnięci niż główne bohaterki. Troszkę różnie się od głównego targetu BL tym, że kompletnie nie interesują mnie bezpośrednie sceny seksu między bohaterami - rozumiem, że są w pewnym momencie potrzebne jako pewien punkt zwrotny fabuły, natomiast samo czytanie ich nie jest dla mnie niczym ważnym.



"Itadakimasu, Gochisou-sama" to manga z 2015-2016 roku z gatunku BL. Publikowana była w magazynie Hanaoto i zamknęła się w jednym tomiku. Tomo Kurahashi, autorka mangi, rozpoczęła swoją BLową karierę z autorskimi mangami około roku 2013 i od tego czasu jest bardzo produktywna jeśli chodzi o jednotomówki. Są one dosyć przyjemne,a niektóre z nich mają swoje kontynuacje. Zdecydowanie warto zapamiętać tę autorkę new wave, a jeśli chcemy zobaczyć fanarty jej autorstwa to zawsze można wejść na pixiva.



Tytuł został wydany w grudniu 2017 roku przez Studio JG, które w 2017 wróciło do wydawania gatunku boys love ze zdwojoną siłą.  Polskie wydanie ma rozmiar standardowy, na okładce dostajemy komiksy i dodatkowe projekty od autorki, okładka jest opatrzona błyszczącą obwolutą. W środku znajdziemy 1 kolorową kartkę wydrukowaną na błyszczącym papierze kredowym. Pozostałe strony wydrukowane są na papierze offsetowym w czerni i bieli. Niektóre strony delikatnie przebijają.



"Itadakimasu, Gochisousama" to dosłownie coś w stylu "Smacznego, było pyszne". Polska wersja tytułu to jednak "Smacznego, kocham cię!". Myślę, że żadna wersja tytułu nie jest zła, bo polska nawiązuje do tekstu pewnej znanej polskiej piosenki, jest bezpośrednia, natomiast japońska jest dwuznaczna, a poza tym zamyka posiłek pewną klamrą. Ja przychylam się jednak do wersji japońskiej w tym przypadku. Podobna sytuacja jest z samym projektem obwoluty - polska jest kolorowa, przyciągająca wzrok, a na twarzy bohatera nie ma napisu na policzku. japońska natomiast jest bardziej oszczędna, napisy są w czerni i bieli, a bohater ma drobny napis na policzku. Pewnie nie mogłabym wybrać, która podoba mi się bardziej, gdyby litery w polskiej wersji nie miały cieniowania, które kompletnie nie przypadło mi do gustu. Jeśli chodzi o edycję i tłumaczenie to mangę czytało mi się dobrze - widać zróżnicowanie języka między bohaterami m.in. w szyku zdania. Haru wypowiada się bardziej luzacko ze względu na swój wiek. Czcionki wybrane są przyjemnie, nic nie zwróciło mojej uwagi w negatywny sposób, onomatopeje zostały zastąpione polskimi odpowiednikami i przy nich podoba mi się dobór czcionek.



„Mam trzydzieści jeden lat, a przede mną kolejna samotna bożonarodzeniowa noc. Nagle nieznajomy chłopak łapie mnie za rękę i nazywa aniołem, choć sam wygląda, jakby właśnie spadł z nieba. Czyżby był to prezent od Świętego Mikołaja?”. 
Hiroto przygarnia pod swój dach znalezionego na ulicy Haru, przystojnego dziewiętnastolatka. Przygotowanym przez siebie posiłkiem podbija serce chłopaka, a ten - wiedziony młodzieńczą pasją - skrada mu całusa. Choć Hiroto czuje motylki w brzuchu, ma ważny powód, by wzbraniać się przed miłością...  - Studio JG

Mam słabość do mang, w których jedzenie łączy ludzi i myślę, że to nigdy się nie zmieni. Dlatego ten tytuł będzie mnie przyciągał swoim ciepłem. Może nie tak, jak "Przy wspólnym stole", ale zawsze będę miała do niego sentyment. Chociaż bohaterowie zakochują się w sobie w mgnieniu oka, nie doprowadza to do automatycznego romansu. Główny bohater jest nie tylko właścicielem restauracji, posiada także dom dzielony, w którym mieszka para gejów, tak, że dostajemy dodatkowo wątek drugiej pary, niezwiązany z  jedzeniem, ale dopełniający fabułę. Manga jest ciepła i przyjemna jeśli chodzi o opowieść z cyklu okruchy życia, chciałam natomiast zwrócić uwagę, że w tym tytule jest najwięcej bezpośrednich scen seksu, patrząc na te, które do tej pory recenzowałam. Wiecie już jaki ja mam do tego stosunek, natomiast jeśli ktoś lubię erotykę w BLach powinien być bardziej zadowolony, a jeśli sceny seksu go odstraszają od tytułu to mimo jego zalet chyba powinien komiksu unikać.

 

Kreska komiksu jest wszystkim tym, co uwielbiam w new wave BLach - postacie wyglądają dorośle, różnią się od siebie wzrostem, posturą, mimiką i ogólnym stylem. Kreska jest bardzo lekka, ma się poczucie dopracowania i szkicowości jednocześnie. Autorka nie boi się różnych ujęć, anatomia nie jest jej obca, , ustawia bohaterów w ciekawe pozy i używa różnych wariantów perspektywy. Tła są dopracowane, kobiety są rozpoznawalne nawet po twarzach, widać zadbanie o szczegóły, takie jak ilość talerzy na stole czy ogólnie projekty potraw. Kolorowe strony są bardzo przyjemne, takie malarskie wręcz - bardzo podchodzi mi ten styl kolorowania. Troszkę zbaczając z tematu chciałabym powiedzieć, że Haru bardzo kojarzył mi się z Iwatą Takanorim podczas czytania.


Dla kogo ta jednotomówka - dla osób, których przyciąga kreska autorki, dla osób lubiących ciepłe historie z jedzeniem w tle. Nie polecam jej jednak osobom, które nie przepadają za scenami seksu, których nie ma znów tak dużo, ale jednak są. Jeśli ktoś lubi gatunek boys love to wydaje mi się, że jest to jednotomówka warta uwagi. Ceszę się, że wyszła w Polsce, bo darzę romanse z jedzeniem w tle niezwykłą sympatią, a i kreskę autorki uwielbiam. . 

[recenzja] Alive (jednotomówka, +18)

Przychodzę do was z kolejną recenzją, to ostatnia manga, która wymagała ode mnie przeczytania jedynie 1 tomiku. Jest to jedna z ostatnich jednotomówek Waneko - czytałam o niej wcześniej tak rozbieżne recenzje, że postanowiłam sama sprawdzić jakie będzie moje wrażenie.

Dzisiejsza jednotomówka to "Alive", które pochodzi z 1999 roku. Manga została wydana przez wydawnictwo Shueisha, a jej autorem jest Tsutomu Takahashi, urodzony w 1965 roku w Tokio. Zadebiutował w 1992 roku mangą "Jirashin", którą zyskał popularność. Wśród jego wielu tytułów największa popularnością cieszą się zekranizowane w formie dramy "Skyhigh" oraz wydane w Polsce "Blue Heaven". Do jego asystentów należeli popularni obecnie mangacy, w tym Tsutomu Nihei, autor "Blame" oraz "Rycerzy Sidonii". "


Za polskie wydanie odpowiada wydawnictwo Waneko, które tomik wypuściło w październiku 2017 roku. Wydanie powiększone, charakterystyczne dla cyklu Jednotomówek Waneko, posiada okładkę z błyszczącą obwolutą. Nie jestem przekonana do obwoluty. Ani projekt, ani rysunek na niej umieszczony nie były tym, co przyciągnęło mnie do mangi, chociaż kreska w środku prezentuje się bardzo dobrze. Dużo ciekawsza wydaje mi się pierwsza kolorowa ilustracja zawarta w tomiku. Kolorowych stron na błyszczącym kredowym papierze jest w środku 6, pozostałe czarno-białe strony są drukowane na papierze offsetowym. Stron w tomiku jest 260+, druk nie przebija na drugą stronę. Jeśli chodzi o tłumaczenie i typesetting nie mam większych zastrzeżeń - tomik czytało mi się dobrze i płynnie. Klasycznie już japońskie onomatopeje zostały zastąpione polskimi odpowiednikami.


Yashiro Tenshuu zamordował pięć osób, w tym swoją dziewczynę i teraz oczekuje na swoją egzekucję. Jednakże sekretna organizacja rządowa oferuje mu wyciągnięcie go z celi śmierci w zamian za zgodę na bycie szczurem doświadczalnym w eksperymencie, który wykorzysta jego mordercze zapędy. - Waneko

Gatunkowo tomik klasyfikowany jest jako dramat psychologiczny, horror, moce ponadnaturalne. docelowa grupa to seinen. Opis i początek rozbudzał moją wyobraźnię - do jakiego eksperymentu lub jakiego zadania zostanie wysłany główny bohater? "Świetnie by się to oglądało w wersji live action!" - pomyślałam nawet w pewnym momencie. Coraz większe napięcie, budowana intryga i nagle... taki natłok wydarzeń, informacji o postaciach, tajemniczy obcy, naga kobieta... Nie mogę powiedzieć, że główny bohater nie dawał w tym wszystkim rady, bo dawał, ani, że nie było w tym żadnych interesujących wątków, albo, bo były, samo zakończenie też było w porządku, ale jednak coś mi tam zgrzytało.


Długo nie pisałam recenzji po przeczytaniu tego tytułu, bo nie potrafiłam ująć w słowa co i dlaczego jest nie tak, ale w końcu mnie to uderzyło. Tutaj nawalił albo autor, albo japoński edytor i stał się "błąd początkującego autora" (określenie własne, nie przywiązujcie do niego wielkiej wagi). Polega on na tym, że autor ma dużo pomysłów i próbuje je wszystkie wepchnąć w tomik, ale koniec końców poza tymi pomysłami nie ma za wiele. Człowiek nie czuje więzi z bohaterami, chociaż mają jakąś swoją historię, fabuły tez się za bardzo nie czuje, bo jest wyjaśniona na szybko. Ten tomik to trochę tak, gdyby jakiś człowiek usiadł przed wami i w 15 minut streścił wam pomysł na swoją wielotomową serię. Trochę średnio to wypada. Mogłabym się rozwodzić nad tym co mi najbardziej zgrzytało dłużej, ale "jakby wam ktoś w 15 minut opowiedział pomysł na wielotomową serię" oddaje to wszystko najlepiej. Ktoś może powiedzieć, że wielowątkowość i to, że sporo bohaterów ma swoją historię i jakiś związek z osią fabularną jest na plus, ale dla mnie tutaj było zdecydowanie za mało wszystkiego, a potencjał i pomysły są.

Kreska w środku tomiku dla mnie stanowi jeden z elementów przeważających na jakości mangi. Wcześniej wspomniałam o tym, że podczas czytania miałam wrażenie "to pasowałoby na live action". Stalo się to między innymi dzięki kresce i realistycznie zaprojektowanym postaciom. Przy całym dokładnym i realistycznym ujmowaniu proporcji, perspektywy czy teł, kreska jest bardzo ekspresyjna i dynamiczna. Pociągnięcia tuszem są bardzo mocne, pełne ekspresji i zróżnicowane. Włosy i ciemniejsze elementy są pociągnięte pędzelkiem, przez co czasem pojawia się specyficzna tekstura. Poza tym, że cienie zaznaczane są tuszem, autor używa dodatkowo rastrów. Artyzm kreski naprawdę przypadł mi do gustu.

Dla kogo "Alive"? Spotkałam się z pozytywnymi opiniami zachwalającymi ten tomik, ale też z takimi, które uważają "Alive" za rozczarowanie. Ja przychylam się do tej opinii, że jest to taki średniak, sam opis fabuły i początek zapowiadały coś lepszego niż tajemniczy obcy organizm w ciele nagiej kobiety. Cieszy mnie to, że Waneko sięga też po starsze tytuły. Jeśli ktoś kolekcjonuje mangi i nie nastawia się na nic przed czytaniem, to może to być dla niego całkiem przyjemna lektura. 

- Copyright © Gekiuma Henshin - Rysunki na blogu moje - Powered by Blogger - Designed by Johanes Djogan -